O obrazku z lat studenckich

Na widok wciśniętego w blok przejścia łączącego Grochowską z Kickiego ścisnęło mi się serce.  Okazało się bowiem, że wbrew temu, co mówił pan Paweł, tak wiele się nie zmieniło. Dalej jest poczta i szmateks. dalej jest sklep z materacami i ten drugi z chińskimi badziewnymi figurkami, a także outlet znanej marki, gdzie tak samo jak przed laty nie ma żadnego klienta, więc chyba wciąż piorą tam pieniądze. Kolory są wprawdzie intensywniejsze niż pamiętam, jakby ktoś zastosował autokorektę w edytorze zdjęć, ale kompozycja obrazu pozostała nienaruszona.

Nie miałem jednak odwagi, aby wejść w bramę i przekonać się, że dalej też jest tak samo. Trzeba by się konfrontować z babami z warzywniaka, zwanymi popularnie Złodziejkami, lub ich barkiem. Z działem alkoholi na Kobielskiej. Z trasą do źródła oligocenki.

A co jeśli przechodząc obok akademika, zapragnąłbym wejść do środka? Co gdyby się okazało, że na portierni dalej siedzi Pani Pudel, Polsatówa lub Smerfeta? Zamachałbym, a one by krzyknęły: A gdzieś ty się podziewał tyle czasu? Wchodź, wchodź, tylko zamykaj szybko drzwi, bo strasznie ciągnie. I opowiedziałyby mi o zakazanych imprezach w „pokoju cichej nauki”, o detonacji garnków pozostawionych na gazie bez opieki, o zatrzaśniętej w suszarni parze kochanków. I by mnie się jeszcze zapytały, ile egzaminów mam w tej sesji i czy już uregulowałem zaległe opłaty. A potem by sobie przypomniały, że właśnie zaczyna się ich serial: Idź już, idź, nie zagaduj, cholero, bo robotę mam.

Sam, nie wiem, czy gorzej, gdyby czas się zatrzymał, czy też gdyby nic z tego, co pamiętam, tam nie przetrwało. Niech więc zostanie tak jak jest. Lepiej nie wkładać głowy w tę dziurę w płocie, nie sprawdzać, co jest pod drugiej stronie kadru.

O proszkach na pierdnięcie

Z terapeutą trąciliśmy temat samotności. Mówię mu, że mi się znajomości pourywały, choć mieszkają parę ulic dalej. Dodaję, że próbuję czasem dzwonić, ale albo dziecko ząbkuje, albo teściowa przyjeżdża, albo właśnie wyjeżdżamy na snowboard. Fajnie, że się odezwałeś, musimy się koniecznie spotkać, zdzwonimy się. No więc dzwonię znowu po paru latach. I super, że to zrobiłem, ale akurat dzieciak zaczyna się golić i ejakulować, teściowa ząbkuje, właśnie co dopiero wróciliśmy z nart, a w ogóle to  za chwilę się chyba będziemy rozwodzić.

I mówię terapeucie, że przecież się staram, podejmuję różne inicjatywy utrzymujące relacje, ale chyba gdzieś robię błąd. I czekam od niego tej najcenniejszej rady albo że mi po prostu przepisze jakieś proszki, po których wszystko się naprostuje.

I już widzę, jak znowu leżę na tapczanie w akademiku. Już ósmy dzień z rzędu nie byłem na uczelni, ponieważ od ośmiu dni gram w karty, obgaduję po nocach kandydatów na romanse, leczę kaca. Na drugim łóżku leży Gaba i w ogóle się do mnie nie odzywa. Nie mówimy sobie „boję się, że nie jestem dla ciebie ważny”, „czuję się z tobą bezpiecznie”, czy „bardzo mnie zraniłaś”. Zamiast tego z któregoś z nas wydobywa się głośne pierdnięcie i to jest wystarczająca oznaka zaufania i bliskości.

