O tym, że się spełniło

Nie wiadomo skąd się wzięło to dość specyficzne marzenie. Jak na tak ambitne dziecko, jakim byłem, zaskakuje oszczędnością i brakiem wyrafinowania.

Dziecko bowiem chce mieszkać w jakiejś suterenie-kiszce, gdzie mieści się zaledwie tapczan, trzydrzwiowa szafa na nóżkach, stolik przykryty ceratą, zegar z kukułką i, zdaje się, koza. Do tego kilka oswojonych drobiazgów: jakiś koralik, jakiś ciekawy guzik, kilka figurek z kasztanów i zapałek, zasuszony w książce liść.

Zegar właśnie wybija piątą rano. Jest ciemno jak to w listopadzie, jak to w kanciapie bez okien. Dziecko wstaje, rozpala kozę i włącza radio, gdzie nadają „Sygnały dnia”. Pyrka wrzątek, na ceracie czeka puszka pasztetu i kawałek wczorajszej chałki. Dziecko jak z czytanki w edukacji wczesnoszkolnej reżimu komunistycznego krząta się zadowolone, z uśmiechem na ustach szykuje się na pierwszą zmianę w fabryce. Potem wraca, znowu się trochę krząta, słucha radia, otoczone bezpiecznym kordonem światła lampki, otulone ciepełkiem kozy czyta skulone w kącie tapczanu.

Żadnych gwałtownych ruchów, żadnych zaskakujących zmian w monotonnym tempie akcji. Dziecko nie ma pragnień, nie ma oczekiwań. Nie chce zostać aktorem, pisarzem ani aktywistą gejowskim. Dziecko chce mieć święty spokój: od ludzi, świata, od własnych wymagań.

Nikt do niego nie przychodzi, z nikim, poza ludzikiem z kasztanów, nie rozmawia. Jest samotne, trochę zgorzkniałe, jakby nieżywe. O, zgrozo, jest mu z tym dobrze. Jakżeby inaczej miało być skoro to marzenie?

Przypomniałem sobie o tej fantazji. Bo dzisiaj, choć mebli mam nieco więcej, a jadłospis nieco bogatszy, mogę uznać, że spełniło się.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.