Mam czasem takie dni, jak wczoraj i dzisiaj, kiedy
najchętniej bym komuś przyfasolił.
A gdzie statystyczny Polak zazwyczaj
odreagowuje? Przecież nie w pracy. Najlepszym miejscem na wypuszczenie złego
powietrza jest środek komunikacji miejskiej. Ach, tak upuścić z litr krwi z
powodu nadepnięcia na bucik, trącenia torbą! Tak się wziąć za kudły o jedyne
wolne miejsce! Niestety, dzisiaj w autobusie się nie udało.
Drugim dobrym do konfliktu miejscem jest sklep. Właśnie
wchodzę po trzy bułki i śmietanę. Zgrzytam zębami, bo przede mną jak na złość
wielgachna kolejka i, jak na jeszcze większą złość, brak okazji do wyładowania
obu. Ale oto za mną już się skrada układaczka. Wyciąga z wózka
sześć ton kartofli i już się pcha do układania. Nie, nie może poczekać, aż moje
skromne bułki ze śmietaną podjadą dalej, bo jej spieszno. Ona już tu, w
sklepie, będzie rozpoczynać swoje kartoflane puzle. Irysy do irysów,
amerykańskie do amerykańskich.
Znamy takie. Teraz będzie chciała zmieścić to wszystko w
estetycznym rządku na centymetrze kwadratowym taśmy. Zaraz będzie przesuwać, bo
jej się źle ułożyło. Niealfabetycznie. Odmiany jej się poplątały. Proszę,
proszę, nie krępuj się, wsadź mi je na głowę. Zrób se ze mnie planszę,
wykopyrtnij z kolejki jak zbędną bierkę.
Patrzę i czekam aż zacznie przesuwać moje bułki. Przecież
widzę, że już przestępuje z nogi na nogę, już się nieswojo wokół własnej osi
kręci, już ją najwyraźniej ręka swędzi. - Rusz tylko bułki - myślę sobie – a
cię trzepnę iryskiem między oczy. Zarazem się niecierpliwię, z nogi na nogę tak
samo przestępuję, bo się właściwie nie mogę doczekać tego trzepnięcia. A ona,
trzymajta mnie, wyczuła to całe napięcie i dała spokój. Nagle odechciało jej
się układania, układaczce jednej!
Trudno. Widać, nic już dzisiaj nie zdziałam. Przyjdzie mi wściekłym
kłaść się spać. Jeszcze tylko za bułki zapłacę... I wtedy patrzę, a nad głową
kasjerki wisi karteczka, że płacić kartą poniżej dziesięciu złotych nie można.
Jak to? Wczoraj poniżej pięciu, poniżej trzech, za samą śmietanę tylko, jeszcze
można było...
Szukam winnego tej sytuacji, osoby odpowiedzialnej za tę
segregację, za ten rasizm finansowy...
No, mamy cię, kasjereczko. Specjalnie to zrobiłaś! Przyznaj
się, przed chwilą, jak mnie tylko zobaczyłaś, wyjęłaś karteczkę! Bez ogłaszania
tego wcześniej w Monitorze Rządowym! Abym się przypadkiem nie przygotował! I
zaraz ją schowasz, jak zniknę za rogiem! Ja, królowo, nie noszę pieniędzy w pieniądzach, gdyż nie
jestem amatorem gry w pchełki, jak taka, za przeproszeniem, układaczka.
Wyskakuj mi tu z terminalem raz, a dwa!
Tak sobie właśnie w duchu myślę, a nie w duchu próbuję się
jeszcze opamiętać, do dziesięciu złotych coś dobrać:
- Papierosy poproszę, takie a śmakie.
- Nie ma takich a śmakich. Są same śmakie.
Tego mi już było za wiele. W dupę sobie wsadź karteczkę!
Śmakie se tam też wsadź! I podpal wszystko...
I trzaskając drzwiami, bez płacenia, ale i bez śmietany i buł,
wyszedłem ze sklepu jak... nowo narodzony.
Jakoś tak z początkiem roku stanął w Urzędzie zegar. Po czym
zaczął iść do tyłu.
Spoglądam któregoś dnia na tarczę, żeby sprawdzić, ile
jeszcze zostało godzin męki, patrzę: piąta! Jezu, zasiedziałem się dwie
godziny! Nienormalny jakiś jestem, czy co? Była to jednak piąta, ale rano.
Jeszcze gorzej. Bo zanim się zorientowałem, że czas, jak to mówią, ucieka, była
już czwarta. Powinienem kłaść się spać, żeby wstać koło północy. Ale teraz nie
zdążę na autobus dzienny, a nocnym nigdy z pracy nie wracałem… Zwłaszcza
tyłem... Tego jeszcze brakowało, żebym został na noc w Urzędzie!
