Do Minerwy Solis

Nie najlepszy chyba był pomysł Mieszka z tym chrześcijaństwem. Przecież gdyby nie chrzest w X wieku, nie męczylibyśmy się teraz w konwencjach, które nie są zgodne z naszym charakterem. Nie musiałaby rzecznik partii rządzącej silić się na empatię, ale od razu tak po ludzku walnąć z liścia.

Jakie miłosierdzie, jaka miłość bliźniego, jakie nastawianie drugiego policzka, kiedy właśnie najlepiej wychodzi nam  szukanie pomsty i hodowanie urazy? Jakie wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie, kiedy właściwie nam się z radości tańczyć chce na tym grobie, bo już stary dziadyga zdechł i, he, he, nic nam nie zrobi?

Do naszej polańsko-wiślańskiej mentalności prędzej pasowałaby religia rzymska, gdzie modlitwa służyła do pognębienia wroga, zaszczucia sąsiada, zesłania plag na takiego co tylko krzywo spojrzał. Wiem, co mówię, bo właśnie wróciłem z Wielkiej Brytanii, gdzie w termach rzymskich w Bath pokazywali nam takie właśnie klątwy pisane na ołowianych tabliczkach. Ja się po powrocie postanowiłem zainspirować  i przedstawiam tu kilka świeżo przeze mnie napisanych, możliwych do wykorzystania na lekcjach religii.

Do Minerwy Solis!
Osobie, która zajumała mi pudełeczko na zatyczki do uszu, ześlij, o Bogini, co godzinę koncert sylwestrowy Zenka Martyniuka w repertuarze pasków z TVP Info. Niech nie zazna spokoju, dopóki nie odniesie zguby.

Do Minerwy Solis!
Łajdakowi, który sprawił skurczenie się mego plecaka, tak że nie mogę w tej chwili zmieścić na wyprawę w góry żelazka, a o mały włos także czajnika, odbierz wszelką ochotę do jakichkolwiek wędrówek, niezależnie czy to człowiek majętny czy biedak, mąż wolnego stanu czy niewolnik, dorosły czy dziecko.

Do Minerwy Solis!
Wszystkim, którzy chcą innej Ojczyzny, niż ta, która nam się podoba, żeby była i w ogóle takim, co myślą inaczej i nie uznają naszej racji, ale trwają w mylnej swojej własnej i nie chcę się podporządkować, każ dzielić się chlebem z nieprzyjaciółmi, składać  sobie nawzajem życzenia rozmaitych przyjemnych rzeczy i przekazywać różne takie znaki pokoju.

O Kraju Dziwnych Kroków

Wszystko inaczej. Przystanki tyłem do jezdni, dwa krany przy umywalce, klamki podnoszone do góry, inne jednostki miar i wag. Z powodu ruchu lewostronnego trzeba się przed przejściem przez ulicę rozglądać w inną stronę niż uczyli w szkole. Nawet jeśli są światła, mieć się wciąż na baczności, bo zielone (dlaczego nie zdecydowali się na inny kolor?!!!), zapala się z boku, a nie jak u prawdziwych chrześcijan na wprost. W rezultacie przebiegam na oślep, modląc się, żeby już na tamtym świecie nie przekonać się o słynnej angielskiej uprzejmości: przepraszam, że pana przejechałem, Sir.

Najgorsze jednak są te cholerne gniazdka elektryczne, które nawet przy użyciu adaptera wciąż nie ładują tabletów, laptopów, aparatów i telefonów. Do akcji musi wtedy wejść wykałaczka albo wkład do długopisu, które na nic się jednak przydadzą, jeśli wcześniej nie przypomnę sobie o włączniku przy gniazdku.

Dlaczego kółko, jeśli można kwadracik? Dlaczego w prawo, jeśli można w lewo? I kto powiedział, że wszystko ma być zgodne z ruchem wskazówek zegara, ustawione w linii prostej? Niech sobie Europa małpuje, na zdrowie. My na Wyspie, w kraju zamieszkanym przez samych oryginałów, wprowadzamy odmienne,  oparte na kontrze zasady.

Naprawdę zdumiewa mnie tylko to, że Ministerstwo Dziwnych Kroków to jest rzeczywistość kabaretowa, a nie fakt polityczno-społeczny. Co by im szkodziło pójść na całość?

