O tym, jak sobie radzić z depresją

Staram się niczego nie inicjować, nie podejmować większych kroków, raczej w ogóle się nie ruszać. Leżę sobie tylko pod kaloryferem i poświęcam czas spokojnej lekturze. Jak miło!

Najpierw przeczytałem „Małe życie”. To powieść o chłopaku znalezionym jako niemowlę na śmietniku, molestowanym w dzieciństwie, który potem całe życie się ciął, a na koniec popełnił samobójstwo. Jednym słowem bohater poniósł porażkę, a ja prawie razem z nim, aż trzeba było Rumsztyk wzywać, żeby mnie podniosła spod kaloryfera.

Potem, niczego nieświadomy, sięgnąłem po „Burę i szał” Aleksandry Zielińskiej. A tam na trzystu stronach schizofrenie, psychiatrzy, szpitale, terapie i cała tablica Mendelejewa we krwi, aby zwrócić bohaterkę społeczeństwu. Niestety, bidula, również ponosi porażkę.

Na koniec, tym razem już perfidnie, pomaltretowałem się rozmowami o Holokauście, po którym, jak można było przypuszczać, nikt także nie wstał z łóżka, by wziąć się ochoczo za sprzątanie.

Walnąłem książkami o ścianę i zdecydowałem się rozerwać telewizją. Jak na złość w TVN-ie leciał program o psychopatach. Pokazali na przykład szpital w Gostyninie, gdzie trzymają pedofilii i innych zwyrodnialców po odbyciu kary więzienia. Jak się okazało mają tam nie tylko wikt i opierunek, ale także stały dostęp do internetu i specjalistyczną opiekę psychoterapeutyczną. Można powiedzieć, że akurat psychopatom w tym zestawie ułożyło się najlepiej.

O wyrzucaniu w błoto

Kto się zakładał, że szlag trafi naukę tanga, ten wygrał. Nie poszedłem na trzy kolejne lekcje z andrzejkową milongą włącznie.

Naprawdę starałem się, przysięgam. Zapłaciłem nawet z góry za cały listopad, żeby postawić się w sytuacji odpowiedzialnej i oszczędnej. Przecież nie można nie chodzić, jak się zapłaciło, no nie?

A jednak. Nie mam siły ruszyć ręką, a co dopiero nogą! Nie mam siły na mycie, ścielenie, rozbieranie, a co dopiero na spodziewaną krytykę i pewne niepowodzenia na oczach ludzi! W zamian obiecuję leżeć bez ruchu, patrzeć się w ścianę, nie ozywać się i w ogóle być grzecznym.

A pieniądze? No, cóż, jak już przehulałem kasę na psychiatrię, która i tak nie pomaga, to co mnie obchodzi wyrzucone w błoto tango?

O sezonie na karpie

Ponieważ moja stara terapeutka wyjechała na emigrację, a ta następna przez nią polecana lekko mnie wkurwiła, postanowiłem sam sobie poszukać kogoś na mieście.

Moje wymagania były następujące: mężczyzna (bo trzeba się w końcu zmierzyć z ojcem, a nie tylko w kółko wałkować matkę), atrakcyjny (żeby było na kim oko zawiesić w sytuacjach zastanawiania się nad tym, co czuję), traktujący pacjenta w sposób nieszablonowy (skoro ja sam jestem nieszablonowy i nie dla mnie różne sztywne metody), tani (wiadomo!) i w ogóle fajny. Trzeba przyznać, że to nie są Bóg wie jakie oczekiwania, więc spodziewałem się szybkiego znalezienia psychologa, a wręcz małego castingu na tego najlepszego. Potwierdzili to moi liczni znajomi i przyjaciele psychologicznie wykształceni i w praniu mózgu zawodowo praktykujący. Podali mi kontakty do samych wybitnych i szczególnie polecanych.

Wykonałem tryliony telefonów i maili. Okazało się jednak, że ci wybitni i szczególnie polecani w ogóle nie mają terminów w najbliższej dziesięciolatce, ale za to mogą mi polecić kogoś na swoje miejsce – szczególnie takich drogich i niefajnych. Wykonałem trylion telefonów do kolejnych polecanych, lecz widać jest popyt w narodzie większy niż na karpie w grudniu, bo ci także nie byli mnie w stanie przyjąć w bieżącym stuleciu. Ograniczyłem wymagania, wykreśliłem z listy kryteria płci i uroku osobistego, zdecydowałem, że, trudno, niech będzie to nawet babka wyjątkowo obrzydliwa, oby tylko miała jakieś minimalne zawodowe uprawnienia, oby choć pobieżnie orientowała się w zaburzeniach, w miarę poprawnie odróżniała podstawowe emocje, a nie że sobie na kursie po gastronomiku coś ubzdurała. I znalazłem taką, szczególnie paskudną, która jednak zażyczyła sobie opłaty za lata świetlne terapii z góry.

Moi znajomi na szczęście nie ustają w polecaniu. Z jednej strony mają rację – teoretycznie to wszystko wygląda prosto i zwyczajnie. Z drugiej jednak to jest tak jak z zawieszeniem tego telewizora na wysięgniku, który mimo wielu deklaracji i ofert pomocy w praktyce po prostu nie miał dziur!