Teraz, jeśli przyjąć perspektywę tego zegara, mamy nie połowę
stycznia, ale grudnia 2011. Jesteśmy jeszcze (czy „już”?) przed (czy właściwie
„po”?) świętami (ach). Ja właśnie znowu stoję w kilkugodzinnej kolejce do kasy
w Empiku, żeby zwrócić prezent. Stanie jest uciążliwe i aż sam się sobie
dziwię, że po raz drugi mogę to znieść, ale co robić? Trzeba
prezent oddać, bo zaraz będą odbierać świąteczną premię.
Już wkrótce czeka mnie też
zdzieranie tapety, wyprowadzanie się z nowo kupionego mieszkania,
oddawanie kredytu (!), wracanie z podkulonym ogonem do strasznych właścicielek
i współlokatorek. Za chwilę skasuję cały materiał z tego blogu, co ostatecznie odsłoni
bezsens tej roboty. Na domiar złego wcale nie będzie to łatwy proces, za pomocą
klawisza „delate”, ale mozolne usuwanie, niczym gumką myszką, literki po
literce.
Jeszcze raz przejdę przez wszystko w odwrotnym kierunku.
Jeszcze raz przyjmą mnie do Urzędu, a właściwie zwolnią. Jeszcze raz będę
pisał, a właściwie niszczył magisterkę, która nie skończy się jej obroną, ale
relegowaniem na IV rok studiów. Jeszcze raz będę zaliczał, a właściwie oblewał
egzaminy. Nie zdam matury, wyrzucą mnie z
liceum, nie sprawdzę się w pisaniu
rzędów liter „a”, „e” i „m”. Stracę zęby, przestanę trzymać mocz ,
podnosić głowę i chwytać grzechotkę. Będę się tylko darł w niebogłosy, a trzeba
wiedzieć, że płacz wciągany jest nieporównywalnie gorszym uczuciem od tego na wydechu. Na koniec coś mnie złapie za
pępek i wciągnie do czarnej dziury. Straszne!
Potem, ale to już beze mnie: znowu II i I wojna światowa,
rozbiory, grabieżcza polityka Zakonu Krzyżackiego, rozbicie dzielnicowe.
Jeszcze raz ludzkość przeżyje czarną śmierć, najazdy Hunów i wygnanie z raju.
Myślę, że tak może wyglądać zapowiadany na grudzień (ale
którego roku?) koniec świata. Żadna tam trąba powietrzna, żadne trzęsienie
ziemi. Nic się nie urwie, nie spadnie, nie rozszczepi, tylko zacznie się cofać,
kurczyć, aż wreszcie dojdzie do tego momentu, gdy zanikająca materia syknie i
nic po sobie nie pozostawi w głuszy kosmosu. Czy co tam współczesna fizyka
teraz uważa.
No dobrze, powie ktoś, że taka powtórka z rozrywki ma i
swoje dobre strony. Przecież przeszłość nie wyłącznie była zła. Przeżyć jeszcze
raz te wszystkie przyjemności: imprezy, zakochania, podróże, czyż to nie warte
spróbowania, choćby za cenę końca..., początku świata? Czy ja wiem? Tak jeszcze
raz jeść odgrzewany kotlet? Co to za impreza, która kończy się stanem
trzeźwości? Co to za seks, którego kulminacją jest gra wstępna? I co to za
kotlet, po którym na deser dają nam zupę?
Mówią, że to tylko zużyta bateria. Że trzeba wymienić
ją w zegarze i po kłopocie. Tyle że jakbym kiedyś już podobną radę słyszał. I
nawet jakbym o niej już wcześniej pisał... łasip jeinśezcw żuj jein o my...
Miałem iść tylko do Biedronki i kupić sobie tuszonkę w
puszce, marmoladę i skibkę masła, bo na to tylko mnie stać po świętach. Więc
zupełnie nie wiem, jakie licho mnie podkusiło, żeby wejść na handlowe salony.
Nagle wylądowałem w ekskluzywnym sklepie z wyposażeniem mieszkań.
Wchodzę i co ja widzę? Poduszka za pińcet złotych! I to
taka, która stylowo rozpadnie się w pierwszym praniu. O, nie, ja tu nic do swego
mieszkania, do swej przyzby, nie kupię! Zwłaszcza tuszonki i marmolady. Lecz co robić, drzwi za
mną zabrzęczały, personel się od tego zabrzęczenia poderwał od stolików,
podniósł z wersalek, wyszedł z szafy. Oni tu już z nudów umierali, w
państwa-miasta grali, Pudelka na pamięć się nauczyli. Od otwarcia salonu nikt
jeszcze ich nie odwiedził, a przecież najnowsze szkolenie w praktyce
przećwiczyć trzeba. Teraz więc, nie ma opcji, będą za mną łazić i zgadywać moje
życzenia. Bez pytania, z samych sygnałów niewerbalnych będą odczytywać, czy
chcę sofę czy stół. Czy jestem nowoczesnym singlem, wolnym zawodem o hedonistycznym stylu
życia, szukającym pobudzenia ekstrawagancką estetyką, czy klasą kierowniczą,
spragnioną życiowej stabilizacji i zakotwiczenia się w nowoczesnym, choć raczej
stonowanym kolorystycznie, designie?
