O czasie świętym

Jak dla mnie święta mogłyby się już skończyć.

Pierwszą z pracowych wigilii miałem 10 grudnia. Ostatnie bony wydałem koło szesnastego. Sprawa więc jest prosta i oczywista: lepiej to już było.

Teraz nie pozostało nic innego, jak zacisnąć zęby i przetrzymać ten nastrój histerycznej euforii. Wstrzymać marzenia o zwyczajnym dniu, kiedy to można pójść sobie normalnie do sklepu po dwie bułki i pasztet bez przedzierania przez wielogodzinny korek kolejkowy. Nie tylko w kółko się uśmiechać, ale i okłamywać siebie, że ten przykurcz zostanie już na zawsze i wzruszać się, ach jacy jesteśmy dobrzy, gloria, gloria! Wysłuchiwać w radiu tych skocznych kawałków o zimie w Kalifornii, gdzie rzucają się śnieżkami, jak by to była bita śmietana, a nie zimny i mokry syf.

A to jeszcze nie wszystko. Jak już będziesz myślał, że więcej nie zniesiesz, zaczną się wierszowane esemesy z zapewnieniami, abyśmy w nowym roku na mur-beton się spotkali, wygospodarowali więcej czasu, bo nie może być tak, że mieszkając w jednej dzielnicy w ogóle się nie widujemy. A wszystko rymowane! I nie możesz, człowieku, pobyć, tak jak lubisz najbardziej, ze sobą sam, bo ci coś co pół minuty pika w telefonie, najchętniej w formie świątecznego dzwonka. Potem jeszcze, gdzieś od drugiego dnia świąt, zaczną napierdalać od bladego świtu po środek nocy petardami. I jak nawet uda ci się wreszcie przedrzeć przez kasę w spożywczym i wyjść z pasztetem w garści, to w drodze do domu na pewno coś ci urwie rękę albo głowę. I nawet wtedy, z głową leżącą gdzieś w innym powiecie, nie możesz sobie normalnie poczytać o holokauście, bo człowiek jednak doznaje jakiegoś dziwnego dysonansu poznawczego, słuchając w koło Macieju o ubożuchnej dziecinie, matuli i pastuszkach na przemian z wiwatami i radosnym ostrzałem wsi. A towarzyszą im kolejne, tym razem noworoczne popikiwania w telefonie!

Jestem tradycjonalistą. Oznacza to, że przyzwyczajam się do rytmu, choćby był najgorszy. Najbardziej lubię jak jest środa, najlepiej w środku listopada – mokro, buro, depresyjnie, kierowca zamyka drzwi autobusu przed nosem, a cały naród pozdrawia się staropolskim „wyp…alaj!”. Dlatego nie mogę się doczekać, aż Jezus oderwie się wreszcie od żłoba i weźmie się do roboty.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.