O skutkach spacerów

No i znowu udzieliłem jakiegoś wywiadu. Spośród 200 tysięcy, jak to obliczył znany mecenas, biorących udział w demonstracji, akurat ja właśnie musiałem zostać wyselekcjonowany do tego, żeby przekazać opinii publicznej głos ludu.

A przecież tak jak prosili w Urzędzie starałem się na prawdę nie rzucać w oczy. Nie miałem żadnych transparentów, niespecjalnie głośno krzyczałem, nawet ubrany byłem byle jak. Długo mi się udawało nie rzucać, bo niski jestem. na samym początku zostałem przykryty czapkami, transparentami i plakatami z napisem „konstytucja”, tak że tylko po butach poznałem, że już idziemy. Ale dokąd, po co, nie orientowałem się specjalnie.

Jednak w okolicy kościoła świętego Krzyża tłum się przerzedził, czapki i transparenty się pochowały. I wtedy właśnie podbiegł ten reporter, żeby mnie kręcić. Nawet nie pytał o nazwisko, żeby je potem w materiale przeinaczyć, tylko od razu z kamerą do twarzy, z prośbą o szybką filozoficzno-społeczną refleksją ad hoc. Tak jak bym po tamtej wcześniejszej demonstracji, opatrzonej urzędowym ostrzeżeniem i nakazem chowania się pod płytą chodnikową, został po prostu solidnie zresearchowany.

Tym razem wypadłem też lepiej, mimo że nie chodziłem na żadne warsztaty z występowania. Głos miałem pewniejszy, niższy, wywodów nie wypełniała cisza przerywana przełknięciami śliny. Można więc śmiało powiedzieć, że w końcu zasłużyłem na ostrzeżenie.

O tym, dlaczego nie napiszę o śliwce

Czasy są średnie. Jakoś ciężko się odnaleźć w nich egotykom, którzy do tej pory wytężali cały zasób sił, aby wszystkich wokół rozśmieszyć. Jak tu teraz napisać, że były wesołe przygody we Fryzji, że przydarzyły się śmieszne historie na dworcach kolejowych Brabancji Północnej, że wybuchła afera ze śliwką? Jak przekazać historyjkę, że jadę ci ja, jadę, aż tu nagle, proszę ja ciebie, ni z tego ni z owego… Nie, nie mogę.

To było dobre kiedyś. Dziś trzeba się mierzyć z historią, ileś razy w ciągu dnia przeciągnąć linę własnych słabości, odpowiednio ustawić się gdzieś między odwagą a zachowawczością. Przestawiać na zagrożenie, przygotować na stan wojenny, nie dać się, zrobić cokolwiek. Jednak dla jednych protestowanie i skandowanie wiele dni z rzędu to za mało, dla innych aż nadto.

Oczywiście że chciałoby się być od razu Frasyniukiem, któremu niestraszne wykręcanie genitaliów na komisariacie i  utrata najbliższych osób! Nie da się jednak stworzyć z siebie takiego gościa na podstawie dotychczasowych płytkich prawd, śmiesznych historyjek, pajacowania.

Nie wiem więc jak się odnaleźć na nowo. I nie tylko na tym blogu.

Tymczasem czuję, że  wszyscy, jakoś dziwnie sparaliżowani w naszym odwiecznym chocholim tańcu, z prawdą  jak kamień pod językiem, z rozumem, który nie rozumie, z pewnością, która wątpi, właśnie wszystko z kretesem przegrywamy. I może jedyne, co należy  zrobić w czasach, w których słowa tak bardzo potaniały, to zachować milczenie.

Po raz pierwszy nie śpię w nocy nie dlatego, że otworzyły się stare traumy, rozwinęły się nowe lęki, ktoś nadepnął na odcisk, ktoś coś przykrego powiedział, za mało chwalił i pieścił. Nie dlatego na pewno, że przydarzyła się jakaś głupia sprawa ze śliwką. Nie mogę spać… i pisać (trudno, niech to zabrzmi górnolotnie i zupełnie niestylowo) z powodu Polski.

O bohaterach i grobach

Cmentarz w Bredzie jest jak cała Holandia. Skromny, uporządkowany, niemal wykreślony od linijki przez jakiegoś szalonego matematyka. Groby rozmieszczone na planie prostokąta perfekcyjnie komponują się z linią krajobrazu. Można powiedzieć, że wręcz idealnie nadają się do folderu turystycznego Brabancji Północnej razem z jej siatką autostrad, szachownicą kanałów, płaskim horyzontem, który tylko dla podkreślenia geometrii punktowo przecinany jest statyczno-dynamiczną kompozycją złożoną z krów i wiatraków.