Jest tak jak być powinno. Właśnie wydaliśmy ostatnią forsę na fajki, chleb i papier toaletowy, ale w ogóle się tym nie przejmujemy, bo zaraz się coś wymyśli. Przecież wkrótce wkręcimy się na imprezę, gdzie czekają na nas po kątach różne zlewki alkoholi i wgniecione w parkiet paluszki. Przecież wkrótce przyjadą ze wsi słoiki z bigosem.

Nie mamy pieniędzy, ale za to nie spłacamy rat kredytu. Obce są nam bezrobocia, kryzysy wieku średniego i refluksy żołądka. Obchodzimy szerokim łukiem autoanalizy, machamy ręką na świadomość. Mówię terapeucie, że chciałbym, żeby tak znowu było.

On mi na to, że mam oczekiwania z czasów studiów, a tymczasem wszystko się zmieniło i nie ma powrotu. Trzeba się pogodzić, że tak już nie będzie, przynajmniej do czasu aż teściowa  umrze, a dzieciak się rozwiedzie.

O esencji

- Bo ja się boję, że nie jestem dla pana ważny…

Zdanie to, wydarte, wyciągnięte wprost ze mnie, padło i zawisło w ciszy. Następnie odbiło się od ścian, wróciło z powrotem jak bumerang, po drodze waląc w pysk. I choć wiem, że jest kluczowe, zasadnicze, że zwłaszcza wypowiedziane na terapii, jest takie jak trzeba i nic mu zarzucić nie można, dopada mnie przez kilka dni z rzędu i nie pozwala się opędzić.

Kulawe, niezgrabne zdanie jak świątek na rozstaju. Prawdziwy koszmar pisarza, bo ani to ładne, ani odkrywcze. Gdzieś by się chciało dorzucić jakieś porównanie, jakieś wtrącenie, choć trochę je ubogacić, nadać mu rysu tajemnicy, nieoczywistości, żartu, ale już za późno i nie odkręci się.

Tymczasem czterdziestka na karku. Towarzyszyły jej tysiące lektur, rozmów, spotkań, wrażeń, doświadczeń. Z tej sumy wyszła jakaś tam powiedzmy mądrość. Jakaś biografia zbudowana z rozgałęzień, dygresji, piętrowych składni. Bardzo skomplikowanych, nie do ogarnięcia w jednym sezonie serialu. A tu nagle to zdanie. Proste. Łatwe. Naiwne. Wprost z czytanki elementarza: To dom, mamy, taty, Inki, Doroty i Adama. Tata wraca do domu i Adam wraca do domu. Na ganku stoi mama.

A przecież  trzydzieści kilka lat temu mama ostatecznie zamknęła drzwi. Od tego czasu zaczął się samodzielny bój o starannie pielęgnowany wizerunek osoby zdystansowanej, niezwykłej, wyrafinowanej. Odmierzone pipetą unosi się to wszystko lekko, zmieszane łyżeczką wiruje w tę albo w tę. Ale na samym dnie jak gorzkie fusy to zdanie.

Terapeuta uśmiecha się, z aprobatą kiwa głową, jakby chciał powiedzieć, „no, ku…wa, nareszcie”. Ale ja się boję, że to tylko taka poza. Może się szczypie, żeby się nie roześmiać? Może gryzie się w język, aby nie parsknąć? Może potem na branżowej imprezie, po kliku drinkach zwycięża w grze towarzyskiej pod tytułem „Najbardziej denne teksty naszych pacjentów”. – I on to powiedział tak normalnie? – Może to było ironicznie? – Jesteś pewien, że to nie był cytat z Monty Pythona? – Albo z Allena?

Kiedy wypowiecie na głos takie zdanie pilnujcie się, żeby nie było świadków. Żeby nie podsłuchiwał tego żaden przyjaciel czy wróg. Żaden Bóg żeby nie patrzył na was z góry.

