Ucieczka z Sobiboru

Instruktor Władek, przypominający podstarzałego trenera drużyny pływackiej przy oddziale Hitlerjugend w Neubrandenburgu, nieustannie mnie się pyta, dlaczego jestem taki spięty. Nic nie odpowiadam, zataczam tylko głupkowato wzrokiem po suficie jakbym wyczekiwał nalotu aliantów, co go jeszcze bardziej denerwuje.

Na szczęście zdecydowanie woli zajmować się dwiema dziewuchami, którym przy okazji prawi nieustanne komplementy. Gdy jest z nimi w drugim końcu toru, gdy je tam mentalnie zapładnia, tylko wtedy udaje mi się od biedy coś przepłynąć. Jak jest w pobliżu, nawet się nie staram, markuję tylko ruchy, bawię się bąbelkami pod wodą albo grzebię w uchu.

Najgorzej jak sobie o mnie przypomni. Jak widzę, że do mnie leci tym swoim żołnierskim truchtem, kiedy ja tu walczę z całym światem i sobą samym, jak kątem oka dojrzę, że znowu rozdziawia tę faszystowską gębę, po czym drze się „rozluźnij się, rozluźnij”, wyładowując w ten sposób na mnie problemy z erekcją i skrywane żydowskie pochodzenie, wiem, że nic nie będzie z dalszego pływania. Zanim na dobre doleci, szoruję już brzuchem o dno, krztuszę się, dławię śliną. Wynurzam się wreszcie ledwo żywy, niczym porażony cyklonem b, tylko po to, by zamiast akcji usta-usta lub chociaż marnego pocieszenia wysłuchiwać tyrady „rozluźnij się, raus, raus!”

Czekam, aż nadejdzie końcówka wojny, a wraz z nią upragnione zaciemnienie. Jak siądzie napięcie w całym mieście, takiego wała mnie znajdzie w tej wodzie, nazista jeden.

Uwaga! To blok satyryczny. Wszelkie postaci, sytuacje i inne okoliczności tutaj opisane, nie są tożsame z rzeczywistością i mają wyłącznie charakter kreacji artystycznej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.