Maczek wprawdzie leży osobno, ale jego nagrobek ma ten sam kształt i tę samą wielkość, co cała reszta jego podwładnych. Jest więc jednocześnie wyróżniony i umniejszony. Choć generał, upamiętniony jest bardziej jako kierownik sali lub zarządca personelu*. To byłoby zgodnie nie tylko z ochroną krajobrazu, która niechętnie patrzy na rozbudowanie pionów, ale i duchem protestancko-katolickiej współpracy, która akcentuje raczej małe i codzienne współdziałanie niż ekspresje indywidualności w wielkich dziejowych chwilach.

Proszę państwa z Polski, tutaj nikt nie wstanie z kolan. Nie tylko dlatego, że całkiem nie żyje i leży na plecach, ale przede wszystkim dlatego, że nie pozwalają na to przepisy o ładzie przestrzennym i uciążliwe wiatry!

Tam u was przewalanki. W Sejmie, pod Sejmem, w internecie. Tutaj spokój. Polska w stanie spoczynku. Cisza, najwłaściwszy stan nad każdą trumną, wypełnia mi właśnie krwioobieg. Zaraz jednak trzeba będzie wracać, maszerować, pokrzykiwać, czymś wymachiwać.  Zrobię to, owszem, nie bez przyjemności. W końcu od małego uczę się życia w podskokach, unikach i cyklicznych atakach zbiorowej furii. Ale spocząć wolałbym w jakimś nudnym, do porzygania uporządkowanym kraju. Na cmentarzu o małej skali, przykryty zwyczajną prostokątną płytą, opatrzony napisem o niewygórowanych ambicjach.


* Generał broni Stanisław Maczek po II wojnie światowej pracował na emigracji jako zwyczajny robotnik, sprzedawca, a następnie barman.

O tym, do kogo przyjedzie telewizja

- Proszę pana, proszę pana!!! Pomocy!!! – krzyczy do mnie dziewczynka z drugiego końca ulicy.

Ponieważ od kiedy włączyłem się w działalność społeczną, jestem chętny nieść pomoc całemu światu, zwłaszcza małym, uroczym dziewczynkom, ani przez chwilę się nie waham. Już się zresztą widzę, jak ratuję małe pieski uwięzione w rozgrzanym aucie, podnoszę z podłogi nieprzytomną babcię, wyciągam inne małe dziewczynki przygniecione złamanym drzewem. Już widzę, jak udzielam drugiego w swoim życiu poważnego wywiadu telewizji (tym razem jednak głosem pewnym i stanowczym):
- To była chwila, pani redaktor, nie było czasu na zastanawianie się… Jaki bohater? Każdy przyzwoity człowiek na moim miejscu by się tak zachował… Całe powodzenie akcji to zasługa małej szczerbatej dziewczynki…

No właśnie, mów, co trzeba gasić, kogo wyciągać ze studni, jakiego zboczeńca pogonić, bo nie ma czasu, wóz transmisyjny już jedzie…

- Koleżance spadł łańcuch. Pomoże pan?

Tego się kompletnie nie spodziewałem…

Czyś ty, dziewczynko, całkiem na głowę upadła? Czy tobie oprócz zęba przypadkiem nie wypadła piąta klepka? Jaki łańcuch? Jakie nałożyć? Przecież ja sam za każdym razem gdy chcę napompować koło, odpalam youtuba, z siedem razy oglądam poradę eksperta, w zwolnionym tempie jak jakiś debil bez skończonej zawodówki, śledzę każdy szczegół filmiku, a i tak ostatecznie odjeżdżam na flaku, bo przy okazji gubię śrubkę i psuję pompkę. O tym, że jakiś łańcuch może kiedyś spaść nawet nie pozwalam sobie myśleć.

Ale przecież nie powiem tego małej. Ona czeka, wierzy we mnie, uśmiecha się z nadzieją.

No więc idziemy do tego roweru, ale nogi się pode mną uginają. Żebym chociaż dobrze, w miarę fachowo, zaczął. Żebym nie pomylił łańcucha z kierownicą, żebym nie urwał dzwonka! Żeby nas zmierzch zastał, żeby się rozpętała się jakaś ulewa, żeby matka w najważniejszym momencie krzyknęła „kolacja!”, zanim na jaw wyjdzie cała moja kompromitacja.

