O cudownym uzdrowieniu

Moja przyjaciółka z Poznania od dziesięciu lat jest chora. Od dekady nie chodzi na dyskoteki, nie umawia się na randki, nie podróżuje. Nie udziela się też w organizacjach chorych, nie pisze rozpaczliwego blogu, nie czyta listów od bliskich w niedoli i cierpieniu. Nie ma na to siły. Jeśli silne skurcze nie zrzucą jej z posłania, w ogóle nie opuszcza łóżka.

Przez tę dekadę zbierały się konsylia, głowiły się ciała uczone, marszczyły brwi zakłady i katedry naukowe. Neurolodzy odsyłali ją do psychiatrów, psychiatrzy z powrotem do neurologów. Specjaliści od chorób takich i owakich pocili się nad dokumentacją, uczyli się nazw nowych leków i marnotrawili bloczki recept. Niektórzy, bardziej przejęci, zgłębiali literaturę fachową w obcych językach, naradzali się na skype’ie, kręcili na wideo materiał poglądowy i wysyłali do wiodących ośrodków badawczych za oceanem. Próbowano autosugestii i elektrowstrząsów, pijawek i modlitw do Matki Bożej Nieustającej Pomocy: I co, nie pomaga? Naprawdę nie może się pani wyprostować?

Tymczasem jednej pańci z ZUS-u wystarczyło raz rzucić okiem, żeby orzec cudowne uzdrowienie: takich chorób nie ma, proszę pani, proszę wstać, proszę się przestać wygłupiać, ogłaszam zdolność do pracy!

Teraz z Gośką zastanawiamy się, do jakiej mogłaby pójść roboty. Praca z klientem, wiadomo, odpada. W tym kraju wystarczy mieć niewłaściwe spodnie, żeby dostać łomot, co dopiero konwulsje. Nic na siedząco. Broń Boże na stojąco. I żeby nie trzeba było daleko dojeżdżać, a najlepiej w ogóle wychodzić spod pościeli.

Głowimy się na walnych zebraniach, organizujemy seminaria, zbieramy konsylia. Na skype’ie błagamy urząd pracy, żeby chociaż przyjechał zamontować w mieszkaniu automat z numerkami, bo po obcięciu grupy petentce nie tylko nie przysługuje już dojazd karetką, ale i przywilej obsługi poza kolejką. A bardzo, ale to bardzo chciałaby się zapoznać z ciekawymi propozycjami.

Gosia, a może testowanie farmaceutyków? Może modeling w asortymencie odzieży szpitalnej i kołnierzy ortopedycznych? Może podłączona do przewodów mogłabyś niczym dynamo produkować z tych bolesnych drgawek jakiś prąd? Po pańci z ZUS-u widać, że oświecenia stale nam brakuje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.