O praskich kapliczkach

W całej Warszawie jest ich kilkaset. Najwięcej na Pradze, gdzie wraz z zabudową przetrwały wojnę. Wznoszone spontanicznie podczas okupacji niosły otuchę, pomagały przetrwać, wzmacniały ducha. Czasem zastępowały katedrę polową, czasem – kaplicę cmentarną.

Teraz stoją w centralnych miejscach podwórek-studni. Strzegą liszaju elewacji, starych mebli przy śmietniku, gołębi, bezpańskich kotów.  Ostały się takie nieco kiczowate, zawieszone pomiędzy wsią a miastem, obciachem i nowoczesnością. Stoją na cokołach, we wnękach między oknami, wiszą na drzewie. Pod jedną daszek, dla drugiej płotek, jeszcze inną zamknęli w półotwartym czymś przypominającym kurnik albo składzik (skąd zresztą wystaje zwinięty rulon dywanu i wiadro).

Każda z nich jest inna. Jedna godna, powściągliwa w szaro beżach. Inna oblepiona świecidełkami, niczym jakaś Madonna z południowych krajów cała na czerwono, niebiesko i złoto. W kwiatach, gałązkach, falbankach. W koronie podłączonej do elektryczności. Z pluszakami i konikiem Pony u boku. Jest i taka, co choć skromna i biedna niczym Matka Teresa, wstawia się za nami z cieniami na powiekach i pomalowanymi paznokciami.

Choć boskie, są przecież takie zwyczajne. Normalne dziewczyny z sąsiedztwa, co nie zadzierają nosa. Może dlatego na jednej z nich, podpisanej modlitwą, zaczynającą się od „O, Mario” ktoś dostawił z przodu „R”, oddając hołd religii, jaką jest futbol.

Dekorowane na Boże Narodzenie, Boże Ciało i z okazji Euro są czymś swojackim, niepodrabialnym, na wskroś warszawskim. Jak flaki czy pyzy.

Mogłyby stanowić znak firmowy miasta, gdyby je odpowiednio opakować piarowsko, zaprząc do gry miejskiej jak jakieś krasnale. Na szczęście nikomu to do głowy nie przyszło, więc żyją i umierają razem ze swoimi paniami Stasiami, Wiesiami, Janeczkami, które je przystrajają, obmywają, strzegą przed złodziejami.

Jest ich jednak z roku na rok mniej, a dostęp do nich coraz bardziej utrudniony. Stają się ofiarą manii grodzenia, domofonowania, rewitalizacji. Po tych ostatnich często nie wracają. Szczególnie gdy po remoncie nie ma miejsca już nie tylko dla liszaju, gołębi i bezpańskich kotów, ale i wiary w moc ocalającą miasto.

O tym, że raz, dwa, trzy, cztery, pięć, osiem

Śniło mi się, że dostałem opierdziel, bo nie zagrałem w lotto i murowana wygrana mnie ominęła.

Po przebudzeniu klepnąłem się w czoło i poleciałem do kolektury. Dobrze się stało, bo właśnie była kumulacja. Już przy wydawaniu kuponu wiedziałem jednak, że nic z tego nie będzie. Liczby już na pierwszy rzut oka były z dupy. Takie coś, że raz, dwa, trzy, cztery, pięć, osiem, co nawet jeśli się sprawdzi, kompletnie nie sprzeda się w telewizji.

Najdziwniejsze jest to, że tak naiwnie odczytałem znaki snu. Przecież jakoś nie biegnę przemawiać na wiecu, po tym jak mi się przyśni przemawianie, nie biorę się za całowanie, jak mi się przyśni całowanie.

O kulturze osobistej

Pamiętaj, że kończy się parasol ochronny, powiedzieli. Nikt już, powiedzieli, nie będzie ciebie osłaniał, bronił, odpierał zarzuty. My nawet palcem nie kiwniemy, abyś nie wylądował na bezrobociu.

