O siedmiu dniach oszczędności

W Czechach padłem ofiarą własnego sknerstwa.

Skoro zdecydowałem się na „jizdenkę na leto”, czyli promocyjny bilet wakacyjny, obowiązujący w kolejach czeskich przez siedem dni, w grę nie wchodziło dni pięć, ani nawet sześć, ale dokładnie wszystkie siedem. A i w ciągu tych dni tempo było takie, jakbym zamierzał do cna wydoić całą Republikę Czeską.

Mimo wakacji wstawałem o godzinie 4.40, tak aby zdążyć na pierwszy pociąg do Ostrawy o 5.49. Wracałem oczywiście ostatnim. W ten sposób byłem dwie minuty przed zamknięciem Biedronki, gdzie kupowałem paczkę kabanosów, która miała mi starczyć na cały posiłek następnego dnia, tak że ewidentnie drgnęły słupki w segmencie wędlin paczkowanych.

Po dwóch dniach już miałem dosyć. Ale nawet wtedy, gdy pociąg w Ostrawie spóźnił się trzy godziny i w efekcie w Cieszynie byłem o trzeciej w nocy, nie odpuściłem i dnia następnego za dziesięć szósta stałem już na peronie. Nie przeszkodziły też urwane paski w sandałach, rozwolnienia po przeterminowanych kabanosach, deszcze, trąby powietrzne i huragany. Plan został zrealizowany, choć okupiony ogromnym kosztem osobistym.

Jakie to jednak szczęście, że nie zdecydowałem się na opcję biletu czternastodniowego!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.