O białej rękawiczce

Z okazji zbliżającej się gwiazdki, kupiłem sobie odkurzacz. Była to właściwa nagroda – dostosowana do talentu, adekwatna do wysiłku artystycznego ostatnich miesięcy, a może nawet go przewyższająca.

Po pierwsze, mając odkurzacz w ręku wreszcie zrobiłem coś pożytecznego ze sobą i światem. Po drugie, efekt był obiektywny i natychmiastowy. Żadnego kręcenia nosem, że brakuje wizji, a całość jest zlepkiem niepowiązanych ze sobą pomysłów, że wszystko to odgrzewany kotlet inscenizacyjny, że technika kiepska, i że w ogóle Swinarski to jednak nie jest, choć może, poczekajmy, historia osądzi inaczej. Satysfakcja, w co też trudno uwierzyć, również była większa, skoro bawiłem się wężem do późnych godzin nocnych. A to mi brzęczało, a to szurało, a to wiało. Przykładając trąbę powietrzną to tu, to tam, i obserwując własne reakcje na te swoiste gesty rezygnacji, mogłem eksperymentować nie tylko z materią, ale i z duchem. Wciągnęło mi między innymi „O technice aktora”, „Manifest o przyszłości teatru” i jeden dyplom z konkursu recytatorskiego w szóstej klasie. I co? A dziękuję, całkiem przyjemnie. W ogóle zrobiło się jakoś tak przewiewniej, jakby ktoś umarł.

I nie potrzeba mi było żadnego uznania, żadnych nagród i wyróżnień tylko za to, że pozbyłem się kurzu! I nie wyglądałem ukradkiem przez dziurę w worku, przyszli – nie przyszli, widzieli – nie widzieli, spodobało im się to oratorium odkurzaczowe, będą bić pokłony, oddawać mojej próżności należną daninę, czy jak zwykle powiedzą tylko, że akustyka była w porządku. Jak nie ja! Chociaż nie… Jak się dobrze w siebie wsłucham, to coś tam jednak skrycie majaczę o koronie nałożonej na perfekcyjną ondulację.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.