Technika Okienna i Lufcikowa
05-092 Łomianki
Szanowni
Państwo,
kierując
się pozytywną opinią, jaką macie na rynku, zdecydowałem się zamówić w Waszej
Firmie wykonanie parapetu wewnętrznego drewnianego. W dniu 29.03.2012 spotkałem
się w miejscu mojego zamieszkania z przedstawicielem Waszej Firmy, panem
Wiesławem Sarneckim, który dokonał niezbędnych pomiarów. Wspólnie ustaliliśmy
materiał, kolor, kształt i koszt usługi oraz termin jej realizacji (1 miesiąc).
Wszystkie ustalenia zostały zawarte w umowie, którą wspólnie podpisaliśmy. Jej
kopię przesyłam w załączniku.
Mimo że reklamujecie się Państwo jako firma,
która nie pobiera zaliczek, pan Sarnecki zasugerował, że wcześniejsza wpłata w
wysokości 50 proc. ceny, przyśpieszy termin wykonania usługi. Dlatego jeszcze
tego samego dnia dokonałem przelewu. Jego kopię przesyłam w kolejnym
załączniku.
Do dnia
14.05.2012 r. nikt nie odezwał się do mnie w sprawie zamówienia. Wówczas
zaniepokojony podjąłem kilkakrotne próby skontaktowania się z panem Sarneckim.
Za każdym razem przedstawiciel Państwa Firmy zbywał mnie informacją, że
oddzwoni za pięć minut. Owe pięć minut trwało w sumie trzy dni. Dopiero moja
interwencja telefoniczna bezpośrednio w Państwa Firmie sprawiła, że pan
Sarnecki w dniu 17.05.2012 wreszcie oddzwonił z informacją, że ZAPOMNIAŁ (!!!)
o moim zamówieniu. Jakież było moje zdumienie, kiedy spodziewając się
renegocjacji ceny na moją korzyść tytułem zadośćuczynienia, usłyszałem od pana
Sarneckiego, że się jeszcze POMYLIŁ w wycenie! I to o sto procent! Na moje
grzeczne próby niezgodzenia się z jego propozycjami i groźbę interwencji
bezpośrednio w Państwa Firmie... rzucił słuchawką.
Piszecie
Państwo na swojej stronie: „Od początku naszej działalności oferujemy klientom
markowe produkty, krótkie terminy realizacji, niskie ceny oraz profesjonalną
obsługę klienta. To właśnie
profesjonalna obsługa klienta jest głównym źródłem naszych sukcesów, które
osiągnęliśmy poprzez kadrę wykwalifikowanych pracowników, którzy są do Państwa
dyspozycji - wystarczy jeden telefon i Państwa problem staje się naszym
problemem.”
Nigdy w
życiu nie czytałem czegoś tak bardzo odstającego od rzeczywistości, a w mojej
sytuacji wręcz kuriozalnego. Nie pamiętam, abym w swoim życiu jako klient
został tak lekceważąco i nieprofesjonalnie, a wręcz upokarzająco potraktowany.
Nadużyty został mój cenny czas, a mój problem nie tylko nie stał się Państwa,
ale wręcz dzięki Państwa wykwalifikowanemu pracownikowi zyskałem problem,
jakiego wcześniej nie miałem. Zamiast jednego telefonu było kilka. I to z mojej
strony i na mój koszt. Chyba nie o to chodziło, prawda?
Albo Państwo świadomie wprowadzacie w błąd
klientów, co jest, łagodnie mówiąc, nieuczciwością, albo macie w swoim gronie
ludzi, którzy kompletnie nie rozumieją idei Waszej Firmy, co z punktu widzenia
biznesowego jest niefrasobliwością pracodawcy. Mam nadzieję, że jednak mimo
wszystko chodzi o to drugie. Chciałbym wierzyć, że wspólnie mieliśmy do
czynienia z jednostkowym przypadkiem, który na dłuższą metę nie zagrozi
wizerunkowi Techniki Okiennej i Lufcikowej. Pracując w środowisku public
relations wiem, jak ciężko i długo pracuje się na renomę firmy, a jak szybko,
niestety, ją się traci przez nieodpowiedzialne zachowania osób przypadkowo z
nią związanych.
Ze swojej strony oczekuję realizacji umowy,
podpisanej przez reprezentującego Waszą Firmę przedstawiciela w dniu 29.05.2012
r., która wraz z integralnym z nią Regulaminem
w świetle obowiązującego prawa (art. 636 kc) nakłada obowiązki na obie strony. Nie
muszę chyba dodawać, że liczę na poważne i pełne szacunku traktowanie mnie
przez kompetentne i znające w sposób profesjonalny swój fach osoby, które będą
się ze mną kontaktowały w imieniu Techniki Okiennej i Lufcikowej.
Sobie i
Państwu życzę szybkiego i owocnego rozwiązania niniejszego problemu.
Łączę
wyrazy szacunku,
Marcin
„Proszę Prince’a” Rzymski
Moje
Państwo
Zał. 1. kopia umowy wraz z
regulaminem
Zał. 2. kopia przelewu
Piękny list wysmażyłem, prawda?
Duma moja jednak trwała krótko. Nagle mnie coś tknęło, by sprawdzić, kim jest
pan Sarnecki. Otóż pan Sarnecki jest właścicielem i generalnie mu zwisa i
powiewa, gdyż sam, jeśli tylko zechce, może się zwalniać i zatrudniać,
przypominać i zapominać, oddzwaniać i rzucać słuchawką, Zwłaszcza takie gadki
szmatki, jak moja, mogą mu latać nie tylko koło nosa, ale i po całych Łomiankach.
Więc z braku innych
możliwości publikuję ten mój wymęczony protest tutaj, szanowni czytelnicy, jako
wyraz naiwnej wiary w słowo, które straszy, ostrzega i porusza sumienia.
I wzorem pana Sarneckiego (żeby zdechł!) rozpatrzę go albo i nie.
Tagi: słowo, protest, pr, reklamacja, parapet, skarga, blef, klient nasz pan, sarnecki
Od niedzieli mam gościa. A to oznacza, że
muszę gotować.
Pierwszy obiad był niesamowitą przygodą. Drugi -
z lekka zalatywał rutyną. Przy trzecim - dostałem szału.
Nie rozumiem, jak te moje koleżanki,
prywatnie małżonki, matki i panie domu, po tylu godzinach ślęczenia w robocie,
mogą jeszcze znosić codzienną katorgę pitraszenia dla całej zgrai głodomorów.
To przecież do samej prawie osiemnastej schodzi! A potem jeszcze zmywanie stosu
naczyń, przechadzka z odkurzaczem, nocny dyżur przy desce do prasowania, wybieranie
koszul dla małżonka, robienie potomstwu kanapek do szkoły i Bóg jeden wie, co
jeszcze. I to za darmo! Bez najmniejszego nawet komplementu, za to z kupą
pretensji. Ocipieć można.
Mnie wystarczyło kilka dni, żeby dostać uderzeń
gorąca i ciągłego rozdrażnienia. Więc kiedy zmęczony harówą walnąłem się
wreszcie do łóżka, zamiast po Białoszewskiego sięgnąłem po „Panią domu”, żeby
sobie dla wytchnienia poczytać o dietkach. Nagle, o, nie! A ten czego się
wierci, do czego wyciąga te dwie lewe ręce?
