O ostatnim słowie

Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania, a nawet czas pieszczenia i wstrzymywania się od wszelkich uciech. Jest też czas pisania i czas niepisania.

Oto nadszedł ten moment, kiedy trzeba przerwać wszelką mękę i zamknąć dzieło stworzenia na tym blogu. Dziękuję wszystkim czytelniczkom i czytelniczkom, komentatorkom i komentatorom, hejterkom i hejterom za obecność w moim życiu blogowym przez ostatnie osiem lat (przez ostatnie osiem lat Polcy i Polacy…). Bądźcie zdrowi, szczęśliwi, uśmiechnięci. Papatki.

O nowej starej ramówce

W nowym sezonie babka jest chudsza. Dzieciak, ewidentnie starszy, już tak nie skacze. Poza tym, mimo że całość obrazu zakłócają jeszcze ze trzy nieopadłe liście, większych zmian brak. Stary jak wcześniej przychodzi pod wieczór, zdejmuje koszulkę i paraduje tak na w pół goły. Telewizor tak jak poprzednio chodzi na okrągło, pełniąc rolę ruchomego tła, więc gdybym chciał się pozbyć swojego, nic bym poza fonią nie stracił.

Kieślowski to zdecydowanie nie jest. Nic się specjalnego mimo golizny starego nie dzieje. Normalnie zmywanie, gotowanie, skakanie, chodzenie, ubieranie się, rozbieranie, oglądanie telewizji.

A jednak lubię  śledzić co tam u nich, stojąc po swojej stronie okna. Brakowało mi tego obrazka, gdy w okresie wiosenno-letnim całość  skrywała zasłona z liści. Może mi jest lżej, gdy zobaczę, że u innych taka sama nuda, że czas tak jak u mnie odmierzany jest posiłkami i programem TV. A może w ten sposób mam choć namiastkę czyjejś obecności? Raźniej i przytulniej w swoim własnym sześcianie, gdy widzi się jego odbicie na tle ruchomych obrazów.

O samospaleniu

Pamiętam, jak kiedyś jeden facet napluł mi w twarz. Nie wiem za co, po prostu wysiadałem z autobusu, a on wziął i splunął. Nic nie zrobiłem z tym bo i co? Postałem chwilę na przystanku, a potem w domu skuliłem się w łóżku z bezradności.

Dziś znowu leżę i się kulę. Myślałem najpierw, że to normalna, jesienna depresja, która jak co roku dopada, zmienia się w zimową beznadzieję, a wiosną przechodzi. Ale nie. To chyba coś więcej… Tylko co? Nikt nie umarł, nikt ode mnie nie odszedł, nikt mnie ostatnio specjalnie nie znienawidził.

 A potem przypomniałem sobie tamtego kolesia… I uświadomiłem sobie, że je od dwóch lat żyję w przemocowym związku z państwem, przez które niemal codziennie jestem opluwany. Przez posła i posłankę, przez ministra tego i owego. Przez byłego księdza i aktualnego arcybiskupa.  Przez obrońców życia, niezależnych publicystów i media narodowe. Przez bohaterów spod budki z piwem ujadających od świtu do zmroku pod postami.  Przez koleżeństwo, które z wdziękiem pani Ogórek napomina i przestrzega. I nic nie umiem z tym zrobić. Po prostu mnie wmurowało na chodniku. Stoję z kamienną twarzą, po której ścieka ślina i biernie czekam na wyjaśnienie.

A potem wracam do domu, kładę się z kolanami pod brodą i ze starym, dobrym znajomym samobójcą u boku marzę tylko o tym, żeby to wszystko wreszcie się skończyło.

O handlu międzynarodowym

Co mnie podkusiło, żeby wkręcić się w AliExpress? Świetne ciuszki w cenach jak za zboże? Rozmiary dla takich jak ja krasnoludków, niedostępne w normalnych sklepach naszej szerokości geograficznej?

Choć kupiłem i zapłaciłem za koszulę, nadal jej nie mam. Za to od miesiąca regularnie koresponduję za pośrednictwem google.tłumacz z Bobbym Zhangiem. Najpierw Bobby Zhang musiał sie upewnić, czy z pewnością wybrałem odpowiedni rozmiar. Widać moja eska nie pasowała do jego wyobrażenia o rosłych chłopach z zachodniej Rosji. Po tygodniu, jak się już z tymi wszystkimi informacjami przespał, zaczął naciskać, żeby zamiast koszuli z białym tłem wybrać  tę z granatowym. Ja trochę się stawiałem, bo przecież już raz wybrałem, co więcej już się do tego wyboru przyzwyczaiłem, liczyłem więc, że Bobby ulegnie i mimo że nie ma na stanie, uprzędzie na szybko tę z białym. Jednak w końcu to ja uległem. Następnie Bobby napisał: hej, przyjacielu, my tu chit-chat, a tym czasem fabryka skończyła już produkcję także tych granatowych, czy mogę ci wysłać jakąś inną koszulę? Ręce mi opadły, chociaż na Bobbym to kompletnie nie zrobiło wrażenia. Teraz od paru dni się nie odzywa i nie wiadomo, co jeszcze kombinuje.