Z walki o swoje zdrowie zaliczyłem jednak mały sukces: udało mi się zapisać na USG pęcherza moczowego na 20 kwietnia. Tak, tak, już przyszłego roku. W dodatku całkiem za darmo.

O braku lepszego diabła

To jest tabletka. Pisała już o niej poetka Szymborska, wypowiadając się dość krytycznie. Dlatego jej nie ufam, mimo że nazwę ma ładną, z imieniem żeńskim w prefiksie i łacińską końcówką.

Najpierw, zgodnie z klasyką marketingu, są obietnice: ustąpienie depresji, łagodzenie lęków, eliminacja fobii.

Ale to nie powinno nikogo zmylić, bo tabletka też straszy: Jeśli u pacjenta występuje depresja i zaburzenia lękowe, mogą im towarzyszyć myśli o samookaleczeniu lub samobójstwie. Takie objawy mogą się nasilać na początku stosowania leku, ponieważ zaczynają one działać dopiero po upływie dwóch tygodni, czasem później. Powyższe objawy są bardziej prawdopodobne u pacjentów, u których już wcześniej występowały myśli o samobójstwie lub samookaleczeniu. Dodatkowo należy liczyć się z: nudnościami, bólami głowy, krwawieniem z nosa, wysypką, obrzękami, zaparciami i biegunką, wypadaniem włosów, zgrzytaniem zębami, niepokojem, omamami, napadami drgawkowymi, omdleniami, manią, mlekotokiem i bolesnym wzwodem prącia! O, Jezu…

Niesamowite, ile obietnic i zagrożeń się kryje w tym małym białym gówienku wielkości połowy najmniejszego paznokcia. Na szczęście cena jest przystępna: 14,90. Ten diabeł wart jest ryzyka.

O tym, że nic na pewno

Na casting przyszła z setka przystojniaków i przystojniaczek, z druga setka zwykłych matek z akuratnymi dziećmi, trochę całkiem zwyczajnych babć i kilka dziwolągów. No i ja. Nagle drzwi się otwierają i wychodzi reżyser:
- Czy są tu jakieś freaki? – pyta.

Na wszelki wypadek zasłaniam się szczelnie gazetą.I choć jestem pewien, że nie chodzi o mnie, to w myślach niczym zaklęcie powtarzam: to na pewno nie chodzi o mnie, to na pewno nie chodzi o mnie, to na pewno…

- O, tutaj się schowałeś – mówi reżyser i wyciąga mnie spod gazety.

Co za wstyd! Jak on mi mógł to zrobić przy dzieciach? Przy tych wszystkich przystojniakach, matkach i babciach, a nawet dziwolągach?

A przecież matka mówiła, że taki ładny chłopiec ze mnie wyrósł. I ja jej, głupi, uwierzyłem.

O dyspozycjach na wypadek pogrzebu

Mowy, jak na rozdaniach oskarów, niech będą krótkie i dowcipne.  Do tego przeczytać jakiś wiersz  Zbigniewa Herberta, najlepiej „Urwanie głowy”. Z kolei jeśli chodzi o oprawę muzyczną, zwłaszcza ten moment, kiedy spuszczają ciało do dołu, to koniecznie „When somebady loves you” Franka Sinatry. Może być solo, ale może być też chór.

Lepiej, aby to było w jakimś letnim miesiącu, kiedy słońce mile łaskocze twarze i słychać ptaki. Taka idealna pogoda na grilla albo rodziny spacer z lodem w ręku. Ale oczywiście zrozumiem, jeśli się nie da. Wszystkiego zaplanować w końcu nie można.

Oczywiście ceremonia ma mieć charakter świecki – bez taniej eschatologicznej pociechy i męczących rytuałów. Żadnych płaczów, smutnych min, spoglądania w podłogę. Raczej benefis niż akademia ku czci. I broń Boże, żadnej czerni.

Ubiór już jest przygotowany – leży w szafie, na trzeciej półce od dołu. Gdyby padało, dodać parasol i kalosze.  Marzy mi się też sztuczny wąs, taki ze sklepu ze śmiesznymi rzeczami, bo raczej nic mi już nie wyrośnie, jak do tej pory nie rosło.

Rachunki są popłacone, książki do biblioteki oddane, kwiaty przed chwilą co podlane. Na wszelki wypadek, pieniądze znajdują się w biblioteczce między Leśmianem a „Uczymy się żeglować”.

Aha, i najważniejsze: w ostatnią drogę dać mnie ponieść samym przystojnym osiłkom. Niech choć raz mam coś z życia.

O syndromie sztokholmskim

Nie ma twarzy nieboszczyka, który, tylko patrzeć, otworzy oczy i zacznie gonić. Nie jest przepaścią nad urwiskiem, usuwającą się spod stóp ziemią, nadciągającym cyklonem. Nie jest wiadomością o nadchodzącej gdzieś od wschodu wojnie ani nawet sygnałem karetki pogotowia, która krąży po osiedlu.