Czego chce, leser jeden? Jeszcze
tego brakuje, żeby mnie na koniec, kiedy już nóg nie czuję, miał puknąć.
A mnie właśnie boli głowa!
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: dom, gotowanie, kobieta, obiad, ból głowy, ocipieć
Główny nurt kultury - zdradza „Polityce” profesor
Czapliński - traci wiarygodność. Ale
wieszcz jest możliwy w sieci. Jako bezimienny twórca...
O, Boże, czego to ja się dowiaduję! To już nie jestem
niedojdą, ofermą, sierotą bożą? Przestałem być cwelem, który tworzy za darmo,
nabijając kabzę Onetowi? I teraz to ja jestem górą, a nie tamci chałturnicy,
tamte artystyczne dziwki, co przeliczały sferę symboliczną na stan konta i
bywanie w szklanym pudle? To nie oni, ale ja wyznaczam trendy, ja jestem
forpocztą? Za mną podąża lud?
Durnie, nawet nie zauważyli, że nastąpiło społeczne
pęknięcie, zerwanie, odwrócenie się plecami, obalenie w proch. I ci co byli z
przodu, teraz są z tyłu. Którzy dawali, biorą. Co z wysokości wydawali rozkazy,
teraz sami się na klęczkach wypinają.
Dobrze, lecimy więc dalej z tym blogiem po złote runo
nicości, naszą ostatnią nagrodę. Wciąż bez oczekiwań nawet na miskę ryżu, ale
za to wyprostowani.
Jakie to szczęście, że jednak nie dałem się sprzedać. I wcale nie
umniejsza tego fakt, że jakoś do tej pory żaden kupiec się nie trafił.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: polityka, blog, herbert, czapliński, pęknięcie, acta, przesłanie pana cogito, główny nurt, wieszcze
Szkolenie wyjazdowe było udane, choć z początku mi się nie
bardzo podobało. Nie tylko z tego powodu, że musiałem spać nie w swojej
pościeli, pić nie ze swojego kubka, przeglądać się w nie swoim lusterku.
Najgorsze było to, że przez niemal dwadzieścia cztery
godziny na dobę musiałem dzielić się swoim doborowym towarzystwem. A kto mnie
doceni bardziej niż ja sam, no kto? Pan z lewej? Pani z prawej? Raczej nie.
Przecież ja nawet nie znam żadnego z tych jędrnych dowcipów, którym tutaj
mógłbym zaimponować. Znam tylko jeden, mój ulubiony, jak szedł garbaty ulicą,
przewrócił się, ukołysał i zasnął. Sami przyznacie, że nieśmieszne... Zawyłem
więc w duchu: ja chcę do wierszy, do filmów nadrealizmu niemieckiego, do
cytatów z Seneki! Do nieskrępowanego dostępu do prostownicy i lokówki, ratunku!
I już, już miało się okazać, że nie tylko z uduchowioną
inteligencją mi niewygodnie, ale i ze swojactwem nie po drodze, gdy przyszła
pora na wieczór integracyjny. I wtedy nagle zachciało mi się przynależeć,
bratać się, być w kręgu. Zamiast więc pójść grzecznie po pierwszej kawie do
pokoju, by spędzić tam wieczór z późnym Miłoszem, podniosłem do ust zupełnie co
innego, potem se dolałem, potem jeszcze cięgiem poprawiłem. Wreszcie oderwałem
się z przytupem od kąta stołu, zatoczyłem kulasami, zakręciłem bąka, palnąłem
facecję, za co zebrałem zasłużony rechot i szacun. Bar został wzięty!
Na drugi dzień nie było już powodów, aby strugać ważniaka.
Nie było też przeszkód, aby wymienić się telefonami i mejlami. Zostałem kolegą.
Aha! Warunki mieliśmy bardzo dobre. I nie jest prawdą, że nad łóżkami
dach przeciekał. Szczególnie, że prawie nie padało.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: wiersze, wyjazd, integracja, bar, akceptacja, szkolenie, lud, garbaty, ważniak
Konkurs. Powiedzmy, w Muszynie. Eliminacje
środkowoeuropejskie do światowej wystawy, powiedzmy, much. I ja się wystawiam z
najlepszym swoim okazem. Z „Makami w polu”, powiedzmy.
Stoję tak sobie, stoję dzień cały i już mam zwijać stoisko,
kiedy mnie nagle w łokieć trącają, w plecy klepią, gratulacje składają. Ja nic,
bo przecież nic nie wiadomo. Ale znowu podchodzą, z innych stoisk nawet, tak
krajowych jak zagranicznych, i ściskają, i klepią. W kuluarach im nagle
gruchnęło, że za faworyta uchodzę, że bukmacherzy moją wygraną obstawiają. Więc
choć organicznie jestem skromny, nagle zaczynam się przechadzać po alejkach
jakby prościej, z piersią jakby bardziej wypiętą, z błyskiem w jakby oku.
Zagadnięty, zdradzam tajemnice warsztatu, chwalę się oryginalną metodą twórczą.
Trzeba, mówię, znaleźć w sobie muchę, trzeba sobie wyobrazić, co ona czuje,
czego pragnie, czego się lęka, jakie miała dzieciństwo. Tak dogłębnie
przeniknięta, psychologią podparta, gwarantuje pełnię sukcesu. Oooo, mówią oni
z uznaniem i namawiają, aby koniecznie zostać na gali, choć to po ostatnim
pekaesie już będzie. I choć mówię, że nie, nie, ja tu nie po nagrody
przyjechałem, po takich pochwałach już miejsca sobie znaleźć nie mogę. Nagle
wyobrażam sobie jak mi burmistrz Muszyny będzie wręczał dyplom, jak z „Głosu
Środkowoeuropejskiego” będą błagać o parę słów gorącego komentarza. Już się
widzę na okładce z Bursztynowym Naparstkiem w rękach. Już w myślach dekoruję
trofeami ścianę zakładu, już realizuję czek.
Wreszcie wychodzi szanowne jury, Paprocki z Brzozowskim,
powiedzmy, odczytać werdykt.
I co? Jajco!
Wyróżnienie mi dali! Równie dobrze mogli te moje „Maki w
polu” (powiedzmy) ogłosić najgorszą (powiedzmy) muchą roku, na to samo by
wyszło. Jeszcze mi, chamy, gratulują, jeszcze klepią, jeszcze ściskają.
Bezczelność!
A wygrał jakiś dziergała z, powiedzmy, Radomia. Właśnie ten, który to
wielkie „oooo” zrobił, jak mu o psychokrawiectwie, powiedzmy, powiedziałem.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: konkurs, nagroda, wyróżnienie, zwycięstwo, porażka, pycha, werdykt, podpucha, faworyt
Pierwsza lekcja jazdy na rowerze, na obcej, holenderskiej
ziemi, gdzie nikt mnie nie znał, to był pryszcz. Najgorsza była lekcja druga. Na swojackim Bródnie.
Wyglądam przez okno. Chłopacy z mojego bloku myją samochód.