Zadrżałem. Przecież jestem taki dziwny, taki śmieszny! Nie umiem się odnaleźć, zachować, ubrać normalnie, przejść przez korytarz bez zaliczenia wtopy. A do tego jeszcze niewdzięczny jestem, niegrzeczny, z kulturą osobistą na bakier.

Tymczasem któregoś dnia trafiłem na stare śmieci pracowe. W kuluarach spotkał mnie ważny dyrektor. Od słowa do słowa, od co słychać, gdzie jestem, co się ze mną dzieje, pod czyim parasolem się schowałem, przeszedł do przekonywania o wyższości siedzenia samemu w pomieszczeniu służbowym:
- Nie zadzwonisz pan, nie odbierzesz. Musisz pan wyjść na korytarz, żeby sobie spokojnie w prywatnych sprawach porozmawiać. Jabłka pan nie zjesz, bo przy jedzeniu jabłka jest taki huk jak przy wybuchu elektrowni atomowej. Wiem, co mówię, bo jak oni jedzą jabłko, to mnie krew zalewa! Ale spróbuj pan sobie delikatnie przytknąć palcem ucho, od razu zauważą. Zaczną zaraz stękać, parskać, przewracać oczami. A ruch powiek to jeszcze gorszy hałas niż jedzenie jabłka. Takie normalnie pierdolnięcie na pół Związku Radzieckiego. Okna pan nie zamkniesz, nie otworzysz. Jednemu będzie wtedy za zimno, drugiemu za gorąco i awantura gotowa. O radiu nawet mowy nie ma! Jeden chce taką muzykę, inny inną, a jeszcze jeden lubi ciszę przerywaną tylko pierdolnięciem gryzionego jabłka. Trzeba więc cały czas uważać, mieć się na baczności, żeby przypadkiem się nie zdrzemnąć czy nie puścić bąka. Koszmar. Serdecznie panu współczuję.

Odszedł, a pode mną nogi się ugięły, jakby gdzieś w okolicy wybuchł reaktor.

A zatem tamci mieli rację. Nie nadaję się. Szczególnie na stanowiska kierownicze.

O nocy muzeów

Na cały obiekt składa się jedna sala wielkości dużego pokoju w bloku. Jest tam wszystko, co powinno: kilka skorup neolitycznych, parę wyblakłych plansz, na których wydrukowano, że książę pan nadał prawa miejskie i przywileje targowe, banknoty z czasów carskich, trochę judaików, ubrania i narzędzia z działu folklorystycznego, broń partyzancka z czasów II wojny światowej, dokumenty, fotografie, ziemia z Katynia, popiół z Oświęcimia, list z podziękowaniem od Jana Pawła. Pachnie linoleum, kurzem i brakiem zwiedzających.

Z kanciapy wypada chłopak ubrany całkiem z warszawska i sam z siebie oferuje oprowadzanie. Stara się wypaść ciekawie i nawet dobrze mu to wychodzi. Jest sympatycznie, niemal rodzinnie. Nic tylko wskoczyć w łapcie z kącika folklorystycznego i z pieśnią na ustach ucierać masło albo w przyrdzewiałym hełmie rozpalać machorkę, grać w karty, modlić się do krzyżyka z chleba.

Zawsze mnie zadziwiały te zapyziałe muzea. Są całkowicie nieciekawe, nienowoczesne, z eksponatami z dupy. Obce są im multimedia i gry terenowe. Nikt ich nie odwiedza, bo nikt w ogóle nie przyjeżdża do miejscowości takich jak Nowe Miasto nad Pilicą. A przecież mimo tego trzeba w nich zamieść i umyć podłogę, odkurzyć plansze, przetrzeć szyby w gablotach. Trzeba włączyć ogrzewanie, zapalić, a potem zgasić światło, zatrudnić chłopaka z kanciapy, żeby czuwał i w razie czego czarował.

A jednak lubię to anachroniczne muzealnictwo w Nowym Mieście, Sochaczewie, Kościerzynie, Rawie Mazowieckiej, Sokółce i gdzie tam jeszcze, gdy historia pokazuje swoją prawdziwą twarz bylejakości, przypadkowości i naiwnej wiary, że to wszystko jednak miało sens.

