Z zupełnie innej, niebajkowej beczki

Dobrnąłem do końca Łaskawych Littella. Gdzieś w okolicach trzechsetnej strony utknąłem, aby raptem połknąć pozostałe siedemset. I nie mogę przestać myśleć o całości tego tomiszcza.

Mówiono mi: „pornografia zbrodni”, „po co coś takiego pisać?”, „niesmaczne”, „apoteoza relatywizmu moralnego”. Wiem, to przebrzmiałe dyskusje z zeszłego roku, a jednak zauważyłem w Łaskawych coś, co nie daje mi spokoju i nie zmierzam siedzieć cicho.

Ta książka niepokoi. Ale nie ze względu na beznamiętne opisy zbrodni nazistowskich, zupełnie niepodobne w tonie do tego, co znamy z literatury o Holocauście. To też. Ale chodzi przede wszystkim o niepokój wewnętrzny bohatera-narratora, który się udziela podczas lektury. Bo Maksymilan Aue to wzorowy oficer SS, inteligent z doktoratem, miłośnik Bacha, który na poziomie intelektualnym nie ma żadnych dylematów moralnych. Interesuje go wyłącznie logistyka: transport i wyżywienie „najcenniejszych robotników Rzeszy”. Czasem jedynie odczuwa dyskomfort natury estetycznej. A jednak to pozór. Obrona. W gruncie rzeczy na przekór rozumowi ciągnie go w przeciwne obszary. Zdradza go ciało: niekontrolowane wymioty i wypróżnienia, okresowe utraty słuchu, dziwne stany gorączkowe. Oraz najskrajniejsze w formie fantazje erotyczne, wobec których nawet praktyki homoseksualne okazują się wyłącznie ucieczką. I to mi się w konstrukcji bohatera najbardziej podoba: ta jego niezgoda na swoje rozmycie, niedopowiedzenie, nieoczywistość. Których nienawidzi, które chce w sobie zabić, ale od których też uciec nie umie.

Społeczeństwo podziwia w nim samca-mordercę, ale on sam tak naprawdę tęskni do bycia dzieckiem. Kiedy nie był jeszcze ani mężczyzną ani kobietą, a jednym i drugą jednocześnie. Kimś pomiędzy. Kimś poza.

I w ten sposób dochodzę do interpretacji postawy społeczeństwa III Rzeszy, która mnie samego zaskoczyła. Niemcy, ci panowie w mundurach, w skórzanych oficerkach, chadzający na polowania, hołdujący kultowi męskości wymordowali sześć milionów Żydów dlatego, że w rasie niewolników zobaczyli swoje drugie oblicze: subtelne, delikatne, wręcz słabe. Kobiece. A jak ktoś, wbrew nam samym, na naszych oczach, codziennie, uzmysławia dobitnie naszą inność, wtedy zagraża. Wtedy, żeby nie widzieć swojego niechcianego odbicia, porywamy się na lustro. Tylko, że tak naprawdę jest to droga do autodestrukcji. Czego doznał i Aue, i Niemcy w 1945, i niejeden inny naród później.

Nie odwracajmy się zatem, mości panowie, od kobiet (i Żydów), które w nas siedzą, tylko wtedy możemy liczyć na ocalenie.

I na koniec: moja odpowiedź na to, co tak naprawdę oburzyło w Littellu część czytelniczej opinii. To forma. Te objętości, te nużące pseudofilozoficzne dialogi rodem z Tołstoja, te opisy snów i wizji na granicy majaczenia żywcem z Dostojewskiego! Zagłada, po której literatura miała być niemożliwa, została opisana w staroświeckiej, dziewiętnastowiecznej formie, gdzie dobro i zło miały ostre granice. Dla wielu takie pisarskie podejście było pewnie skandaliczne. Dla mnie odkrywcze. Poza tym to powieść bogata w literackie aluzje, dająca wiele tropów interpretacyjnych i wytrącająca z ciepłego, milutkiego, zadowolonego przy herbatce, pod kocykiem myślenia o sobie.

Wiem, trochę się mądrzę, bawię się w jakieś dzienniki Dąbrowskiej Marii, ale jestem jedynym krytykiem literackim za Siedmioma Morzami, a ktoś musi tu wystąpić od czasu do czasu w roli eksperta.

One thought on “Z zupełnie innej, niebajkowej beczki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.