Też sobie porę znaleźli. Przecież ja teraz za żadne skarby nie wyjdę. Nie mogę
się skompromitować. Nie przy nich. I tak mają mnie za pierdolniętego, co w
cylindrze śmieci wynosi, po bułki chodzi, więc jak się jeszcze wykopyrtnę przed
klatką, będę się mógł na zawsze pożegnać z odstawianiem równiachy. Nie, nie
wyjdę. Poczekam aż się ściemni.
Jednak kiedy wyglądam o zmroku, oni dalej siedzą. Podziwiają
umyte auto, przeglądają się lusterkach, machają brelokami od kluczy. O w mordę
mięsnego jeża! Co robić, co robić? Przebrać się za kogoś? Dobre sobie, przecież
ja codziennie (śmieci, bułki) jestem przebrany. Nie ma takiej opcji, żeby mnie
nie rozpoznali. Zrobić podkop wprost do ścieżki rowerowej na Kondratowicza?
Może do czasu aż się rozejdą do domów, jeździć sobie po piwnicy, osiem metrów
kwadratowej?
W końcu jednak biorę się w garść i wyprowadzam rower.
Oczywiście, nie wsiadam na niego. A co to, nie można sobie prowadzić? Też mi
sensacja, nie widzieliśta czegóś takiego? To taki, proszę szanownych, jest
nordic walking dla bardziej zaawansowanych. Zamiast kijków kółka. W Holandii bardzo
popularne. Tam całe rodziny, włącznie z panującą, tak sobie spacerują wzdłuż
kanałów.
No i idę z tym rowerem dziesięć tysięcy kilometrów. Mijam
Biedronkę, kościół, ludzi na przystanku. Strasznie ich dużo pod tą wiatą. Jakby
pół Bródna czekało na autobus. Jakby wiedzieli. Jakby specjalnie wyszli, żeby
obejrzeć sobie jak wyciągam się jak długi. Zwiedzieli się, z mojej twarzy
wszystko wyczytali, od chłopaków spod bloku szybkim esemesem powiadomieni
zostali. O, jak to dobrze, bo już im się śmieszne filmiki na youtubie znudziły.
Już im się przejadł kwejk i wiocha.pl.
Więc żeby przerwać tę mękę, chowam się za drzewem, wsiadam,
jadę.
Trochę mną zakołysało przy ratuszu, ale tylko dlatego, że
jadący za mną kolarz strasznie poganiał. Spieszno mu było, popisywaczowi, do
slalomów i ósemek. A weź się, popisywaczu jeden! To nie wiesz, że najtrudniej
jest jechać w linii prostej? W wolnym tempie? Z zatrzymywaniem się na światłach
jak Bóg przykazał? Te twoje ósemki to ja przed chłopactwem z bloku na
zawołanie wykonuję. I jeszcze dorzucam salto w tył.
No i też mi się nie powiodło na skrzyżowaniu, bo się
jeden cham strasznie guzdrał na przejściu dla pieszych. Rozumiem, że gdzieś zgubił
jeden z kijów od tego swojego nordic walkingu, ale to jeszcze nie powód, żeby
aż tak drobić kroczek przy kroczku. Okulary słoneczne lepiej by zdjął, modniś cholerny!
Mimo wszystko lekcja druga została odrobiona.
Prawie... Kiedy bowiem poczułem się już tak, jakbym na
drugie miał Szurkowski, a na trzecie Indurain, postanowiłem nie schodzić z
roweru przed Bazyliańską, nie odwalać szopek z kolarstwem ręczno-pieszym, ale
podjechać pod sam blok. A to się chłopacy zdziwią. Wyszła ciapa z rowerem pod
pachą, a wraca rycerz na koniu, patataj! Niestety, już miałem hamować, kiedy
jakieś licho sprawiło, że się nie wyrobłem i kobdyk, kobdyk, wjechałem wprost
na świeżo wypucowane autko.
Chłopaków na szczęście już przy tym nie było. Ale moje odciski palców,
stóp i czoła są teraz wszędzie.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: rower, holandia, chłopacy, blok, bródno, nordic walking, ścieżka rowerowa, ciapa, rycerz na koniu
Były trzy tajemnice Proszę Prince’a. O pierwszej wiedzą
wszyscy. O drugiej też już ćwierkają wróble na co drugim dachu. Zresztą obie to
obyczajowe pierdy-srerdy, uwagi niegodne. Za to o trzeciej, najstraszniejszej
ze strasznych, nie wiedział prawie nikt.
Nieraz wyobrażałem sobie taką oto scenę. Otoczony
spadkobercami leżę na łożu śmierci:
- Muszę wam coś wyznać - mówię.
- Co, stryjaszku, co?
- Coś strasznego, potwornego...
- Masz nieślubne dziecko z aptekarzową?
- Gdzie tam... Chodzi o to, że...
- Nie ma żadnych pieniędzy w szparze pod podłogą?
- To też. Ale ja nie o tym...
- Masz czarcie znamię na lewej łopatce, spotkałeś UFO, nie
dałeś świadectwa w stanie wojennym i za butelkę bebiko doniosłeś na kolegę w
przedszkolu?
- Nie... nie... nie... - charczę.
- Nie co? Pośpiesz się, dziadygo, bo czas antenowy mamy drogi - zwolna tracą cierpliwość żałobnicy.
- Wody... (tu następuje przerwa na reklamy). Nie... nie...
nie umiem jeździć na rowerze!!!
W tym momencie opadam na poduszki, wydaję ostatnie
rzężenie, konam.
A teraz nic z tych planów nie będzie. Wystarczyło bowiem pojechać
na kilka dni do Holandii i tam z dala od paparazzi wsiąść na rower. Myślicie,
że wpadłem chociaż do polderu, że nadziałem się na rogi krowy holenderki, że
rozpoznany przez tamtejszą polonię zostałem starty na proch na krajowych
forach? A gdzie tam! Popedałowałem tak, jakbym nic innego w życiu nie robił.
Eh... Kolejny zmarnowany talent. A to w moim przypadku
akurat żadna sensacja. Na to, niestety, reklamodawcy nie polecą.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: tajemnica, rower, holandia, sensacja, reklamodawcy, broek in waterland
Jest na Bródnie kino. Nazwę nosi swojską, szeleszczącą.
Żadne multi, srulti. Nie ma toalety na wysoki połysk, hipsterskiej obsługi i
tej całej wielkomiejskiej atmosfery bywania. Ma za to widownię z kolumnami,
niewygodne siedzenia i bilety w bardzo niewarszawskiej cenie.
Niedziela. Popołudnie. Przede mną w kolejce starsza pani.
Wyjmuje pieniądze, płaci, jakby chodziło o zestaw firmowy, specjalność zakładu. W końcu jednak się reflektuje i na wszelki wypadek
pyta:
- A jaki w ogóle dzisiaj film?
- A bardzo dobry, pani Zosiu - odpowiada kasjerka.
- Ale jaki, pani Jadziu, tytuł? - drąży Zosia.
- A wie pani, że nie wiem.