O tym, do czego nie doszło w Nowym Mieście nad Pilicą

Po tym jak ledwo uszedłem z życiem z Raciąża i Drobina, przysiągłem sobie, że nigdy nie pojadę sam zwiedzać miast poniżej siedziby powiatu. Szczególnie tych mazowieckich, oddalonych o setki kilometrów od zamków krzyżackich, szlaków górskich, parków narodowych oraz punktów informacji turystycznej.

No dobrze, pomyślałem sobie na początku lutego, kiedy wszystkie zorganizowane wycieczki jeszcze nawet nie zostały zapowiedziane na stronach internetowych, a mnie już wędrowniczy tyłek zaczął porządnie swędzieć i wierzgać: ci miejscowi na pewno nie siedzą na tych swoich rynkach w środku zimy, kiedy szyjka butelki przymarza do ust, a bluzg nie może się wydobyć zza szczękających zębów. Na pewno będę mógł sobie spokojnie wysiąść z autobusu i przejść przez miasteczko bez obawy, że ktoś mnie zauważy.

Tak też się stało. Byłem opatulony na zimowo, tak że poza świecącą kurtką, butami z ćwiekami i śmieszną czapką w kolorze wściekły róż nic na tle śniegu nie rzucało się w oczy. Zwiedziłem więc kościół otwarty na czas mycia posadzki, rynek z wystającą z zaspy fontanną, cmentarz, park, krzaki nad rzeką, pocztę i Lidl. Udało mi się zrobić nawet parę zdjęć.

Jestem z siebie dumny, że udało mi się wykiwać w ten sposób suwerena. Myślę, że teraz jako Wielki Manipulator mógłbym już kandydować na stanowisko tamtejszego burmistrza.

O tym, co wolno wojewodzie

Też mam kilka pomysłów. Pierwszy polega na zmianach granic województw. Trzeba na przykład wreszcie przyłączyć ten nieszczęsny Radom wraz z okolicznymi powiatami do świętokrzyskiego, bo jest to województwo zbyt małe i niekorzystnie prezentuje się na mapie. Z tego też powodu opolskie należy całkowicie zlikwidować. Powinno się też utworzyć kilka nowych powiatów, w tym pasłęcki, morąski, miastecki, nowogardzki, gubiński, łapski, noworudzki. Istnieje także konieczność przyznania praw miejskich licznym wsiom. Na mojej liście, bo to że tak powiem mój konik jest, oczekujących miejscowości jest ponad 100 sołectw, takich jak Janów Podlaski, Łagów, Szydłów, Raszyn, Nadarzyn, Sulików, Klimontów, Pacanów, Maciejowice, Pszczew, Sierakowice, Goraj, Turobin, Baligród, Gródek, Otyń i oczywiście Wola Dzbądzka.

Przypominam też, że w Polsce są dwa miasta o takiej samej nazwie: Dobra i Dobra. Należy więc jednej z nich dla odróżnienia dodać jakiś przymiotnik czy że nad rzeką. Z całym szacunkiem, ale głupotą też jest, aby stolicą województwa lubuskiego był Gorzów Wielkopolski, skoro nie leży w wielkopolskim. Trzeba mu odebrać drugi człon i zostawić bez niczego albo zmienić na „Lubuski”. Ewentualnie można zrobić stolicą pełną gębą Zieloną Górę czy jakiś inny Świebodzin. Podkowę Leśną sugeruję sprzedać, a za to kupić Alaskę i jako nowe województwo ze stolicą w Woli Dzbądzkiej przyłączyć do reszty kraju.

Dodatkowo proponuje się (ale kategorycznie, bez głosu sprzeciwu), aby wszystkie miasta miały obowiązek posiadania pocztówki według ściśle określonego wzoru wydanego odrębnym rozporządzeniem i obowiązek ich sprzedaży w punktach czynnych całodobowo.