Jezu, a ja przecież przed chwilą wyszedłem z lasu! Dopiero
co zbierałem chrust, darłem pierze, łuskałem groch, nadziewałem kiszkę
kartoflankę. Z kopania buraków wracam, z przerzucania gnoju, z bicia świni!
Trudno jednak, stało się. Jeśli nie zadają durnych pytań,
tego swojego wkurzającego „w czym mogę pomóc?”, mogę im pomóc. Tymczasem sobie
pozwiedzam.
I tak oto od towaru do towaru, od eksponatu do eksponatu,
schodzę cały sklep. Obejrzałem dmuchaną szafę za sześć tysięcy i stół z nogami
z filcu za dwanaście. Lampę z waty, wieszak z promieni UV, dywan z trzynastu
tysięcy modułów do samodzielnego uplecenia w domu. Sofę nabijaną kolcami i
taboret-gwóźdź. Personel za mną gęsiego, niczym jakaś świta królewska, jakieś,
czy ja wiem, Biuro Ochrony Rządu? Coś tam sobie szepczą do uszu, jakieś notatki
na temat mojego łapania się za głowę, kręcenia nosem, robią. Notują, a lepiej
by pilnowali, czy czego kufają nie strącę, nie zbiję, czy broną wystającą z
kiszeni nie drasnę adamaszku. Już zaczynam się nudzić tym defilowaniem, już pod
kożuszkiem się całkiem pocę i nawet za świnkami, za chrustem w lesie zaczynam
tęsknić. Jeszcze tylko, skoro już jednak tu jestem, wejdę do tamtej, ostatniej salki...
Nagle z windy wielkości mojej kawalerki wyskakuje główny
ekspedient, dwudziestego pierwszego wieku Wokulski, i na mnie się sadzi. Od
razu widać, że to nie jakiś nowicjusz na umowie śmieciowej, stażysta z
pośredniaka, ale fachura z prawdziwego zdarzenia. Jemu szkolenia niepotrzebne.
Wie, że do mnie prosto z mostu trzeba, z grubej rury. I taki przy tym
przystojniacha! Dwa metry wzrostu, uzębienie bieluśkie, krok sprężysty,
wyćwiczony chyba na jakimś wybiegu dla
modeli, bo raczej nie na magazynie. I już stuk, stuk, stuka swoimi
pantofelkami, we mnie czubami namierza. Podchodzi bliżej, gębusię rozdziawia w
uśmiechu i tak jak należało zrobić ze mną na początku, pyta:
- W czym mogę pomóc?
Miałem przygotowane błyskotliwe odpowiedzi na taką okazję,
ale stukot Wokulskiego odebiera mi wszelką parę w gębie. Z nim, widać, nie
przejdą moje fortele prosto z pola. I już chcę się odsłonić, ujawnić swój
status, swój brak orientacji w życiu handlowym miasta, taki finansowy comming
out zrobić, już mam powiedzieć jak pacjent na obchodzie, że nie, nic mi nie
dolega, ja tylko studentom pomagam, gdy jednak decyduję, że... jednak coś
kupię! Trudno, pożyczę u sołtysa, pościemniam w skupie, kredyt wezmę we
spółdzielczym. Za to ci tutaj, z subiektem głównym na czele, cha, cha, niech
baranieją, niech nie wiedzą, jak rozwiązać ten szkoleniowy rebus, w jakim
profilu zakupowym mnie, do niczego niepodobnego, umieścić.
Zastanawiam się, co by tu wymienić, żeby mnie jednak nie
wyeliminował w przedbiegach brak zdolności kredytowej we spółdzielczym. Poduszka
odpada, sofa ze stołem tym bardziej. Może jakiś śmieszny kieliszek do jajka za
jedyne 399 złotych? Może nożyk do masła ze stali nierdzewnej, z powodu
noworocznej obniżki sto złotych tańszy?
- Macie... - jakam się - może... otwieracze do tuszonki? Najlepiej filcowane? Albo chociaż podświetlane fluorescencyjnie?
Uf... Nie mieli.
Ciamajda postanowiła sobie pomalować to i owo farbą olejną.
Niestety, nikt jej nie powiedział, że potrzebny będzie rozpuszczalnik. Tego nie
było na polonistyce.
Patrzy się Ciamajda na pierwszy pasek w kolorze niebieskim i
z radości aż podskakuje. Ładny ten pasek. Teraz będzie następny, jeszcze
ładniejszy, bo robota się w rękach pali. Chce Ciamajda zmienić kolor, więc co
robi? Ano idzie, tup, tup, tup, do łazienki. Odkręca wodę, kap, kap, kap, z
kranika. Lecz co to? Wszystko się porozbryzgiwało! Chlup, chlup, chlup... Wanna niebieska,
kafelki niebieskie i słuchawka
prysznica. Teraz te wszystkie plamy trzeba usunąć ręcznie, martwi się Ciamajda.
Ojej, ręce też niebieskie! I ręcznik! I głowa od drapania się w nią. Nic tylko
iść na skrzyżowanie wlepiać mandaty.