Boże kiedy to się wszystko skończy? Niech mi już wyśle cokolwiek – kapelusz z trzciny, kurteczkę Mao, pas do kung-fu, zgrzebne szaty do zbierania ryżu, jakiś siedmiopak z chińskim badziewiem na uciskowej gumce.

O tym, że się spełniło

Nie wiadomo skąd się wzięło to dość specyficzne marzenie. Jak na tak ambitne dziecko, jakim byłem, zaskakuje oszczędnością i brakiem wyrafinowania.

Dziecko bowiem chce mieszkać w jakiejś suterenie-kiszce, gdzie mieści się zaledwie tapczan, trzydrzwiowa szafa na nóżkach, stolik przykryty ceratą, zegar z kukułką i, zdaje się, koza. Do tego kilka oswojonych drobiazgów: jakiś koralik, jakiś ciekawy guzik, kilka figurek z kasztanów i zapałek, zasuszony w książce liść.

Zegar właśnie wybija piątą rano. Jest ciemno jak to w listopadzie, jak to w kanciapie bez okien. Dziecko wstaje, rozpala kozę i włącza radio, gdzie nadają „Sygnały dnia”. Pyrka wrzątek, na ceracie czeka puszka pasztetu i kawałek wczorajszej chałki. Dziecko jak z czytanki w edukacji wczesnoszkolnej reżimu komunistycznego krząta się zadowolone, z uśmiechem na ustach szykuje się na pierwszą zmianę w fabryce. Potem wraca, znowu się trochę krząta, słucha radia, otoczone bezpiecznym kordonem światła lampki, otulone ciepełkiem kozy czyta skulone w kącie tapczanu.

Żadnych gwałtownych ruchów, żadnych zaskakujących zmian w monotonnym tempie akcji. Dziecko nie ma pragnień, nie ma oczekiwań. Nie chce zostać aktorem, pisarzem ani aktywistą gejowskim. Dziecko chce mieć święty spokój: od ludzi, świata, od własnych wymagań.

Nikt do niego nie przychodzi, z nikim, poza ludzikiem z kasztanów, nie rozmawia. Jest samotne, trochę zgorzkniałe, jakby nieżywe. O, zgrozo, jest mu z tym dobrze. Jakżeby inaczej miało być skoro to marzenie?

Przypomniałem sobie o tej fantazji. Bo dzisiaj, choć mebli mam nieco więcej, a jadłospis nieco bogatszy, mogę uznać, że spełniło się.

O podziałach

Na spotkaniu po latach dochodzi do zderzenia. Kolega bowiem wsparł dobrą zmianę, ja się z kolei zradykalizowałem na kierunku LGTB.

Na początku obchodzimy się ze sobą jak przez bibułkę: a co tam u ciebie? a co tam u tego, jak mu tam było? a czy masz kontakt z? gdzie pracujesz? jak zarobki? jak zdrowie? I prawie nam się udaje prześlizgnąć przez kontrowersje, bo w końcu jesteśmy ludźmi kulturalnymi, po wielu kierunkach studiów, którzy dodatkowo wiele piw w czasach sprzed podziałów wypili i polityka nas nie skłóci. Pilnujemy się, pilnujemy, nie podejmujemy tematów aktualnych, obchodzimy szerokim łukiem światopoglądy, a jednak pod koniec spotkania bach!, szwy dobrego wychowania puszczają.  Do rękoczynów na szczęście nie dochodzi, ale złośliwe ciosy zostają zadane.

Mimo wszystko jednak uważam, że lepiej zostać lewacką szmatą, niż usłyszeć, co zdarzyło się koleżance siedzącej obok, że się strasznie posiwiało…

O białych zeszytach

Wrzesień należy do moich ulubionych miesięcy. To pozostałość z czasów szkolnych, kiedy szło się w nowy rok z świeżym ładunkiem w plecaku i głowie.  Nowe zeszyty, nowe ołówki prosto z Chin, pachnące jeszcze farbą drukarską książki, czysta, nieskalana tarciem gumka-myszka…

Jakie to wszystko każdego września było obiecujące! No, w tym roku to będzie inaczej – obiecywałem sobie. Żadnego wychodzenia za margines, żadnego bałaganu w piórniku, od teraz nigdy przenigdy jakiejkolwiek uwagi czerwonym wkładem o braku pracy domowej!

Już od pierwszego dnia po powrocie ze szkoły miało być odrabianie zadanych lekcji, a bujanie się na trzepaku dopiero po wszystkim, a nie odwrotnie jak w zeszłym roku. Mniej gapienia się w telewizor, więcej czytania. Mniej obrabiania dupy bliźniaczkom, mniej pyskowania matce. Więcej słuchania pani.

