O handlu międzynarodowym

Co mnie podkusiło, żeby wkręcić się w AliExpress? Świetne ciuszki w cenach jak za zboże? Rozmiary dla takich jak ja krasnoludków, niedostępne w normalnych sklepach naszej szerokości geograficznej?

Choć kupiłem i zapłaciłem za koszulę, nadal jej nie mam. Za to od miesiąca regularnie koresponduję za pośrednictwem google.tłumacz z Bobbym Zhangiem. Najpierw Bobby Zhang musiał sie upewnić, czy z pewnością wybrałem odpowiedni rozmiar. Widać moja eska nie pasowała do jego wyobrażenia o rosłych chłopach z zachodniej Rosji. Po tygodniu, jak się już z tymi wszystkimi informacjami przespał, zaczął naciskać, żeby zamiast koszuli z białym tłem wybrać  tę z granatowym. Ja trochę się stawiałem, bo przecież już raz wybrałem, co więcej już się do tego wyboru przyzwyczaiłem, liczyłem więc, że Bobby ulegnie i mimo że nie ma na stanie, uprzędzie na szybko tę z białym. Jednak w końcu to ja uległem. Następnie Bobby napisał: hej, przyjacielu, my tu chit-chat, a tym czasem fabryka skończyła już produkcję także tych granatowych, czy mogę ci wysłać jakąś inną koszulę? Ręce mi opadły, chociaż na Bobbym to kompletnie nie zrobiło wrażenia. Teraz od paru dni się nie odzywa i nie wiadomo, co jeszcze kombinuje.

Boże kiedy to się wszystko skończy? Niech mi już wyśle cokolwiek – kapelusz z trzciny, kurteczkę Mao, pas do kung-fu, zgrzebne szaty do zbierania ryżu, jakiś siedmiopak z chińskim badziewiem na uciskowej gumce.

O tym, że się spełniło

Nie wiadomo skąd się wzięło to dość specyficzne marzenie. Jak na tak ambitne dziecko, jakim byłem, zaskakuje oszczędnością i brakiem wyrafinowania.

Dziecko bowiem chce mieszkać w jakiejś suterenie-kiszce, gdzie mieści się zaledwie tapczan, trzydrzwiowa szafa na nóżkach, stolik przykryty ceratą, zegar z kukułką i, zdaje się, koza. Do tego kilka oswojonych drobiazgów: jakiś koralik, jakiś ciekawy guzik, kilka figurek z kasztanów i zapałek, zasuszony w książce liść.

Zegar właśnie wybija piątą rano. Jest ciemno jak to w listopadzie, jak to w kanciapie bez okien. Dziecko wstaje, rozpala kozę i włącza radio, gdzie nadają „Sygnały dnia”. Pyrka wrzątek, na ceracie czeka puszka pasztetu i kawałek wczorajszej chałki. Dziecko jak z czytanki w edukacji wczesnoszkolnej reżimu komunistycznego krząta się zadowolone, z uśmiechem na ustach szykuje się na pierwszą zmianę w fabryce. Potem wraca, znowu się trochę krząta, słucha radia, otoczone bezpiecznym kordonem światła lampki, otulone ciepełkiem kozy czyta skulone w kącie tapczanu.

Żadnych gwałtownych ruchów, żadnych zaskakujących zmian w monotonnym tempie akcji. Dziecko nie ma pragnień, nie ma oczekiwań. Nie chce zostać aktorem, pisarzem ani aktywistą gejowskim. Dziecko chce mieć święty spokój: od ludzi, świata, od własnych wymagań.

Nikt do niego nie przychodzi, z nikim, poza ludzikiem z kasztanów, nie rozmawia. Jest samotne, trochę zgorzkniałe, jakby nieżywe. O, zgrozo, jest mu z tym dobrze. Jakżeby inaczej miało być skoro to marzenie?

Przypomniałem sobie o tej fantazji. Bo dzisiaj, choć mebli mam nieco więcej, a jadłospis nieco bogatszy, mogę uznać, że spełniło się.

O podziałach

Na spotkaniu po latach dochodzi do zderzenia. Kolega bowiem wsparł dobrą zmianę, ja się z kolei zradykalizowałem na kierunku LGTB.

