O białych zeszytach

Wrzesień należy do moich ulubionych miesięcy. To pozostałość z czasów szkolnych, kiedy szło się w nowy rok z świeżym ładunkiem w plecaku i głowie.  Nowe zeszyty, nowe ołówki prosto z Chin, pachnące jeszcze farbą drukarską książki, czysta, nieskalana tarciem gumka-myszka…

Jakie to wszystko każdego września było obiecujące! No, w tym roku to będzie inaczej – obiecywałem sobie. Żadnego wychodzenia za margines, żadnego bałaganu w piórniku, od teraz nigdy przenigdy jakiejkolwiek uwagi czerwonym wkładem o braku pracy domowej!

Już od pierwszego dnia po powrocie ze szkoły miało być odrabianie zadanych lekcji, a bujanie się na trzepaku dopiero po wszystkim, a nie odwrotnie jak w zeszłym roku. Mniej gapienia się w telewizor, więcej czytania. Mniej obrabiania dupy bliźniaczkom, mniej pyskowania matce. Więcej słuchania pani.

Jednym słowem od teraz trzeba zrobić wszystko, aby stać się lepszym. A służyć temu ma dyscyplina, dyscyplina i jeszcze raz dyscyplina!

I choć czasy szkolne mam już dawno za sobą, zawsze gdy każdego września wracam kasztanową aleją z jakiegoś pracowego kieratu do domu, pojawia się ta sama myśl, żeby znowu zacząć wszystko od początku: z czystą jak Najświętsza Panienka pierwszą stroną zeszytu, z nieskalaną żadnym błędem gumką-myszką.

One thought on “O białych zeszytach

  1. W sedno. Do tego jeszcze zapach palonych lisci. Nieodlacznie kojarzy mi sie z wrzesniem i poczatkiem roku szkolnego. Rzadko gdzie teraz, ale jesli gdziekolwiek poczuje taki zapach, to juz jestem tam gdzies z powrotem. W specyficznym czasie i miejscu. Dawno temu. Za gorami, za lasami ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.