Jadzia porzuca kasę i wychodzi na naszą stronę, żeby
sprawdzić w rozpisce. Ale nie może znaleźć. Wraca więc do kasy po okulary,
po czym znowu do nas. W końcu, jakby nieco zdziwiona:
- O, jest... No... ten, mówili, jest szczególnie dobry.
Więc pani Zosia już uspokojona idzie grzecznie do sali,
gdzie pary sześćdziesięciolatków trzymających się za rękę, czekają już na ten
szczególnie dobry film. Ale zanim wszystko się zacznie, wychodzi jeszcze pan z
teczką. Prelegent. Streszcza biografię reżysera, wtajemnicza w technikę
operatorską, zdradza kulisy planu. I za to dostaje zasłużone brawa.
A potem jest już oglądanie, którego nic nie zakłóca. Ani
zgrzytanie zębów o popcorn, ani dzwonki telefonów, ani tłumy spóźnionych,
którzy nawet gdyby chcieli i tak by nie weszli, gdyż prelegent z teczką zdążył
wcześniej zamknąć drzwi na klucz.
Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi się z kimś zestarzeć, będę z nim chodził
wyłącznie do kina „Świt”. Tylko tam, z dala od multipleksów w
rozwrzeszczanych dzielnicach, pod bezpiecznym
nadzorem kasjerki, prelegenta i ciszy, kruche, drżące dłonie będą mogły z należną czułością celebrować przemijanie.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: kino, czułość, czas, starość, świt, bródno, społeczność lokalna, przedepokowe, archaiczne
Umykają
kolejne szanse. Spodziewane wydarzenia kończą się na etapie zapowiedzi.
Fantastyczne wytwory wyobraźni ostatecznie rozwiewają się nam jak fatamorgana.
Eh...
Jak to
dobrze więc, że umiemy poprzestać na byle czym. To jest naprawdę niesamowite,
że nowa deska do krojenia może cieszyć aż dwa tygodnie. A doskonale udrapowana
sieć rybacka-baldachim, po wielu wymęczonych godzinach upinania, zakończonych
ostatecznie sukcesem, nawet dłużej. Wchodzimy do pokoju, a ona, niczym ołtarz
na Boże Ciało albo to gotyckie cudo z Chartres, głosi
chwałę stworzenia i cieszy oko Budowniczego. A ile radości daje powrót do scenki sprzed
lat: jak w pierwszym dniu pracy zacięliśmy się w windzie towarowej i musieliśmy
wołać „ratunku”, co wówczas przysporzyło nam wielu cierpień, a dzisiaj tak
nagle przypomniane - śmieszy. Albo rozmowa z przyjaciółką, równie stukniętą jak
my... Odlot gołębi z furkotem wprost spod naszych nóg. Pierwsza, wiosenna burza. Czysta podłoga w kuchni.
Prawda,
czasem brakuje pieniędzy, odpowiedniego klimatu i towarzystwa na bycie szczęśliwym.
Ale i na to jest rada.
Mamy taki
niezawodny sposób, godny stypendium imienia Kotarbińskiego. Ryzykowny jednakże.
Otóż jak nam się chce, nie biegniemy od razu do toalety, ale hartując charakter
w walce z hedonistyczną łatwizną, wstrzymujemy się jak najdłużej. Przysiadamy
na pięcie, obiegamy sprzęty, podśpiewujemy coś dla dodania animuszu. Jeśli
jesteśmy odpowiednio zaawansowani, możemy z pracy wybrać się nawet w jakąś
długą podróż, powiedzmy na Chomiczówkę. A stamtąd jeszcze na Służewiec. I to w
porze szczytu, gdy nie ma najmniejszych szans na wolne siedzące. A kiedy już
czujemy, że dalsza wyprawa, powiedzmy do Piaseczna, grozi kompromitacją,
wracamy. Potem biegiem przez osiedle.
Spodnie w ręku już na schodach, kluczy jak zwykle znaleźć nie można, drzwi się
zacinają, deska klozetowa opada, majtki się plączą, ale już, już za chwilę...
Jeeeeeeeeeeest!!! Salwa! Wystrzał armatni na cześć! Oto
wyzwolenie, zdobycie Koła, zajęcie Opoczna, wspaniała wiktoria u wlotu do
kanału!
I to jest właśnie ta
chwila. Jedna jedyna, najcudowniejsza. Teraz to już można nawet tańcować.
Przynajmniej do czasu, kiedy się okaże, że znowu nie ma papieru.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: radość, ulga, wc, drobnostki, kotarbiński, o szczęściu
Czasem doznaję takich olśnień, że już, już, prawie to mam,
prawie wiem o co chodzi... Nie o pieniądze, nie o status społeczno-towarzyski.
Nie o pracę, która daje radość. Nie o spełnione życie uczuciowe. Nawet nie o
miłość, która podobno wszystko wybacza. Więc o co?
Konkurs recytatorski. Eliminacje dzielnicowe. Jakiś
zapomniany przez show biznes dom kultury. Oprócz mnie, jeśli nie liczyć
instruktorki biegającej z papierami, sami licealiści. Patrzą na mnie i myślą
„pojebany”. Ja patrzę na siebie i też tak myślę. Ten dom kultury, ten konkurs,
ja mówiący wierszyki zamiast robić kurs prawa jazdy czy coś. W epoce „Mam
talent” i youtube’a mój występ w takim otoczeniu jest nie tylko archaiczny, ale
wręcz żałosny. Przecież to wygląda jak cofnięcie się do przedszkola, do
czarno-białej telewizji, w trójpolówkę!
Ale ja chcę tylko powiedzieć tekst. Nie liczę na
wyróżnienia, na przejście do następnego etapu, na przychylność pani od
polskiego podczas wyliczania średniej, na przetarcie ścieżek do akademii
teatralnej. Chcę tylko oddać się chwili, która nie doprowadzi mnie do żadnych
namacalnych profitów.
A potem wreszcie mówię ten monolog z „Idioty” o tym, że
dobrze jest być śmiesznym, że niedostosowanie i ułomność może być ocaleniem. I
wiem, że tego, o czym mówię, tak samo jak u Dostojewskiego, tak i tu, nikt z
zebranych nie rozumie. I że to w tej i w każdej innej sytuacji pasuje do mnie
jak ulał.
Więc co z tego, że pomyliłem planety i miejsca zatrudnienia?
Co z tego, że mam dwie lewe ręce do zarabiania pieniędzy, urządzania się w
życiu i bycia praktycznym, grzecznym i miłym? Co z tego, że nie ma ani jednej osoby, która
chciałaby ze mną dzielić łóżko, szczoteczkę do zębów i życie? Co wreszcie z tego, że pół
roku zmarnowałem na to tylko, żeby ośmieszyć się przed młodzieżą? Dobrze mi ze świadomością,
że jestem aberracją, życiowym kuriozum, że siedzę sobie w głębokiej dupie aż po
same pachy.
Więc choć narzekam dziesięć tysięcy razy na godzinę, nie wyciągajcie mnie
stamtąd. Bo prawda jest taka, że ostatecznie z nikim nie zamieniłbym się na los.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: konkurs, dostojewski, leśmian, kuriozum, myszkin, bielański ośrodek kultury, okr
Sernik mi ostatecznie wyszedł, choć praca nad nim, ten cały
proces twórczy, mnie nie porwała.