Na początku obchodzimy się ze sobą jak przez bibułkę: a co tam u ciebie? a co tam u tego, jak mu tam było? a czy masz kontakt z? gdzie pracujesz? jak zarobki? jak zdrowie? I prawie nam się udaje prześlizgnąć przez kontrowersje, bo w końcu jesteśmy ludźmi kulturalnymi, po wielu kierunkach studiów, którzy dodatkowo wiele piw w czasach sprzed podziałów wypili i polityka nas nie skłóci. Pilnujemy się, pilnujemy, nie podejmujemy tematów aktualnych, obchodzimy szerokim łukiem światopoglądy, a jednak pod koniec spotkania bach!, szwy dobrego wychowania puszczają.  Do rękoczynów na szczęście nie dochodzi, ale złośliwe ciosy zostają zadane.

Mimo wszystko jednak uważam, że lepiej zostać lewacką szmatą, niż usłyszeć, co zdarzyło się koleżance siedzącej obok, że się strasznie posiwiało…

O białych zeszytach

Wrzesień należy do moich ulubionych miesięcy. To pozostałość z czasów szkolnych, kiedy szło się w nowy rok z świeżym ładunkiem w plecaku i głowie.  Nowe zeszyty, nowe ołówki prosto z Chin, pachnące jeszcze farbą drukarską książki, czysta, nieskalana tarciem gumka-myszka…

Jakie to wszystko każdego września było obiecujące! No, w tym roku to będzie inaczej – obiecywałem sobie. Żadnego wychodzenia za margines, żadnego bałaganu w piórniku, od teraz nigdy przenigdy jakiejkolwiek uwagi czerwonym wkładem o braku pracy domowej!

Już od pierwszego dnia po powrocie ze szkoły miało być odrabianie zadanych lekcji, a bujanie się na trzepaku dopiero po wszystkim, a nie odwrotnie jak w zeszłym roku. Mniej gapienia się w telewizor, więcej czytania. Mniej obrabiania dupy bliźniaczkom, mniej pyskowania matce. Więcej słuchania pani.

Jednym słowem od teraz trzeba zrobić wszystko, aby stać się lepszym. A służyć temu ma dyscyplina, dyscyplina i jeszcze raz dyscyplina!

I choć czasy szkolne mam już dawno za sobą, zawsze gdy każdego września wracam kasztanową aleją z jakiegoś pracowego kieratu do domu, pojawia się ta sama myśl, żeby znowu zacząć wszystko od początku: z czystą jak Najświętsza Panienka pierwszą stroną zeszytu, z nieskalaną żadnym błędem gumką-myszką.

O tym, że stoi na stacji lokomotywa

Plan był taki: wysiadam na stacji Hranice Mesto, mimo rozpadających się sandałów i biegunek w szybkim tempie zwiedzam to mesto, obfotografowuję je, a następnie idę na dworzec Hranice Hlavní Nádraží, skąd jadę do Ostrawy, skąd jadę do Czeskiego Cieszyna, skąd idę do naszego Cieszyna, gdzie mam nocleg i punkt sprzedaży kabanosów. Idę spać, a na drugi dzień zwiedzam według planu już od 5.49.

No więc wysiadam i nagle słyszę na całą stację głos konduktorki. Krzyczy, że źle wysiadłem. Że muszę jechać jeszcze jedną stację, do hlavní nádraží, żeby się stamtąd przesiąść na pociąg do Ostrawy. Ja nic, idę według planu w stronę dworca. Ale już wiem, że oni, jakbym był jakąś twarzą kampanii reklamowej kolei czeskich, mnie już kojarzą, że wiedzą, że jeżdżę kolejny dzień z rzędu na promocyjnym bilecie i że gdzieś tam w okolicach Ostrawy, do której zawsze muszę dojechać, mam punkt zborny. Tymczasem drogę zabiega mi zawiadowczyni i tłumaczy, że źle wysiadłem.