I jak teraz pójść spać? Jak dotrwać do rana w bezruchu?
Jakiej tu ostatniej deski się chwycić, by nie zmarnować ratunku? O, matulu,
przecież jutro Trzech Króli! Wszystko będzie pozamykane... Przyjdzie czekać
półtorej doby z rękami w górze.
Co robić? Na pogotowie?
Miała być
towarzyszką doli i niedoli, powiernicą tajemnic, ostatnim kołem ratunkowym
w razie czego. Krwią i blizną ślubowała
wspierać przy kawusi. Obiecywała chodzić z tobą po sklepach, po lekarzach i na
Powązki. No i masz! Wszystko szlag trafił, gdyż właśnie została matką! I to nie
byle jaką. Matką z ambicjami. Arcymatką. Główną Matką Kraju.
Przez
najbliższe dwa i pół roku nie będzie odbierać od ciebie telefonów, odpowiadać
na maile. Może ją złapiesz gdzieś na portalu o kolkach i zatwardzeniach, na
ostrym dyżurze z ząbkowaniem, tamującą wózkiem wszelki ruch na rondzie Matki
Sybiraczki.
Jeśli po
tym czasie zdecyduje się wreszcie z tobą spotkać, będziesz musiał najpierw
przedrzeć się przez stos korespondencji na temat układu dyżurów w baby roomie,
propozycji zabaw edukacyjnych, obostrzeń dotyczących kontaktów z otwartym
ogniem, kompozycji dziecięcego menu. Może więc jednak spotkanie u niej – na
oswojonym terenie, w bezpiecznej dla dziecka zonie? Zanim dotrzesz do jej
mieszkania, będziesz musiał przejść przez matę dezynfekcyjną, przez szkolenie z
BHP, przez testy epidemiologiczne. A i tak, kiedy przeczołgasz się już przez te
higieniczne zasieki, zamiast
serdecznego „kawę czy herbatę?” przywita cię wrzaskiem „umyłeś ręce?!”. Poczęstuje cię przecierem z marchwi, sokiem
z rzepy, paćką z brukwi. Supermatka, która jeszcze wczoraj nie miała obiekcji,
aby na przystanku walnąć z gwinta gorzką żołądkową, dzisiaj z zapałem neofitki
truć ci będzie o zdrowej żywności i ekologicznej dzianinie. Nie narzekaj jednak,
bo i tak masz dużo szczęścia: Supermatka na ogół wszystkich samotnych mężczyzn
kręcących się wokół jej Superdziecka, wszystkich tych patologicznych wujciów,
potencjalnych pedofilów, na dzień dobry częstuje cyproteronem.
A teraz
zachwycaj się postępami maleństwa w chodzeniu, podskakiwaniu na kapciu z
pomponem, konsumowaniu papy bez zrzutów na śliniak. Wrzeszcz peany na całe
gardło, klaszcz, aż ci łapy odpadną. Zdawkowy komplement Supermatki nie
zadowoli. Niech ci, broń Boże, nie
przyjdzie do głowy krytykowanie jej metod wychowawczych. Ani się waż truć o
tożsamości osobistej, o autonomii jednostki! Supermatka ma w małym palcu
publikacje o rozwoju wczesnodziecięcym i wie, że co najmniej do dziesiątego
roku życia maleństwa potrzebują socjalizacji – dziewczynki uwielbiają różowe, a
chłopcy niebieskie.
Choć jeszcze niedawno zaczytywała się w Sylwii Chutnik, ze
sztandarem emancypacji wycierała się po niejednej manifie, choć przysięgała, że
się nie da zamknąć w stajence przy żłobie, dziś oto staje na straży reakcji.
Nagle, niczym święty Paweł w spódnicy, doznaje objawienia i staje się samiuśką
madonną z dzieciątkiem – tak jej się poród rzucił na mózg!
Czasem w
przerwie między malowaniem pierników a dmuchaniem balonów Supermatka spyta cię,
co u ciebie słychać. Pytanie tylko hipotetyczne, gdyż twoja miednica sama mówi
za siebie. Słabo wykształcona w procesie ewolucji nie daje przecież żadnych
szans na szczęście. Nie zaprzeczaj.
Supermatka po uszy zanurzona w socjalizacji, nie wejdzie w żadne niuanse. Dla
niej różowe to różowe, a niebieskie to niebieskie. Nigdy nie zrozumie, że na
przykład pogodziłeś się z bezpłodnością, impotencją, z syndromem zanikającego
jądra. Do głowy jej nie przyjdzie, że masz inne, nieprokreacyjne, upodobania
seksualne, a nauka jeszcze nie poszła tak daleko, żeby mosznę zaadaptować na
macicę. Przecież jej aktualna idolka, Najświętsza Panienka, powiła
niepokalanie, siłą modlitwy samej! No więc, hallo, można jeśli tylko się chce?