Jednym słowem od teraz trzeba zrobić wszystko, aby stać się lepszym. A służyć temu ma dyscyplina, dyscyplina i jeszcze raz dyscyplina!

I choć czasy szkolne mam już dawno za sobą, zawsze gdy każdego września wracam kasztanową aleją z jakiegoś pracowego kieratu do domu, pojawia się ta sama myśl, żeby znowu zacząć wszystko od początku: z czystą jak Najświętsza Panienka pierwszą stroną zeszytu, z nieskalaną żadnym błędem gumką-myszką.

O tym, że stoi na stacji lokomotywa

Plan był taki: wysiadam na stacji Hranice Mesto, mimo rozpadających się sandałów i biegunek w szybkim tempie zwiedzam to mesto, obfotografowuję je, a następnie idę na dworzec Hranice Hlavní Nádraží, skąd jadę do Ostrawy, skąd jadę do Czeskiego Cieszyna, skąd idę do naszego Cieszyna, gdzie mam nocleg i punkt sprzedaży kabanosów. Idę spać, a na drugi dzień zwiedzam według planu już od 5.49.

No więc wysiadam i nagle słyszę na całą stację głos konduktorki. Krzyczy, że źle wysiadłem. Że muszę jechać jeszcze jedną stację, do hlavní nádraží, żeby się stamtąd przesiąść na pociąg do Ostrawy. Ja nic, idę według planu w stronę dworca. Ale już wiem, że oni, jakbym był jakąś twarzą kampanii reklamowej kolei czeskich, mnie już kojarzą, że wiedzą, że jeżdżę kolejny dzień z rzędu na promocyjnym bilecie i że gdzieś tam w okolicach Ostrawy, do której zawsze muszę dojechać, mam punkt zborny. Tymczasem drogę zabiega mi zawiadowczyni i tłumaczy, że źle wysiadłem.

No więc znowu: żeby dotrzeć do Ostrawy muszę, mówi, dojechać do następnej stacji, bo z tej w nic się raczej nie przesiądę. Ja jej odpowiadam, że taki miałem plan. Że najpierw fotografuję i kontempluję. Że dopiero potem hlavní nádraží, Ostrawa, Czeski Cieszyn i nasz polski, że 5.49, że kabanosy. Najwyraźniej jednak mój polski jest słabszy niż jej czeski, bo ona mnie nie rozumie. A tymczasem pociąg wciąż czeka, tamta konduktorka wciąż się drze, że mam szybko wsiadać, bo żeby dotrzeć do Ostrawy, muszę się przesiąść na hlavní nádraží, a nie tu, to nie jest właściwa stacja. Pasażerowie machają na mnie, żeby raz dwa wracać, bo im zrobię obsuwę w ich planach, ich kabanosy z mojego powodu im zaraz sprzątną sprzed nosa i przeplatają to oczywiście chórem, że aby dotrzeć do Ostrawy… Zaraz całe České Dráhy staną z mojego powodu, zaraz pokażą mnie w czeskich wiadomościach ze zbliżeniem na dyndający sandał i komentarzem w tle: wysiadł nie na tej stacji, co trzeba, bo żeby dojechać do Ostrawy… Itd., itd.

O siedmiu dniach oszczędności

W Czechach padłem ofiarą własnego sknerstwa.

Skoro zdecydowałem się na „jizdenkę na leto”, czyli promocyjny bilet wakacyjny, obowiązujący w kolejach czeskich przez siedem dni, w grę nie wchodziło dni pięć, ani nawet sześć, ale dokładnie wszystkie siedem. A i w ciągu tych dni tempo było takie, jakbym zamierzał do cna wydoić całą Republikę Czeską.

Mimo wakacji wstawałem o godzinie 4.40, tak aby zdążyć na pierwszy pociąg do Ostrawy o 5.49. Wracałem oczywiście ostatnim. W ten sposób byłem dwie minuty przed zamknięciem Biedronki, gdzie kupowałem paczkę kabanosów, która miała mi starczyć na cały posiłek następnego dnia, tak że ewidentnie drgnęły słupki w segmencie wędlin paczkowanych.

Po dwóch dniach już miałem dosyć. Ale nawet wtedy, gdy pociąg w Ostrawie spóźnił się trzy godziny i w efekcie w Cieszynie byłem o trzeciej w nocy, nie odpuściłem i dnia następnego za dziesięć szósta stałem już na peronie. Nie przeszkodziły też urwane paski w sandałach, rozwolnienia po przeterminowanych kabanosach, deszcze, trąby powietrzne i huragany. Plan został zrealizowany, choć okupiony ogromnym kosztem osobistym.

Jakie to jednak szczęście, że nie zdecydowałem się na opcję biletu czternastodniowego!