O samospaleniu

Pamiętam, jak kiedyś jeden facet napluł mi w twarz. Nie wiem za co, po prostu wysiadałem z autobusu, a on wziął i splunął. Nic nie zrobiłem z tym bo i co? Postałem chwilę na przystanku, a potem w domu skuliłem się w łóżku z bezradności.

Dziś znowu leżę i się kulę. Myślałem najpierw, że to normalna, jesienna depresja, która jak co roku dopada, zmienia się w zimową beznadzieję, a wiosną przechodzi. Ale nie. To chyba coś więcej… Tylko co? Nikt nie umarł, nikt ode mnie nie odszedł, nikt mnie ostatnio specjalnie nie znienawidził.

 A potem przypomniałem sobie tamtego kolesia… I uświadomiłem sobie, że je od dwóch lat żyję w przemocowym związku z państwem, przez które niemal codziennie jestem opluwany. Przez posła i posłankę, przez ministra tego i owego. Przez byłego księdza i aktualnego arcybiskupa.  Przez obrońców życia, niezależnych publicystów i media narodowe. Przez bohaterów spod budki z piwem ujadających od świtu do zmroku pod postami.  Przez koleżeństwo, które z wdziękiem pani Ogórek napomina i przestrzega. I nic nie umiem z tym zrobić. Po prostu mnie wmurowało na chodniku. Stoję z kamienną twarzą, po której ścieka ślina i biernie czekam na wyjaśnienie.

A potem wracam do domu, kładę się z kolanami pod brodą i ze starym, dobrym znajomym samobójcą u boku marzę tylko o tym, żeby to wszystko wreszcie się skończyło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.