O tym, że latający kufer wezmę w dobre ręce…

Gdzieś w okolicach lutego zacząłem się nerwowo kręcić, tracić apetyt, nie spać. Przypomniało mi się. Za pół roku urlop, o Jezu! Znowu!

Jak człowiek nie ma domu, to się byle brzytwy kurczowo trzyma, aby nie utonąć. Nie chce zostawić Państwa na łaskę i nie łaskę. Kartony przecież rozkradną, miejsce pod mostem zajmą, gdy tylko się zeń spuści uważne oczy. Co czynić jednak? W końcu przynależność do kultury wypoczynku zobowiązuje.

Udało się w końcu. Euro kupione, walizka pożyczona, karton papierosów z taniego kiosku przy hali Banacha na stole już leży. A teraz pakowanie, czyli wielki dramat. Sześć zestawów ubraniowych, po każdym na dwa dni właśnie przeszło ostrą selekcję. Ale wszystko letnie. Czy mam brać również taką samą ilość jesienno-zimowych? A co, jeśli okaże się na miejscu, że potrzebuję czapki uszanki, kalesonów i termoforu? Brać? No, na Boga, nie mogę się zdecydować. Lista podróżna rozrasta mi się już do rozmiarów „Wojny i pokoju”. Wszystko się przecież nie zmieści, a wszystko niezbędne jest. Omnia mea mecum porto. Z każdym przedmiotem, który mam, jestem związany emocjonalnie. Zostawić byle łyżkę, byle ładowarkę, to jak zdrada. Przez to wszystko na końcu okaże się, że zapomnę zabrać bilet.

Dawni książęta wędrowali karocami z całym dworem, dlaczego ja mam się ograniczać do domku ślimaka? Muszę pomyśleć chociaż o jakimś latającym kufrze. Ale to już po powrocie.

One thought on “O tym, że latający kufer wezmę w dobre ręce…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.