O zaledwie ziarnku grochu

Polecam wszystkim „Naszą klasę” w Teatrze na Woli. Nie tylko dlatego, że to świetne, czytelne inscenizacyjnie i koncertowo zagrane przedstawienie.

Sztukę Słobodzianka ogląda się jak dramat antyczny. Oto na scenę wychodzą dzieci. Przedstawiają się, deklamują wierszyki, przechwalają się, snują plany dorosłego życia. A my przecież wiemy dokładnie jak skończą: z roztrzaskaną potylicą na rynku w Jedwabnem, zwęgleni w stodole, na pożydowskim szabrze lub – w najlepszym razie – w zakończonej sukcesem próbie samobójczej. Autor nie okazał litości ani ofiarom ani katom.

I widowni lżej. Bo nie ma nas na scenie, bo nas nie dotyczy słobodziankowe fatum. Nie trzeba więc się już silić na przemądrzałe scenariusze wstecz. Co bym zrobił, jakim to bym się okazał mężem sprawiedliwym, jakim bohaterem klawym z czytanki szkolnej? A jeśli znalazłbym się po drugiej stronie: jak bardzo wyszlachetniałbym w cierpieniu? Łagodnieją też nagle nasze prywatne dylematy: wziąć kredyt czy wynajmować? Zwolnić się czy dalej się męczyć? Oddać się szaleństwu czy też trwać na posterunku trzeźwej kalkulacji? Kocha czy zdradza? Masło czy margaryna?

Jakie to szczęście, że Historia obchodzi się ze mną póki co łaskawie i nie wymaga specjalnie trudnych wyborów. Jeśli bywam świnią, to w tak małej skali, że nie nadaje się to na żaden dramat. Jeśli bywam bohaterem, to bloku reklamowego zaledwie. Owszem, czasem pije mnie coś przed snem, ale nie są to gwoździe Madeja, ale ziarnko grochu co najwyżej. Generalnie noce mam spokojne.

One thought on “O zaledwie ziarnku grochu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.