Ze
swej planety patrzy na ciebie z odrazą, przemieszaną z politowaniem. Jakby
czuła tym swoim siódmym, matczynym zmysłem, że siedzi w tobie wieczne
dziecko - niepogodzone z konkurencją, z nagłym odstawieniem od cyca.
Czy ktoś mógłby tym oszołomom z magazynów wnętrzarskich
powiedzieć, żeby dali se siana i nie wciskali ludziom kitu? Nie ma w całym
mieście stołecznym Warszawa i jego przebogatej ofercie handlowej ani wieszaka w
kształcie poroża, ani futrzanego obicia na drzwi w kolorze lekko musujący róż.
Nie ma nawet głupiej drewnianej drabiny jednostronnej czy sieci rybackiej o
rzadkim splocie. Skąd oni to biorą, pytam się? Po jakich środkach halucynogennych
piszą te swoje, pożal się Boże, artykuły? Takie niestniejące akcesoria,
dziękuję bardzo, to ja sobie sam mogę na blogu trzasnąć! Z pocałowaniem ręki! I
jeszcze potem je komuś sprzedać, bo jak widać na załączonym obrazku, głupich
nie sieją.
A teraz postulat drugi, niejako zbliżony, w sprawie którego też muszę zabrać głos, bo inaczej
mnie zaraz pewna choroba strzeli...
Kto wymyślił tyle pędzli? Do drewna, do ścian, gładzi,
sradzi? I jeszcze do pięćdziesięciu tysięcy innych powierzchni? Prostych,
skośnych, łopatkowych, kaloryferowych, owakich, srakich i nie wiadomo jakich?
Jakie lobby budowlane chce, abym w sezonie przeziębień ganiał w kurtce puchowej
od alejki do alejki, spocił się, oblał na policzkach lekko musującym różem
i po dwóch godzinach bezsensownego
zastanawiania się nad metodyką malowania pawlacza śmierdzący wyleciał bez
niczego?
Niech się tym ktoś, najlepiej jakiś rząd, zajmie! Inaczej o wszystkim dowie się Kim Dzong Un!
Nastrój
świąteczny kończy się u nas gdzieś w połowie grudnia. Wtedy matka odurzona
reklamami coca-coli, poinstruowana serialami, wstaje od telewizora i mówi:
-
W tym roku u nas będzie tak samo!
Żadnego
oglądania telewizji, żadnego uciekania do swoich pokojów. Będzie czekanie na
pierwszą gwiazdkę, śpiewnie chórem kolęd, czytanie ewangelii, talerz dla
nieoczekiwanego gościa i dwanaście dań. Cisza, skupienie, łzy wzruszenia i
pomaganie we wszystkim matce!
-
Palec pod budkę, bo rozdaję role! Tobie, Marcinku, przypadną kwestie
grzecznego, uczynnego syna, do mycia okien, sprzątania schodów i siekania
sałatki przysposobionego.
Mniej więcej po dwudziestym grudnia punkt za punktem
wypada ze scenariusza. Syn Marcin, prywatnie Proszę Princea, nie zwykł uwijać
się ze ścierką, więc schowany za choinką czyta książki. Siostry u fryzjera,
kosmetyczki, krawcowej myślami są już na balu sylwestrowym. Brat zajęty
najnowszym romansem. Ojciec w kotłowni
próbuje przeczekać czas do Trzech Króli. Zaczynają się nieoczekiwane nadgodziny, posiedzenia rad nadzorczych, awarie głównego
reaktora jądrowego, szczyty eurolandu. Sorry, matka, ale nie mamy czasu.
Właśnie ratujemy karpie, sprzedajemy świece Caritasu, z betlejemskim
światełkiem pokoju lecim. Z kuchni, gdzie mieści się świąteczny sztab
dowodzenia, słychać więc coraz głośniejsze zawodzenie. Matka czuje jak jej się
wymyka wymarzona wizja rodem z kampanii społecznej o szyderczym tytule „Święta
cieszą tylko w rodzinie”.
Najgorsza
jednak jest wigilia. Jeszcze przed jej rozpoczęciem, z samego rana, puszczają
komuś nerwy. Ktoś z kimś się kłóci. Ktoś trzaska drzwiami. Ktoś wychodzi z domu
i zapowiada, że już nigdy jego noga, tfu!, tu więcej nie postanie. Najczęściej,
niestety, jestem to ja z bratem. Nic
nie poradzimy, że akurat wtedy przypomina nam się krzywda z 1986 roku,
nadepnięcie na odcisk w 1991. Tyleśmy to lat tłumili, a dzisiaj, no popatrz,
przelało się! Matka mówi wtedy:
-
Pogódźcie się, niech chociaż raz w roku będzie u nas jak u porządnych ludzi.
Co
tylko zaognia sytuację.
Świąteczny
nastrój mogłyby uratować siostry, pod warunkiem, że byłyby punktualne.
Co
roku matka wyznacza godzinę, pod groźbą wydziedziczenia, nieprzekraczalną.