No więc znowu: żeby dotrzeć do Ostrawy muszę, mówi, dojechać do następnej stacji, bo z tej w nic się raczej nie przesiądę. Ja jej odpowiadam, że taki miałem plan. Że najpierw fotografuję i kontempluję. Że dopiero potem hlavní nádraží, Ostrawa, Czeski Cieszyn i nasz polski, że 5.49, że kabanosy. Najwyraźniej jednak mój polski jest słabszy niż jej czeski, bo ona mnie nie rozumie. A tymczasem pociąg wciąż czeka, tamta konduktorka wciąż się drze, że mam szybko wsiadać, bo żeby dotrzeć do Ostrawy, muszę się przesiąść na hlavní nádraží, a nie tu, to nie jest właściwa stacja. Pasażerowie machają na mnie, żeby raz dwa wracać, bo im zrobię obsuwę w ich planach, ich kabanosy z mojego powodu im zaraz sprzątną sprzed nosa i przeplatają to oczywiście chórem, że aby dotrzeć do Ostrawy… Zaraz całe České Dráhy staną z mojego powodu, zaraz pokażą mnie w czeskich wiadomościach ze zbliżeniem na dyndający sandał i komentarzem w tle: wysiadł nie na tej stacji, co trzeba, bo żeby dojechać do Ostrawy… Itd., itd.

O siedmiu dniach oszczędności

W Czechach padłem ofiarą własnego sknerstwa.

Skoro zdecydowałem się na „jizdenkę na leto”, czyli promocyjny bilet wakacyjny, obowiązujący w kolejach czeskich przez siedem dni, w grę nie wchodziło dni pięć, ani nawet sześć, ale dokładnie wszystkie siedem. A i w ciągu tych dni tempo było takie, jakbym zamierzał do cna wydoić całą Republikę Czeską.

Mimo wakacji wstawałem o godzinie 4.40, tak aby zdążyć na pierwszy pociąg do Ostrawy o 5.49. Wracałem oczywiście ostatnim. W ten sposób byłem dwie minuty przed zamknięciem Biedronki, gdzie kupowałem paczkę kabanosów, która miała mi starczyć na cały posiłek następnego dnia, tak że ewidentnie drgnęły słupki w segmencie wędlin paczkowanych.

Po dwóch dniach już miałem dosyć. Ale nawet wtedy, gdy pociąg w Ostrawie spóźnił się trzy godziny i w efekcie w Cieszynie byłem o trzeciej w nocy, nie odpuściłem i dnia następnego za dziesięć szósta stałem już na peronie. Nie przeszkodziły też urwane paski w sandałach, rozwolnienia po przeterminowanych kabanosach, deszcze, trąby powietrzne i huragany. Plan został zrealizowany, choć okupiony ogromnym kosztem osobistym.

Jakie to jednak szczęście, że nie zdecydowałem się na opcję biletu czternastodniowego!

O jedzeniu, piciu i sikaniu

Jak ci Czesi to robią, że dosłownie wszyscy wyglądają jak intelektualiści? Nieważne kelner nie kelner, konduktor nie konduktor, dosłownie każdy, o zawodowych intelektualistach nie wspominając, sprawia wrażenie jakby na śniadanie połknął dwa Hrabale, pół Kundery i popił wszystko Havlem. Nawet ten robol wygląda tak jakby po godzinach robił w przypisach do Szwejka! Nawet ten dresiarz, gdy sika pod płotem, to nie jest to takie zwykłe szczanie, ale właściwie trawestacja Černego!

Żadnych podejrzanych ideologii, żadnego patosu na pomnikach i koszulkach! Jest tylko ironiczna mina nad kuflem w gospodzie i niezauważalnie śmiejące się oczy, które z filozoficznym wyczuciem nie świdrują nadmiernie istoty rzeczy.

Dlatego w właśnie w Czechach czuję się najbardziej bezpiecznie. Wiadomo, że kontakt ze sztuką (i picie piwa) poszerza horyzonty, otwiera światopogląd i włącza dystans.

O sralinkovej ganiačce

Byłem pewien, że po tylu dniach osłuchałem się z językiem czeskim i nie robi on już na mnie specjalnego wrażenia.

Tymczasem okazało się, że w kolejce do zwiedzania pałacu stoję sam jeden. I specjalnie dla mnie, indywidualnie niejako, pani przewodniczka wykona oprowadzanie. To co było więc do zniesienia w tłumie, solo było nie do przejścia. Szczypałem się, przygryzałem wargi, spuszczałem wzrok, próbowałem przypomnieć sobie największe krzywdy i nieszczęścia całego życia. Nic z tego. Wciąż chciało mi się śmiać. Zwłaszcza że nie wiem jakim cudem w narracji przewodniczki ciągle słyszałem te wszystkie najbardziej śmieszne słowa, które od lat rozbawiają polski internet. Niemal w co drugim zdaniu było o lasce, divce, produpniku, kupie, poruhaniu, smatičce na patičku i sralinkovej ganiačce.