Już się nawet martwiłem, czy nie odkryję swojego kolejnego
talentu, który w połączeniu z pisaniem, deklamowaniem, krawiectwem i
rozśmieszactwem, całkiem oderwałby mnie od życia. Przecież ja bym nie
poprzestał na byle babie! Ja bym od razu poleciał w stronę rzeźby smakowej! Ja
bym się rzucił się w esej kulinarny! Ja bym to chciał wydawać, wystawiać,
czytać z podziałem na role!
Na szczęście nadgarstki od gniecenia, a następnie
zeskrobywania ze ściany twarogowych fresków tak mnie bolą, że o przejściu z
terminowania do stworzenia własnej szkoły mistrzowskiej mowy nie ma. Nie będę
więc gniótł „Nocy i dni” (ciasto w czterech tomach) ani szykował „Śniadania na
trawie” (mucha męska zapiekana z serem gorgonzola).
A w ogóle to nikt tego ciasta jeść nie chciał, gdyż obdarowana nim
rodzina, właśnie toczyła bój z mąką pszenną, która zagrzybia jelita,
uniemożliwiając w ten sposób przejście na kolejną ścieżkę rozwoju. Tylko jedno
dziecko, które było niewierzące, spróbowało. A i tak potem żadnych autografów,
pukli włosów i szczątków bielizny ode mnie nie chciało.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: kulinaria, talent, sernik, nadmiar, popularność, proces twórczy, gluten
Wbrew pozorom, rzadko mnie co śmieszy. Szczególnie nie
śmieszą mnie komedie. A ze wszystkich komedii najbardziej nie śmieszą mnie te
grane w polskich teatrach. Dlatego po „Central Park West” w Teatrze 6.piętro
nie tylko nie spodziewałem się naderwanych mięśni brzucha, ale wręcz ich
martwicy. Ostrzyłem sobie za to pazury. Bo spod tych szponów miało wyjść
popisowe dzieło, ujawniające bezkompromisowość kanapowego krytyka, które na
bank rozniesie tę budę. Albo przynajmniej jedno jej piętro.
Żeby jednak wykonać te zamierzenia, trzeba najpierw wytrzymać dwie
godziny na widowni. A ja nieprzygotowany. Rozglądam się po bokach: na kolanach
sąsiadki, zapewne studentki polonistyki, dzieło „Derywacja ujemna we
współczesnej polszczyźnie. Rzeczowniki i przymiotniki”. Ale śmieszny tytuł, co
nie? Coś czuję, że się na to rzucę, gdy nic ciekawszego nie będzie do roboty.
Ale co to? Po pierwszych minutach zgorzknienie
mi się cofa, żółć ustępuje. Śmieję się, rozluźniam, dobrze bawię? Nie może to
być! A jednak. Tekst zabawny (Woody Allen w swojej najlepszej neurotycznej
formie), tempo dobre, aktorstwo przyzwoite. Bez tego całego przerysowywania, efekciarstwa i puszczania oka do publiczności, którym, niestety, tak chętnie
ulegają aktorzy komediowi. Wprawdzie jedna aktorka, nazwiska nie pamiętam,
najwyraźniej nie trafiła z wyborem zawodu, ale za to na swoje usprawiedliwienie
przepięknie wyglądała.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: humor, komedia, woody allen, central park west, teatr 6.piętro, eugeniusz korin, technika aktorska
Przez
chwilę próbowałem być przebojowy... Ośmielony ostatnim castingiem postanowiłem
przemówić do rozsądku mojej agentce. Zdecydowałem się wykorzystać tę chwilę
średnio umiarkowanego sukcesu i zanim mnie do reszty wytną podczas montażu,
powiedzieć babie kilka słów prawdy.
- Pani -
mówię - się ociąga. Pani mi nie przedkłada właściwych propozycji. Pani sobie
kawę pije, w stołek pierdzi i nie reaguje z odpowiednim zaangażowaniem na moje
zdolności. Proszę mnie natychmiast wysłać na casting do jakiejś fabuły.
Najlepiej do „W jasności”. Ewentualnie do „Bitwy pod Olszynką Grochowską 1831”.
Chociaż „K jak Kupa” czy „Na złe i jeszcze gorsze” też nie pogardzę. Ale
szybko. Ruchy, ruchy. Ja muszę. Ja czuję, że teraz jestem w życiowej formie. We mnie, słyszy pani, teraz
wzbiera niespotykana energia twórcza, która mnie zabije, jeśli nie dam jej
ujścia. Ja chcę. Żadam. Rozkazuję.
- Po
pierwsze - mówi na to agentka - niech pan nie wierzy temu, co opowiada na
mieście oszołomstwo. Niektórym amatorom wydaje się, że jak zagrali raz w
reklamie, to teraz mogą śmiało występować w „K jak Kupa”. A to niezupełnie tak
jest. To jest zupełnie inny rodzaj grania, bardziej techniczny. Teraz, co pan
zapewne jako WIDZ zauważył, jest zapotrzebowanie wyłącznie na drewniane
aktorstwo. Czy pan wie, że pod tym kątem nawet kształcą w akademiach
teatralnych? Proszę powiedzieć, ale tak z ręką na sercu, czy pan umie wygłosić
kwestię tak, jakby panu kij od szczotki w gardle stanął? Czy pan by potrafił
zagrać scenę łóżkową tak, jakby był łóżkiem samym? No widzi pan? Poza tym, a to
po drugie, pan chyba nie wie, jaka jest sytuacja w branży? Proszę, niech pan
spojrzy – mówi agentka i wskazuje na przepierzenie, za którym siedzi jakaś
postać. - To aktorka. Po Krakowie.
Dodatkowy fakultet z pacynek. A jeszcze
kurs dubbingu, tańca towarzyskiego i zapowiadania pogody. Szkolona przez
najlepszych metodą Stanisławskiego. I co? Trzy razy w tygodniu przychodzi,
użala się, błaga... Serce nam krwawi, ale co możemy?
Spojrzałem.
Za przepierzeniem siedzi czterdziestolatka. Właśnie wyciera nos po ostatnim
ataku chlipania. Obok niej piętrzą się siaty z najnowszymi wersjami portfolio:
- Ja już –
szlocha – trzeci kredyt na tego fotografa wzięłam. A jeszcze mam jeden za
wybielanie zębów. Czyli razem cztery. Co to teraz będzie, nie wiem. Jak mi pani
nie pomoże, to ja z tymi oto torbami pójdę. Pani kochana... Pani jedna wszystko
może, pani, o bogini najdroższa, ma kontakty. Wciśnij mnie, kochaniutka, na
jakiś casting, niby przez pomyłkę, przez roztargnienie, ja to muszę
wykorzystać. Ja nawet mogę zagrać pudełko, nawet wieniec na grobie Ryśka z
„Klanu”. Niech
pani pomoże, najdroższa... Czy ci reżyserzy nie rozumieją, że ja też jestem
zdolna? W dodatku świeża, nieopatrzona? Dlaczego oni wszędzie te zużyte
czupiradła promują? Cielęcka dziesięć etatów, Ostalińska worek angaży, Stonka
telewizja taka, telewizja siaka, serial, program o gotowaniu, o sprzątaniu,
konferansjerka, zasiadanie w jury. Do
tego tysiąc pięćset nominacji do telekamer, orłów i róż gali. A ja co? Psu z
pyska wypadłam? Cztery lata wkuwania Szekspira, Czechowa, Słowackiego,
tłuczenia o epejsodionach, stasimonach, miraklach, łamania gęby na szczelinowych
i zwarto-wybuchowych, niedosypiania, niedojadania na nic. Połykania noży i
chodzenia na szczudłach już nawet nie liczę... Ale, co ja, Boże ty mój, mogę
zrobić? Położyć się na pasach na Chełmskiej i machać?