Trzeba to wszystko uchwalić szybko, najlepiej w nocy, bez żadnych konsultacji społecznych, bez żadnych uzasadnień. Po prostu taka jest chęć wnioskodawcy i jego widzimisię i nie będzie żaden wichrzycielski element mu nic mówił.

Oświadczam, że mogę się tego podjąć jako pełnomocnik rządu albo wiceminister w randze sekretarza stanu, a najlepiej jakiś dyktator geograficzny, ponieważ zjadłem na tym zęby i wiem, gdzie co leży i po co. Od dzieciństwa siedzę w mapie i nawet jedną samochodową przerobiłem na administracyjną kredkami świecówkami. Także teraz jak nie mogę zasnąć, fantazjuję sobie, że dzielę i przyłączam, nadaję i odbieram. Informuję, że mogę również przedłożyć propozycje rozwiązań systemowych obowiązujących na obszarze Unii Europejskiej, a nawet na całym świecie.

Proszę szanownej władzy o rozpatrzenie, a obiecuję, że będę popierał.

O majtkach na stół

Sam nie wiem, czy dobrze się stało, że tamtej nocy pod Sejmem nie zostałem dłużej, żeby kłaść się na jezdni i blokować wyjazd posłów.

Zaległości w alimentach nie mam, bo w ogóle dzieci nie posiadam, żadnych lewych faktur sobie nie przypominam, w Portugalii byłem sam i to autobusem, mógłbym więc jako ofiara represji rozpocząć piękny rozdział opozycyjny.

Z drugiej strony, oczywiście nie jest miło być ciąganym po prokuratorach i tłumaczyć się. Zwłaszcza że tłumaczenia nigdy dobrze mi nie wychodziły i często dla świętego spokoju przyznawałem rację oskarżającym mnie przed panią kolegom.  Mógłbym tradycyjnie w takich okolicznościach cienkim głosikiem powiedzieć tylko „aaaa… eeee… przepraszam, którędy do toalety?” albo po prostu głupkowato się uśmiechać. Tym bardziej że oni w tej prokuraturze mogliby mnie poddać jakimś dodatkowym sztuczkom, po których zaplątałbym się jeszcze bardziej w zeznaniach. Mogliby mnie zacząć szantażować tym, że jeśli nie złożę publicznej samokrytyki, wezwą mnie na kolejne przesłuchanie, które akurat wypadnie w momencie zaplanowanego wyjazdu do Nowego Miasta nad Pilicą. Mogliby mnie straszyć, że mają właśnie moje wszystkie, ułożone alfabetycznie,  pocztówki i nie zawahają się ich upuścić. Mogliby wywlec z przeszłości kompromitujące fakty: kradzież truskawek z ogródka Gulbinowiczowej w wieku lat sześciu, podłożonego gotowca na sprawdzianie z biologii w liceum, zagubionych majtek (o zgrozo, do dziś nie wiadomo, czy czystych) na rozbieranej imprezie w akademiku. Mogliby nawet położyć mi te majtki na stół. Doszłoby więc do tego, że ostatecznie przyznałbym się do próby obalenia rządu za pieniądze moskiewskie, berlińskie czy brukselskie.

Jedno byłoby mi znieść najciężej:
- Panie prokuratorze, jaka nieznana osoba? Jestem znany w kręgach aktorskich i w środowiskach blogerskich. Grywałem epizody mówione, byłem cytowany przez Interię. A do tego w robocie mówią, że za bardzo rzucam się w oczy. Proszę więc mnie nie nazywać „Osobą 22” i zmienić mi zdjęcie z tamtego rozmazanego na Małego Łysego Dziadka. Mam je nawet przy sobie, możemy się wymienić. Pan w zamian odda te majtki.

Na szczęście czy na nieszczęście, zrobiło mi się zimno w nogi i zabrałem się do domu. Ominęły mnie więc te conradowskie dylematy.