Do Minerwy Solis

Nie najlepszy chyba był pomysł Mieszka z tym chrześcijaństwem. Przecież gdyby nie chrzest w X wieku, nie męczylibyśmy się teraz w konwencjach, które nie są zgodne z naszym charakterem. Nie musiałaby rzecznik partii rządzącej silić się na empatię, ale od razu tak po ludzku walnąć z liścia.

Jakie miłosierdzie, jaka miłość bliźniego, jakie nastawianie drugiego policzka, kiedy właśnie najlepiej wychodzi nam  szukanie pomsty i hodowanie urazy? Jakie wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie, kiedy właściwie nam się z radości tańczyć chce na tym grobie, bo już stary dziadyga zdechł i, he, he, nic nam nie zrobi?

Do naszej polańsko-wiślańskiej mentalności prędzej pasowałaby religia rzymska, gdzie modlitwa służyła do pognębienia wroga, zaszczucia sąsiada, zesłania plag na takiego co tylko krzywo spojrzał. Wiem, co mówię, bo właśnie wróciłem z Wielkiej Brytanii, gdzie w termach rzymskich w Bath pokazywali nam takie właśnie klątwy pisane na ołowianych tabliczkach. Ja się po powrocie postanowiłem zainspirować  i przedstawiam tu kilka świeżo przeze mnie napisanych, możliwych do wykorzystania na lekcjach religii.

Do Minerwy Solis!
Osobie, która zajumała mi pudełeczko na zatyczki do uszu, ześlij, o Bogini, co godzinę koncert sylwestrowy Zenka Martyniuka w repertuarze pasków z TVP Info. Niech nie zazna spokoju, dopóki nie odniesie zguby.

Do Minerwy Solis!
Łajdakowi, który sprawił skurczenie się mego plecaka, tak że nie mogę w tej chwili zmieścić na wyprawę w góry żelazka, a o mały włos także czajnika, odbierz wszelką ochotę do jakichkolwiek wędrówek, niezależnie czy to człowiek majętny czy biedak, mąż wolnego stanu czy niewolnik, dorosły czy dziecko.

Do Minerwy Solis!
Wszystkim, którzy chcą innej Ojczyzny, niż ta, która nam się podoba, żeby była i w ogóle takim, co myślą inaczej i nie uznają naszej racji, ale trwają w mylnej swojej własnej i nie chcą się podporządkować, każ dzielić się chlebem z nieprzyjaciółmi, składać  sobie nawzajem życzenia rozmaitych przyjemnych rzeczy i przekazywać różne znaki pokoju.

O Kraju Dziwnych Kroków

Wszystko inaczej. Przystanki tyłem do jezdni, dwa krany przy umywalce, klamki podnoszone do góry, inne jednostki miar i wag. Z powodu ruchu lewostronnego trzeba się przed przejściem przez ulicę rozglądać w inną stronę niż uczyli w szkole. Nawet jeśli są światła, mieć się wciąż na baczności, bo zielone (dlaczego nie zdecydowali się na inny kolor?!!!), zapala się z boku, a nie jak u prawdziwych chrześcijan na wprost. W rezultacie przebiegam na oślep, modląc się, żeby już na tamtym świecie nie przekonać się o słynnej angielskiej uprzejmości: przepraszam, że pana przejechałem, Sir.

Najgorsze jednak są te cholerne gniazdka elektryczne, które nawet przy użyciu adaptera wciąż nie ładują tabletów, laptopów, aparatów i telefonów. Do akcji musi wtedy wejść wykałaczka albo wkład do długopisu, które na nic się jednak przydadzą, jeśli wcześniej nie przypomnę sobie o włączniku przy gniazdku.

Dlaczego kółko, jeśli można kwadracik? Dlaczego w prawo, jeśli można w lewo? I kto powiedział, że wszystko ma być zgodne z ruchem wskazówek zegara, ustawione w linii prostej? Niech sobie Europa małpuje, na zdrowie. My na Wyspie, w kraju zamieszkanym przez samych oryginałów, wprowadzamy odmienne,  oparte na kontrze zasady.

Naprawdę zdumiewa mnie tylko to, że Ministerstwo Dziwnych Kroków to jest rzeczywistość kabaretowa, a nie fakt polityczno-społeczny. Co by im szkodziło pójść na całość?