W końcówce
swojego ekspresyjnego monologu, spojrzała na mnie:
-
A tu jeszcze ci amatorzy się pchają, chleb odbierają. Jakby im źle w tych
urzędach było...
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: film, aktor, casting, serial, aktorstwo, amator, agencja, statystowanie
Casting był wyraźnie skierowany do mnie: Szukamy mężczyzny, lat 25-40, charakterystycznego, śmiesznego, dziwnego, może nawet brzydkiego. O, to coś dla mnie, pomyślałem. To ja, wypisz, wymaluj. Nie ma co, idę.
Oprócz mnie przyszli jednak wyłącznie sami zajebiści. Przystojni, smukli, wyluzowani. Zęby wypolerowane, ręce wymuskane, włosy ułożone w idealną asymetrię. Twarz twarzowa. Guziki koszuli rozpięte po sam pępek zdradzają doskonale owłosiony tors. Nic tylko kręcić śmiesznego pornola.
Najpierw jednak trzeba poczekać na korytarzu. W oczekiwaniu więc na swoje wejście zajebiści przekonują do siebie innych zajebistych. Bo może któryś ma wątpliwości? Może ktoś uważa, że są zwykłymi statystami, anonimowymi przechodniami, tanią siłą roboczą nieobjętą napisami końcowymi? Rozpinają więc jeszcze jeden guzik, wciągają jeszcze bardziej brzuch, jeszcze bardziej robią się wyluzowani. Przechadzają się sprężystym krokiem i z min konkurencji próbują odgadnąć, czy już zostali rozpoznani. Jeśli nie, zbierają się w zaprzyjaźnionej kupie i przepytują się w temacie „co słychać?”. Ale tak, żeby było słychać w sąsiednim budynku.
- Jutro mam zdjęcia we Wrocławiu – mówi pierwszy, nie dodając, że ma na myśli rentgen.
- A ja robię teraz w Narodowym – oznajmia drugi, przy czym tylko z ruchu warg można odgadnąć, że chodzi mu o Stadion.
Na to trzeci streszcza swój najnowszy projekt, odlotowy happening, bezkompromisowy performance, tak zgrabnie owinięty marketingowo, aby nikt nie pomyślał, że to wielogodzinne stanie przy stoisku w stroju warzywka.
Jeśli już się tak nieszczęśliwie zdarzy, że nie będzie jednak do kogo zagadać, zajebisty wyciąga telefon i dzwoni do rozmówcy-słupa:
- Tak, tak… nie, nie… aha, aha… Nie, jutro nie mogę… Mam zdjęcia we Wrocławiu… (czyli rentgen).
A w tle automat odpowiada: minęła dwunasta jedenaście, minęła dwunasta jedenaście, minęła… Dlaczego to głupie polskie społeczeństwo nie jest otwarte na monologi? Dlaczego zajebiści nie mogą jak w nowojorskim metrze po prostu otworzyć ust i jawnie opowiedzieć o sobie, o swoich sukcesach i osiągnięciach, o pochwałach i klepnięciach w plecy znanych reżyserów, tylko muszą wszystko po partyzancku owijać w bawełnę?
Tymczasem ja, bardzo nieśmieszny, siedzę w kącie. Od czasu do czasu przestępuję tylko z nogi na nogę, miętolę tekst, nerwowo skubię spodnie. Nieco się też trzęsę, gdyż całą noc z napięcia nie spałem. Moje ekscentryzmy na nikim jednak nie robią wrażenia. Zajebiści i tak myślą, że jestem z obsługi. Nikogo nie zdziwi, jeśli zaraz z torby wyjmę mopa i zacznę myć podłogę. Ważne, abym przypadkiem nie robił tego teraz, gdyż przeszkodzę w wielkiej chwili koncentracji, w narodzinach nieprzeciętnego artyzmu. Najlepiej, jeśli do końca będę siedział w kącie i podziwiał.
Ale teraz już koniec tego monologu wewnętrznego, gdyż drzwi się otwierają. W progu staje reżyser i zaprasza do środka kilku wypolerowanych, wymuskanych i jednego z mopem.
Kto był kiedyś na castingu, ten wie, że najpierw trzeba się przedstawić. Nie będzie to jednak zwykłe cześć i czołem, gdyż to już jest KRĘCONE! Kamera ruszyła, akcja! Oto zajebisty prawy profil, a oto lewy, niemniej zajebisty. A teraz spojrzenie en face i przepiękny uśmiech Brada Pitta. Teraz stop i dziękujemy, co jest wykorzystane do błyskotliwej pogwarki z kamerzystą i próby udanego flirtu z samym reżyserem. Ale teraz znowu koniec tego dobrego, znowu się skupienie, gdyż przychodzi czas na gwoździa programu, czyli odegranie konkretnej scenki. Akcja! Zajebisty kręci biodrem, przegina miednicę. Za chwilę, jeśli będzie trzeba, wyjmie siuraka. Jeśli zajdzie taka konieczność, da się zerżnąć kamerze. Żadnych wątpliwości. Żadnego strachu przed obciachem. W sumie rzeczywiście wychodzi dość śmiesznie.
Wreszcie mamy ogłoszenie wyników. Jest to, uwaga, niespodzianka. Casting na śmiesznego dziwaka, lejdys i dżentelmens, tamtaram, bambimbom, wygrywa… jeden z zajebistych. Ten, który po prostu okazał się być najzajebistszy! Moje gratulacje. Powodzenia. Krzyż na drogę.
Ten show biznes to jednak nie na moje skołatane nerwy. Nawet taka Whitney Houston nie dała rady i wykopyrtnęła się w samym środku kąpieli, a co dopiero ja.
W tym momencie pomyślałem, że jak to dobrze, że nie muszę z tego żyć. Jak dobrze, że jutro idę do Urzędu.
Ja cię sunę, co za olśnienie.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: ciacho, casting, nerwy, sława, aktorstwo, whitney houston
Młody ksiądz trafił do swojej pierwszej parafii. Proboszcz go oprowadza:
- Tu jest ambona, tu zakrystia, tu konfesjonał.
- A tu? - pyta młody.
- A tu jest szafa - odpowiada proboszcz i otwiera.
A w szafie dupa.
- Jak to, jak to? - dziwi się młody.
- A tak to, tak to. W końcu jesteśmy tylko ludźmi. Przychodzimy, Panie bądź nam miłościw, tu w chwilach słabości...