Mój strach siedzi w brzuchu. Umościł się wygodnie pod sercem, gdzie drąży coraz większą dziurę. Jak oswojony wróg, który zjada po kawałeczku. Żadne pakuły, żadne babcine sposoby utykania watą nie zapobiegną nieprzyjemnym przeciągom, które powoduje kopiąc tunele i rzeźbiąc kratery.

Nie powiem jednak, żebym bardzo cierpiał. W końcu mnie nie przypieka, nie razi prądem, nie wsadza palców między drzwi a futrynę. Mogę z nim żyć. Przecież spędzamy ze sobą dużo czasu i zdążyłem się do niego przyzwyczaić. Towarzyszy mi stale w zakupach, w obieraniu ziemniaków, myciu zębów. Jest obecny w trakcie rozmów z przyjaciółmi, podczas jazdy autobusem i układania się do snu.  Jak widać, mimo pewnych niedogodności funkcjonuję więc w miarę normalnie.

Tylko czasem, kiedy uklepuję poduszkę, mam nadzieję, że tej nocy w końcu odważy się i ostatecznie zaatakuje. Tak, żeby nazajutrz nie zostało ze mnie wreszcie nic. Nawet kosteczki.

O pierwszych krokach

Jak można się było spodziewać, w tangu idzie mi jak po grudzie. Kroki, teoretycznie proste, są nie do opanowania. Postawa niewłaściwa, pochylona. Ręka ciągle lecąca gdzieś na boki. A wyraz twarzy? Szkoda gadać. Choćbym się nie wiem jak starał, za Chiny Ludowe nie wyjdzie mi pewność siebie południowca, za to zawsze lęk, służalczość i niezgrabna przebiegłość chłopa pańszczyźnianego, który chce jak najszybciej ukryć się w sianie, by przeczekać gniew dziedzica. W dodatku partnerkę mam najlepszą, najprzemądrzalszą, bo jest to pani nauczycielka, która zęby zjadła na milondze.

Pierwsze, co przychodzi do głowy to oczywiście obrazić się i nie przyjść więcej na lekcję. Na szczęście jak przestroga przypominają się obrazy z pierwszych prób na rowerze, z pierwszych samotnych wyjazdów w góry, z pierwszego castingu. Wtedy też najmocniejszy był strach i poczucie zażenowania. Ale wkrótce, po kilku bezładnych krokach, następowało przełamanie. Ostatecznie udawało się to, co było podszyte strachem nie do przezwyciężenia.  Co więcej, te debiuty najmocniej zapadły w pamięć. Nigdy później jazda na rowerze nie sprawiała takiej przyjemności jak po pierwszych pokracznych próbach. Nigdy wędrówka po górach nie miała takiego smaku wolności jak podczas pierwszej wyprawy w Stołowe. Nigdy ego nie było tak silne jak po debiucie reklamowym z drwalami.

To jest podpowiedź, żeby nie dać się lękom i porwać się na ryzyko. Nie tylko w tangu.

O stanie najwyższej gotowości

W 2015 reportaż, w 2016 teksty piosenek. Skoro tak, to już w ogóle się nie martwię, bo tendencja jest oczywista. Ani się obejrzycie, a w następnych latach literackiego Nobla dostanie blog.

Uprzejmie informuję, że jestem na to gotowy. I na wywiady w TOK FM, i na krótkie komentarze na tle budynku swojego biura, i na występy u Olejnik.

Jak przypadło na wzorcowego laureata, nie licząc tegorocznego, jestem kompletnie nieznany. Nikt o mnie nic nie wie, nikt mnie, włącznie z najbliższymi przyjaciółmi, nie czyta, nawet w przedbiegach konkursu na blog roku wypadłem, więc sensację będziecie mieć murowaną.

Ja jednak nie zamierzam zostać zaskoczony. Właśnie na dniach jadę do starych, żeby ich też przygotować. Żeby matka, gdy ją przydybie pod sklepem babsko z Faktu, absolutnie nie wyskakiwała ze śpiewaniem, bo to ma być moje, a nie jej pięć minut. Żeby nie opowiadała żadnych sucharów z mojego dzieciństwa, szczególnie tego o grzybobraniu. I żeby koniecznie zdjęła z komody to paskudne zdjęcie z czasów późnej podstawówki, na którym wyszedłem jak przyszły pedofil. Chyba że wzorem werdyktu polecimy na całego w ekscentryczność i zostawimy wszystko, jak jest. Tego jeszcze nie zdecydowałem.

W każdym razie ulga, że poza pisaniem bloga, nie muszę kompletnie nic robić, zwłaszcza pisać powieści.

Do zobaczenia na wizji i fonii.

O wzmacnianiu

Naprawdę chciałbym wziąć udział w tych wszystkich czarnych protestach i innych tęczowych marszach, bo takie krzyczenie w tłumie, że wara od mojej macicy, że poszli won z mojej pochwy, jest bardzo dobre na emisję głosu i wzmacnianie przepony, ale zrobiło się zimno.

No więc leżę sobie pod kocykiem i śledzę wydarzenia na fejsie, ale nawet z czytaniem (a czytam na głos, żeby jak już czytam przy okazji wszystko sobie wzmacniać) nie nadążam, tyle tego jest.