Nauczona doświadczeniami poprzednich wigilii, z roku na rok przesuwa ją jednak
na coraz późniejszą. Ale nie ustąpi, by być drugą albo, nie daj Boże, pierwszą!
Co to, to nie! Zna zasady mnemotechniczne i wie, że tylko ostatni odcisną się w
pamięci. A przecież matka nie jest jakąś tam teściową, jakąś Danuśką, Jadźką, do której można wpaść na
chwilę, w antrakcie tak zwanym. U niej nie szatnia, gdzie się z płaszczami w tę i we w tę lata. U niej się biesiaduje, kołysze w rytm „Lulajże, Jezuniu”, robi
falę meksykańską przy „Przybieżeli...”. A do tego jeszcze...
- ...w tym roku po raz pierwszy będzie czytanie ewangelii,
dwanaście dań i śpiewanie wśród nocnej ciszy, które widziałam u Mostowiaków i w
„Barwach szczęścia” i takie same chcę dziś naszykować. Więc, drodzy moi, nie
siedźcie długo u Danusi, u Jadzi, bo możecie przegapić ten epokowy moment, tego
gwoździa programu, tę wigilię wszechczasów.
Czekamy
więc wściekli i głodni na jedną siostrę, drugą siostrę, na szwagrów obu, na
słodziuchne twarzyczki ich dzieciaczków, z których, nikt nie ma wątpliwości,
kiedyś wyrosną terroryści. Czekamy i czekamy, aż niemal z nudów zaczynamy się
godzić z bratem. Tymczasem zostaje uruchomiona gorąca linia telefoniczna. W
kuchni zbiera się sztab zarzadzania kryzysowego. Matka wie, że nasza
mobilizacja trwać nie będzie wiecznie:
-
A co wy tam jeszcze u Danusi, u Jadzi robicie? Tyle się człowiek przy garach
nastał, naszykował... Zaraz wszystko będzie takie zimne, wszystko takie
trujące!
I
następuje ponaglanie, przemawianie do rozsądku, grożenie anatemą, wysyłanie
umyślnego do Danusi, nasyłanie upierdliwych kolędników na Jadźkę. I dalej
wypatrywanie, denerwowanie się, dreptanie od okna do okna. Wreszcie, przed
dwudziestą, wszyscy się zwalają na raz.
Wrzask, rumor, darcie ryja:
-
Ja tam siedzę!
-
Nie, właśnie, że ja!
-
Ale ja nie chcę koło niego!
-
Mamo, on mnie szczypie.
-
Bo on, aua, we mnie rzuca karpiem.
-
Oddawaj pilota!
-
To ty oddawaj!
-
Przełącz, ty pedale!
-
Ale ja chcę bajkę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
W
końcu wśród takich zamieszek, siadamy wszyscy do stołu. Późno, w środku nocy
niemal. U porządnych ludzi na całego trwa już zmywanie.
Zaczyna
się teraz, ding, dong, ckliwa opowieść wigilijna? Akurat! Ścisk, tłok,
prawdziwa masakra piłą mechaniczną. Ktoś w wazie, ktoś inny na półmisku z
karpiem. Pogruchotane kości, wybite łokciem oko, zmiażdżona śledziona, a tu
jeszcze miejsce dla niespodziewanego gościa trzeba znaleźć! Jakiego, kurwa,
znowu gościa? Nie ma miejsca na bigos, na kompot z suszu, na babkę z dziadkiem,
gdyby żyli, miejsca nie ma, a tu chcą jeszcze kogoś zapraszać? Może jakąś parę
rumuńskich przybłędów na osiołku? Może jakichś brudnych uchodźców z Palestyny?
Do kuchni z tym talerzem, a już! Jak przyjdzie niespodziewany, to sobie zje z
psem przy szafce...
Nie ma wątpliwości, że ktokolwiek by się odważył przyjść
wówczas do naszego domu, nawet gdyby był papieżem samym, nawet Prymasem
Tysiąclecia, zostałby, choć to nie Wielki Piątek tylko Boże Narodzenie, z
pewnością ukrzyżowany.
Tymczasem
ktoś krytykuje obrus. Ktoś inny zauważa, że znowu nie ma sianka. W
tym momencie jak zwykle wybucha bezsensowna dyskusja o tym, czy u porządnych
ludzi sianko jest na obrusie, czy pod nim. Dochodzi niemal do rękoczynów, do nocy
świętego Bartłomieja, do wojny trzydziestoletniej niemal, choć wyniku tej
dysputy o dogmatach samo sianko i tak się nie pojawi. Wreszcie jest
poszukiwanie Biblii i raban wielki, że znowu nie można znaleźć. Następuje teraz
moja wielka chwila zemsty za poniewieranie mnie myciem schodów i niewolnictwo w
kuchni. Z satysfakcją przypominam, że nie ma i nigdy nie było w naszym pobożnym
domu Nowego Testamentu. Są tylko
„Sekrety Fatimy”, „365 dni z Ojcem Pio” i album o papieżu. Matka na to sprytnie zmienia temat. Zauważa,
że przy stole wciąż nie ma ojca. Natychmiast włącza syrenę alarmową w głosie,
co jego szybkie ściągnięcie z kotłowni powoduje. Towarzyszy temu naleganie,
żeby się przebrał w czyste, jak u porządnych ludzi bywało, ubranie. Ojciec na
to w płacz i krzyk, że nie, że on lubi takie śmierdzące i z dziurą. Na koniec,
kiedy wydezynfekowany na chybcika gramoli się do pokoju, okazuje się, że trzeba
wciągnąć brzuchy z pokiereszowanymi śledzionami, obolałe łokcie przysunąć
bliżej siebie, żeby miał gdzie usiąść. Następuje też przyniesienie z kuchni
nakrycia dla niespodziewanego, gdyż nie tylko miejsca, ale i talerzy brakuje.
