O apetycie na bułkę z masłem podczas jedzenia pomidorowej

Scena wielce wymowna, smutno-śmieszna.

Siedzimy z Małgośką (ale nie tą z Poznania, tylko inną) w barze mlecznym. Na stole obrus w biało-czerwoną kratę, na szyjach długaśne szaliki. Policzki zaczerwienione, ręce przemarznięte, w oczach astygmatyzm. Dać tu teraz Woody’ego Allena (ale tego śmiesznego, tego z filmów o neurotycznych okularnikach), niech kręci, gdyż właśnie grzebiąc w pomidorowej rozmawiamy o literaturze.

Jemy tę zupę, ale tak, jakbyśmy zalewali nią robaka. No bo do czego to podobne, Małgosia, Bator dostała, Munro dostała, już prawie wszyscy coś dostali, tylko my jesteśmy dalej w tej samej powieściowej dupie.

Niestety, ciągle nas coś rozprasza, z jedzeniem pomidorowej włącznie. Dlatego Gośka marzy o skierowaniu do sanatorium na minimum trzy turnusy pod rząd. Ja mogę siedzieć w Warszawie, ale za to z obowiązkowym paraliżem od pasa w dół.
– Co nie potrafiłbyś trzepnąć wtedy takiej Chutnik?
– O, z palcem w nosie. A ty takiej ostatniej Masłowskiej?
– Marne 120 stroniczek o nie wiadomo czym? Nie rozśmieszaj mnie.

Potem to już będzie bułka z masłem. Gośka, żeby podkreślić efekt nieprzystępności i antymainstreamowej postawy w ogóle nie pojawi się na gali. Ja z kolei odwrotnie – już dziś mam szczegółowo opracowaną stylizację: marynarka z cekinami, kapelusz z pawim piórem i pluszowy szczur z Ikei przypięty agrafką do ramienia. Do tego, jeśli mi nie przejdzie paraliż, wózek inwalidzki cały w odblaskach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.