Potem rozmowa zeszła na inne tematy. Organizacyjne. Od słowa do słowa proboszcz mówi:
- Msze odprawiać ksiądz będzie każdego dnia. Oprócz czwartków.
- A co w czwartek?
- W czwartek... ma ksiądz dyżur w szafie.
Mnie się zdaje, że dyżur w szafie mam codziennie. W świątek, piątek, we dnie, w nocy. W ścisku i duchocie. W wiecznym (wiekuistym) przeciągu.
I to w sytuacji, kiedy w ogóle jestem niewierzący!
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: dowcip, ksiądz, szafa, dyżur
Powiedziała nam do słuchu. W czuły punkt uderzyła. Głosem
spokojnym, z miną obojętną, nie podniósłszy wzroku znad segregatora, wyciągnęła
armatę i odpaliła. Nawet jej się tapir przy tym nie poruszył.
A w nas zawrzało, zagotowało się. Ale nic się nie ulało, nie
wybuchło. Jak zwykle w takich wypadkach, kiedy nasze poczucie
niesprawiedliwości bierze górę, nie mogliśmy odparować ciosu. Tylko,
samogłoskowi mistrzowie świata, bąkaliśmy coś pod nosem: bo ja... bo mnie...
yyy... aaa... yyy...
Więc nic dziwnego, że przez cały dzień nic nie robiliśmy,
tylko układaliśmy przemowę. Zamknięci w toalecie, rozwaleni na kibelku, przez
kilka godzin budowaliśmy orację, która roztarłaby babsko w proch. Wreszcie, po
wielu godzinach gadania do glazury wychodzi nam arcydzieło. Znalazły się w nim nasze ulubione wyrażenia.
A więc przede wszystkim: „zdaję sobie sprawę...” (co tak naprawdę oznacza: „jak
śmiesz!”). A oprócz tego „nie życzę sobie...” („chcesz w ryj?”) i „z całym
szacunkiem...” („ty szmato!”). I jak w „Ludziach honoru” miażdżymy teraz
przeciwniczkę („psia ją, wytapirowaną, mać!”) misterną konstrukcją zdań,
dramaturgią w głosie, sugestywną mimiką. Całość wygłaszamy z togą poniżej kolan
i dowodem toaletowym w ręku.
Teraz już tylko, szanowna ławo przysięgłych, znacząca pauza i, dla
podkreślenia efektu, spektakularne walnięcie w spłuczkę. O, widzicie, poszło
szmacie w pięty. I w tapir.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: zemsta, przemówienie, fantazje, toaleta, dramat sądowy, gadanie do siebie
Babcia zza ściany okazała się być jednak dziadkiem z dołu.
Starszy pan najwyraźniej nie dosłyszy, gdyż jego telewizor słychać nie tylko u
mnie w mieszkaniu, ale i na całej klatce. Poza tym wydaje się być okazem
zdrowia, a to nie tylko dzięki oglądaniu Eurosportu. Ostatnio przerzucił się na
pornole... Od trzech nocy mam więc u siebie burdel - nie słyszę nic innego jak
wyczynowe stękanie przetykane dla urozmaicenia kaszlem sąsiada.
Rozumiem, że konieczność dowiedzenia się, do kogo należy
piłka setowa lub ile sekund straty ma wiceliderka, wymaga zwiększenia
głośności, ale żeby puszczać na cały regulator wielogodzinną ruchawkę? Co,
dialogów nie słyszy? Fabuła mu się plącze? No, chyba, że to też jest jakaś
transmisja z jakichś zawodów...
A wszystko to w sytuacji, kiedy ja sam od lat
tkwię w stanie permanentnej, choć niezamierzonej ascezy. Jeśli dziadek chciał
mnie wykończyć, nie mógł wpaść na lepszy pomysł.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: sport, sąsiedzi, porno, mieszkanie, dziadek, hałas, telewizor, asceza, śpiewaczka, wyszeptaj mi
Myślę, że taki Paweł Althamer od razu zrobiłby porządek z
moimi muchami. Wystawiłby je w Zachęcie albo w jakimś Pompidou i uczynił z tego
kulturalne wydarzenie roku. No bo przecież, nie bądźmy skromni, jest w tym
wszystko, co interesuje współczesne sztuki wizualne: oryginalne ujęcie tematu,
swoboda operowania tworzywem, łączenie technik, zabawa konwencją, przełamywanie
tabu, podejście użytkowe, wejście w obszar społecznego odbioru dzieła,
antyakademickość, interdyscyplinarność, pararerera... rare... ra... idalność i
sratatata art. Krytyka z miejsca by się zesrała.
Czujecie to? „Polityka” przyznaje paszport. Konserwa na to
wszczyna alarm i rwie włosy. W odpowiedzi Stowarzyszenie Twórców Ludowych
jednakże ogłasza przełom. Szalę przechyla guru współczesnego performance’u
Tamakata Nawidoku. Na to już tylko czekają marszandzi. Aukcje nie nadążają z
licytacjami. Wówczas artysta Althamer idzie za ciosem i oplata palmę na rondzie
de Gaulle’a instalacją nawiązującą do tse-tse. Warszawiacy, początkowo
sceptyczni, z czasem akceptują nowy wystrój drzewka. Pod wpływem oddolnych
ruchów społecznych, a przy stopniowym wsparciu władz kościelnych i świeckich,
inicjatywa zatacza coraz szersze kręgi. Z czasem rodzi się nowa tradycja.
Prymas koronuje Błogosławioną Muchę na Królową Polski. Prezydent z małżonką
robią biało-czerwone musze kotyliony z okazji 11 listopada. Cały naród je
wkrótce nosi.
Tymczasem ja bez obstawy z muzeum żadnej na siebie nie
założę. Przecież od razu na dzielni mnie wyzwą od cweli i obiją ryj. Co
najwyżej mogę sobie ozdobić mieszkanie: poustawiać na parapecie zamiast
kaktusów, przyszpilić do tapety niczym rzadkie okazy motyli. I nikt, żadna z
grup, żaden instytut, nie domyśli się nawet, że na Bródnie, w pracowni na
cztery spusty zamkniętej, uwija się ze szmatkami Nikifor konfekcji męskiej.
A wszystko dlatego, że jestem takim odludkiem, wolnym
elektronem na wewnętrznej emigracji, upośledzonym społecznie dziwakiem! A
wystarczyło by tylko, żebym wychodził, bywał, żebym się przymilał...
Sam z
siebie nigdy nie wiem, do kogo trzeba pójść, by wziął i załatwił. Czy wystarczy, że krzyknę na mieście o muchach? Tylko
gdzie, bo nie mam pojęcia. Na przejściu dla pieszych, na środku skrzyżowania, na
najmodniejszym deptaku w centrum? Czy może muszę się zrzeszać? Jeśli tak, gdzie
opłacać składki? W jakiej kolejce mam się ustawić, kogo klepnąć w plecy, komu
powiedzieć, że jestem od Miśka z Bródna? Przez jakie okienko podać tę cholerną
podwawelską?