Wreszcie
przychodzi najgorsze: dzielenie się opłatkiem. Pierwsza z życzeniami wyskakuje
jak zwykle matka. Właśnie zaczęły się „Wiadomości” i pan pod krawatem tak
pięknie mówi do pani w koronkach. Matka nie chce być gorsza. Życzy, ale jakby
klątwy rzucała: żebyś miał, synu, dalej pracę, wreszcie się ożenił i ulżył
matce w obowiązkach. Po niej swoje dorzuca ojciec, który jak co roku życzy wszystkim,
a w gruncie rzeczy sobie, żebyśmy mieli węgiel na zimę. Teraz przychodzi nasza
kolej. Wszędzie słychać jak echo „i wzajemnie”,
lecz brzmi to jak „spierdalaj”. Wreszcie na stół trafiają dania, z których
przynajmniej jedno jest przypalone.
-
Jak przypalone jak nieprzypalone? - mówi matka z coraz wyraźniejszym fochem.
I
chociaż widomo, że krytykować nie wolno, bo inaczej obraza i kara śmierci przez
zagłodzenie, dalej brniemy w te bezproduktywne dialogi. I dawaj, że przypalone.
-
W przyszłym roku sami sobie będziecie gotować - matka na to, wyraźnie już
pogodzona z porażką, za to zadowolona, że jednak będzie to jej główna,
świąteczna rola, gdyż właśnie zaraz, o, tu, przy kuchni, gdzie miało być
miejsce dla niespodziewanego, pożegna się z niesprawiedliwym światem i
wyciągnie nogi, psując nam żałobą zabawę sylwestrową. I zabiera półmisek z tak grobową miną, jakby sobie wałówkę do
trumny szykowała. Na szczęście kwaśną atmosferę przerywa hasło: prezenty!
Co roku matka powtarza, że w tym roku prezenty tak jak u innych ludzi będą
dawane pod koniec kolacji, dopiero gdy wszystko z talerzy wymieciemy, a nie na
samym początku pierogów, w samym środku barszczu. I co roku ktoś wbrew
scenariuszowi nie wytrzymuje: dajmy te prezenty, przynajmniej będzie spokój.
Nigdy, powtarzam, nigdy nie ma spokoju. Wręcz przeciwnie, najgorsze się
zaczyna:
-
Ja też chcę taką!
-
Nie dam!
-
Oddaj, ty pedale, to moje!
-
Mamo, ona, mi zabrała!
Dorośli
siedzą jak przed egzekucją. Każdy boi się zajrzeć pod choinkę. Bo jakież to rozczarowanie
w tym roku odkryje? Sześciopak skarpet, które puszczą w szwach, zanim
nadejdzie nowy rok? Komplet slipek w kolorze sraki? Krawat, zdatny tylko do
tego, żeby się na nim powiesić w nadchodzącą noc sylwestrową? Nie daj Boże,
kapcie? O nie tylko, nie kapcie! Kto je kupił? Szybko, odpowiadać, kto mi zepsuł święta? No, tak. Brat. Co za świnia.
W
tym momencie ojciec, który nie znalazł pod choinką, tak jak marzył, tony węgla,
już nie wytrzymuje i wyciąga pół litra, przeznaczone dopiero na pierwszy dzień
świąt. Atmosfera się rozluźnia. Kompot, cha, cha, cha, się rozlewa na obrus.
Rękaw koszuli ląduje w śledziach. Trwała siostry się przekrzywia. Polać mu,
polać mu jeszcze. I przynieś matka tej spalenizny, bo jak wiadomo, węgiel
(węgiel! a jednak!) dobrze robi na trawienie. Wszystko wszystkim smakuje,
wszystko udaje się jak zaplanowane, nawet nietrafiony obrus oblany zalewą
śledziową już się wszystkim podoba.
Zaczynają się wreszcie gry i zabawy. Opowiadamy sobie śmieszne historie z
przeszłości, co roku te same. Z tym jak myłem nogi w słoiku wyskakuje brat. Ja
mu się wtedy odwdzięczam i przypominam, jak spalił szafkę w kuchni albo jak
wdepnął w gówno. Wszyscy w brech i pod boki. 2:1 dla mnie!