Kiedy jednak dochodzimy do roweru, jego właścicielka i potencjalna ofiara mojej pomocy rzuca z obojętnością w naszą stronę:
- Nie trzeba. Już sama naprawiłam.

I to do niej przyjechał wóz transmisyjny.

O krytyku wewnętrznym

Najpierw zaczyna mną dygotać, co oczywiście wszyscy widzą. Potem głos mi się podnosi jak u sędzi Przyłębskiej, co oczywiście wszyscy słyszą, a szczególnie telewizja TVN, która będzie przez pół roku to puszczać bez większego związku. Następnie próbuję używać jakiś argumentów, ale są one pod wpływem stresującej chwili z dupy i nawet ja sam nie biorę ich pod  uwagę.

Naprawdę bardzo bym chciał się pokłócić, twardo stanąć po stronie swoich granic, odeprzeć ataki, nie dać się.  Zamiast tego jednak oganiam się od widm i upiorów: wizji siebie odbitego w felernych lustrach i wracającej jak echo zniekształconej fonii.

Kiedyś na ciemnej ulicy Grochowa napadło mnie dwóch i chciało pieniędzy. W momencie, gdy jeden z nich stał na czatach, drugi mnie prał po ryju, bo ja obie ręce miałem zajęte – w jednej trzymałem kurczowo torbę z pieniędzmi, w drugiej okulary. Jakiś czas mnie tak prał, gdy nagle oświeciło mnie, że przecież usta mam wolne i mogę krzyknąć. Co pomyślałem, niestety zrobiłem. Wydałem z siebie ryk i wtedy do dwóch napastników doszedł trzeci, mój własny.

- Fuj, ależ obrzydliwy ten głos! Co za nieprzyjemna barwa, co za niewłaściwa tonacja! Nie, to się do niczego nie nadaje. Posłuchaj siebie uważnie…  No właśnie… Słyszysz? Jak jakieś beczenie raczej. To jest nieestetyczne. To totalnie nie jest w roli. Proszę cię, nie rób tego więcej. Następnym razem po prostu stój cierpliwie i czekaj aż panowie się zmęczą. Naprawdę będziemy mieli dużo szczęścia, jeśli żaden znajomy nas nie usłyszy, jeśli żadna policja nie przybiegnie z ciekawości sprawdzić, kto tak zawodzi…

Na koniec, czym już mnie dobił, krytyk wewnętrzny zasugerował, że  dobrze, że obaj napastnicy są mocno pijani, bo być może nie będą jutro pamiętać tego dysonansu wydobywającego  się z mojego gardła.

Wychodzi więc chyba na to, że zanim kiedykolwiek stanę do zbiorowej walki, muszę najpierw rozprawić  się z jedną osobą.

O wychodzeniu z koszmarów

Śniło mi się, że dalej, niestety, pracowałem w urzędzie. Tym razem jednak wylądowałem w Kancelarii Rady Ministrów.

O piętnastej trzydzieści zorientowałem się, że choć wszyscy przebierają już nogami do domu, nikt nie ma odwagi się ruszyć pierwszy. A mi się właśnie przypomniało, że mam zaraz psychoterapię i jak nie pójdę to i tak zapłacę. Kurwa…

No więc idę – a siedzieliśmy tam wszyscy nowocześnie, w open space’ie – do Broszki i mówię, że bardzo mi przykro, ale nie mogę dłużej zostać. Broszka, wzorem wszystkich moich przełożonych, trzy razy westchnęła i powiedziała, że ona na to niestety nie może sobie pozwolić. I że nawet jeszcze dzisiaj nie jadła. Zawahałem się. Z jednej strony to kobieta. A nawet więcej – matka! Pramatka Polka wręcz! Jak tu, szarmancki Polaku, co z tego, że pedale, odmówić kobiecie – matce – ojczyźnie – Wandzie – Beacie – coniechciałaNiemca – Araba – RyżegozdrajcyzBrukseli? I w dodatku głodnej, odejmującej sobie kromkę chleba od ust, w zamian za to wysuwającą pierś, by nakarmić cały naród swym boskim latte!