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: krytyka, muchy, znajomości, anonim, sztuki wizualne, althamer, nikifor, kompetencje interpersonalne
Mówią, że nic tak nie koi nerwów, nie leczy
rozdartej duszy, jak prace ręczne. I ja postanowiłem sobie taką terapię
zajęciową sprawić. Zamiast jednak jak normalny chłop wziąć się za robienie
breloków do kluczy, dłubanie w elektryce, czy rozkładanie laptopów na części,
dorwałem się do igieł i nici. Zacząłem szyć muchy.
I doszedłbym dzięki temu dzierganiu do
upragnionej równowagi psychicznej, gdybym sobie tylko zwyczajnie ciął, nawlekał
i fastrygował. Ale ja przecież od razu muszę TWORZYĆ! Z tego, za co się wezmę,
musi wyjść wyłącznie rękoDZIEŁO!
No bo tak. Po pierwszych trzech muchach w
kolorach neutralnych, idealnie nadających się do pracy, na zakupy, czy żeby po
prostu wyjść ze śmieciami, postanowiłem zaszaleć ze wzorami. Paski, panterka,
czaszeczki, motywy ludowe... Potem do tamtych beżów i szarości, początkowo
nieśmiało, a później coraz odważniej, zacząłem doczepiać ozdoby: guziki,
lamówki, cekiny, frędzle. Następnie otworzyłem się na faktury. Zrobiłem jedną z
futra, jedną z siatki na komary, jeszcze inną z filcu. I teraz już nie mogę
przestać.
Nie jem, nie śpię, nie piszę blogu, taki szał
twórczy mnie dopadł! Bo gdyby - nachodzi mnie podczas obierania ziemniaków -
zrobić muchę z obierzyn? Albo - zastanawiam się w trakcie wyjmowania jaja z
pudełka - z tektury? Albo z piór samych nawet? Z worków do odkurzacza! Z
ekosiatki! Z puszki po red bullu! O Jezu... - przysiadam, bo sam nie mogę
uwierzyć w to, co wymyśliłem... A gdyby z lewej strony walnąć „Sąd ostateczny”,
a z prawej, powiedzmy... „Kuszenie świętego Antoniego”... Albo polecieć po
całości bitwą pod Grunwaldem!
Poza pracą koncepcyjną uganiam się też za
materiałem (nie no, sorry, za jakim materiałem? za TWORZYWEM!). Przy czym podczas
tych poszukiwań w szał wpadam taki, że nie zważam na niewtajemniczone w proces
twórczy pospólstwo. A z tego wynikają same problemy. Na przykład wchodzę gdzieś
i od razu rzucam się na kotarę, na kapę na łóżku. Obracam ją w rękach,
obwąchuję, a potem wszyscy myślą, że chcę nos wysmarkać. Oglądam w tramwaju
spódnicę pani, pani myśli, że mi się podoba, brzuch wciąga, pierś wytęża, a
tymczasem ja się zastanawiam, jak jej wyciąć kawałek kiecki tak, żeby nie zauważyła.
Jestem jak ten Midas, który, czego nie dotknął,
wszystko zmieniał w złoto. Ja, gdzie nie spojrzę, wszystko obracam w pomysł.
Doprawdy, boję się już iść do toalety, usiąść na kibelku, żeby mi przypadkiem
nie przyszło do głowy... O, nie!!!
Nie ma dla mnie ratunku. Muszę jak najszybciej
przerzucić się na druty.
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: muchy, robótki, rękodzieło, krawiec, szycie, midas, twórca, terapia zajęciowa, tworzywo, szał twórczy
Kupić bilety na Warszawskie Spotkania Teatralne
mogłem tylko przez internet. O trzynastej, szanowni organizatorzy, to ja muszę
na dupie siedzieć w Urzędzie, a nie po kolejkach się wycierać. Niech sobie
studenteria stoi, która w chwilach wolnych od ratowania Arktyki i wysypiania
się po imprezach w środku tygodnia ma dużo czasu i zapału.
Ale o trzynastej, a więc wtedy, kiedy miało
wszystko hulać, nie był aktywny żaden link na żadnej stronie sprzedażowej. Poza
lakonicznymi przeprosinami organizatorów widać było jedynie martwą taflę
monitora. Następnie przez jakąś godzinę w ogóle nic nie działało. Wreszcie,
kiedy po kilku, jak mniemam, ostrych słowach z podwykonawcą się odblokowało,
rozbłysło i strzeliło, okazało się... trzymajcie mnie, bo nie wytrzymię..., że wszystko zostało sprzedane!
Jakie sprzedane, co sprzedane, komu sprzedane?
Ja tu od dwóch godzin mychę męczę, odświeżam, w piksele się wpatruję jakbym
jakiś zen trenował, a wy mi tu, że sprzedane? Kiedy nawet nie było możliwości
podania podwawelskiej?
Tylko nie opowiadajcie mi, że wszystko
sprzedaliście tym studentom, co w kolejce stali. Nie raz stałem i w życiu mi
się w kolejce nigdy nic nie udało kupić. Kolejka jest po to, żeby mogli kupić
ci bez kolejki (i to był drugi powód, dlaczego wolałem transakcję przez
internet). Więc kto kupił? Znajoma z serialu z całym działem produkcji? Andrzej
Wajda, któremu i tak się nie spodoba, bo nic jego pokazywane nie będzie? Stuprocentowa
reprezentacja delegatów na zjazd walny Związku Artystów Scen Polskich? Ciocia
Marysia z piątką dzieci? Bardzo liczna rodzina z Pomorza? Prezes Narodowego
Centrum Sportu, który nie wie, co zrobić z premią? Ja tu nic insynuować,
żadnych niesprawdzonych i karalnych informacji upowszechniać nie chcę, dlatego
zapobiegawczo opatruję wszystko znakami zapytania. Ale mój węch opiniotwórczego
blogera, podpowiada mi, że właśnie wpadłem na trop grubej afery w warszawskim
półświatku artystycznym, w obliczu której feralne schody na Stadionie
Narodowym to jest śmiech na sali...
A jak to się wszystko skończy? Po zakończeniu
tej branżowej imprezy, zorganizowanej za pieniądze podatnika, czyli moje, z
pewnością odbędzie się konferencja prasowa. Jej uczestnicy pogratulują sobie
sukcesu. Wspomną przy tym o widzach, o anonimowej, warszawskiej publiczności, o
studentach, którzy w deszczu stali, o niewykwalifikowanych urzędnikach, którzy
nie oglądając się na terminy, rzucili faksy i poszli na bój z podwykonawcą. Że
wszystko wykupili, dopisali, klaskali i w ogóle bardzo zadowoleni byli... Na
koniec zaproszą samych siebie na kolejną udaną edycję za rok.
Beze mnie! Moja noga, tfu, tfu, więcej na tej imprezie
integracyjnej nie postanie!
Instytut Teatralny jest zatem kolejnym obiektem
kulturalnym, na który jestem obrażony. Już do samego Żoliborza mam wszystko
poobrażane. Teraz żeby pójść na spektakl będę musiał chyba jechać aż na
Bielany. Albo do samej Bydgoszczy.
Aha, i proszę mi oddać podwawelską!
poniżej wersja dla niewidomych
Tagi: teatr, afera, bareja, ebilet, warszawskie spotkania teatralne, instytut teatralny, podwawelska