Z drugiej, bałem się, że jak ją poczęstuję kawałkiem kanapki, która mi została, wzorem moich poprzednich przełożonych odgryzie mi zaraz potem rękę. Po konsumpcji przejdzie do zwierzania, domagania się życiowej porady, co ona ma zrobić w trudnej relacji z mężem i propozycji, abym na nią poczekał, żebyśmy sobie wspólnie wyszli o dwudziestej trzeciej. No żesz kurna, tylko nie to! Takie przyjaźnie już przechodziłem i na dobre mi to nie wyszło. Tak więc po odliczeniu trzech kolejnych wzdechnięć, wytrzymaniu wzroku zbitego psa i przeczekaniu skapującej z ust śliny Wielkiego Głoda, powiedziałem, że to do jutra.

Obudziłem się już na terapii. Obaj z panem Pawłem uznaliśmy, że sen ten w sposób namacalny dostarcza dowodów rodzącej się asertywności , utwierdza mnie w trudnym procesie zaznaczania własnych granic i ostatecznie przecina pramatczyną pępowinę.

O zwycięstwie Guzdrałka!

Wszedłem sobie na ambicję i postanowiłem odkręcić syfon, czy jak tam na to dziadostwo się mówi, żeby sprawdzić co tak śmierdzi z umywalki. Lekki stresik był, zwłaszcza po tym, jak zdecydowałem się wymienić worek w odkurzaczu, potem nie umiałem go włożyć, przy okazji coś zepsułem i trzeba było kupić nowy. Albo jak chciałem przeczyścić maszynkę do strzyżenia włosów i dwie tycie śrubki wpadły mi między parkiet i tam założyły sobie konkurencyjną cywilizację, więc cała reszta bez tego gówienka nadawała się co najwyżej na ozdoby choinkowe. Albo jak, sokoro jesteśmy już przy parkiecie, miałem naprawić wystającą klepkę i moja małżonka śpiewaczka zamknięta w łazience i nieprzeczuwająca najgorszego, rzuciła właśnie zza drzwi: Guzdrałku, co ty tam jeszcze… Nie, nie, sorry, coś mi się pomyliło, chyba trochę przedawkowałem Kreta.

Tymczasem bałem się niepotrzebnie. Raz, dwa wszystko rozebrałem i na powrót złożyłem, tak że zacząłem się nawet rozglądać, co by tu jeszcze odkręcić.

Jednym słowem właśnie odkryłem w sobie talent hydrauliczny.

Biorę 500.

O tym, że w słowach słoma czai się

Nie jest tak, że się obraziłem na bloga. Nie piszę, bo najwyraźniej brakuje mi twórczych inspiracji.

Próbowałem walnąć coś o świętach wielkanocnych, a konkretnie o jednym epizodzie, kiedy mi przy żurze do ucha wpadła jedna pieśń o tym, że to nie ludzie Jezusa zabili, ale ja osobiście i moje paskudne grzechy, która mnie tak męczyła przez całe dni i noce, że do dzisiaj ją śpiewam pod prysznicem. Jednak po głębszej analizie uznałem ten wątek za niegodny szanownego czytelnika i ostatecznie wszystko skasowałem.

Chciałem zdać też relację o tym, jak poszedłem na „Klątwę” i nie było żadnej zadymy. Przed teatrem stał tylko jeden człowiek z transparentem i oferował numery do psychiatry, tym samym kompletnie nie będąc w temacie, jak działa polska służba zdrowia, zwłaszcza w segmencie psychicznym. Miałem mu powiedzieć, żeby sobie te swoje numerki wsadził, bo ja prędzej się wykończę niż doczekam wizyty. Miałem powiedzieć, ale nie powiedziałem, a skoro nie powiedziałem to i nie napisałem.

Nie napisałem także o pogodzie, choć to obecnie temat kluczowy, skoro z powodu perspektyw chłodnej majówki lecą na łeb na szyję notowania partii rządzącej. Nie zrobiłem tego, bo jak sobie pomyślę, że mam  pisać o polityce, robi się z miejsca nie tylko zimniej ale i smutniej, a to ma być wesoły i cieplutki blog.

Z tego też powodu nie ma tu nadal recenzji kulturalnych, przepisów kulinarnych, propozycji wnętrzarskich, tekstów piosenek (chyba że ten o Jezusie), śmiesznych-nieśmiesznych filmików, cytatów wielkich ludzi i porad życiowych. Czekając tymczasem na ciekawsze przemyślenia, oznajmiam, parafrazując (uwaga, będzie jednak cytat) Churchilla na kilka chwil przed swoją śmiercią, że już mnie to wszystko nudzi.