Teraz
zbliżamy się do końca programu, którym nie jest jednak tłumne wyjście na
pasterkę. Następuje chwila zawieszenia, skubania mokrego obrusa, pokładania się
po stole, spoglądania w telewizor. Pan pod krawatem już się nie przełamuje z
panią w koronkach. Teraz leci film. Wszyscy z zazdrością patrzymy na Kevina,
który właśnie polewa frytki keczupem. To już kolejne święta, a on,
szczęściarz, znowu sam w domu!
Z całego tygodnia najlepszy jest piątek. A z całego piątku
najszczęśliwszych jest tych dwadzieścia kilka minut jazdy autobusem. Wiadomo:
wolność! Wolność i swoboda! Czujemy się jak ta rezerwa, która wraca do cywila
po czterdziestogodzinnym poligonie.
O, jak my wtedy kochany życie! Jak my bardzo pogodzeni
jesteśmy ze sobą i światem! Zaraz przecież wszystko się odmieni. Nie ma co, jak
tylko zamkniemy za sobą drzwi mieszkania, weźmiemy się za siebie ostro. Najpierw uporamy
się ze sprzątaniem. Umyjemy okna, wyszorujemy kibelek, powiemy „stop” osadowi
na wannie! Jakże miło nam będzie wziąć się za ścierkę i ze śpiewem na ustach
utrącić łeb wielotygodniowemu zapuszczeniu. Wyprasujemy też cały ten barłóg, który się zebrał w rogu
pokoju. Natychmiast! Za jednym podejściem! Wreszcie – coś i dla ducha:
przeczytamy tych kilka książek, których autorzy są do wymówienia trudni, tytuły
długie i nudne, a kształty ogromne i niewygodne. Raz, dwa, trzy uwiniemy się z
napisaniem dziewiątego rozdziału naszej powieści, który od marca Anno Domini
2010 zatrzymał nas w tworzeniu arcydzieła. Wierzymy, że ruszenie dziewiątego
przetka ten mentalny zator i dalej już gładko nam pójdzie napisanie kolejnych
dwieście. Żeby nie było, że jesteśmy takie odludki, spotkamy się też z
przyjaciółmi. Jeśli się nie spotkamy, bo akurat ich chwilowo nie mamy, poznamy
nowych, gdyż bardzo wierzymy w swoje aktualne zdolności relacyjne, które do tej
pory, do tej przejażdżki autobusem, nie miały możliwości się ujawnić. W niezapomnianej atmosferze śmiechu i wzruszenia
zrobimy więc kolejny krok w naszym rozwoju emocjonalnym. Pójdziemy wreszcie na
spacer do lasku bródnowskiego, by wdychać świeże powietrze, ładować akumulatory
i duchowo jednoczyć się z fauną i florą. Jednym słowem w ten to weekend
nadrobimy zaległości z ostatnich trzydziestu kilku lat.
To jednak dopiero w sobotę, gdyż piątek jakoś zbyt szybko
się nam kończy...
Zamiast spaceru po lasku bródnowskim szwędamy się bez sensu
po mieszkaniu. A to oglądamy sobie stopy, a to bawimy się spuszczaniem wody, a
to wpadają nam w oko na przykład... nożyczki. Potem patrzymy na zegarek i... o
Jezu, dwudziesta druga! Nic już właściwie nie zdążymy. Nie opłaca się wyjmować
zmiotki, podłączać odkurzacza, szukać zakładki w książce. Co, okna może mamy
teraz do mycia otwierać? Po ciemku, kiedy łatwo przez nie wypaść? Możemy, co
najwyżej odpalić komputer. Jednak nie po to, aby męczyć się z powieścią. Do
niej potrzebujemy świeżości, zapału, mocnego odbicia się z kopyta, a nam się
już troszeczkę jakby spać chce. Więc sobie tylko ździebko posiedzimy w sieci,
na pierdułkach, duperelkach miło spędzimy tę resztę wieczoru. Siedzimy jednak
godzin wiele, bez limitu, bo jednak, bez przesady, zasłużyliśmy na trochę
rozrywki w tym dniu naszej wolności i nowego początku. Wszystko, bez obawy,
wykonamy w sobotę i niedzielę, które, żeby się wyrobić, będziemy rozciągać jak
gumkę w majtkach.
W sobotę budzimy się jednak późno. Potem dużo czasu nam
schodzi na oglądaniu lecącej z kranu wody i bawieniu się nożyczkami. Kiedy
wreszcie jesteśmy zwarci i gotowi, aby wykonać plan, nagle jakieś licho nam
szepcze do ucha, że może by tak na chwilę, na jedno mgnienie zaledwie, wziąć do
ręki pilota. No, tak! Właśnie lecą „Kuchenne rewolucje”, których właściwie nie
lubimy i oglądać nie chcemy. Dzisiaj jednak postanawiamy się przed czekającym
nas ogromem pracy wstępnie rozerwać, przynajmniej do pierwszej przerwy na
reklamy. Oglądamy jednak całość, bo nie wiedzieć czemu, wciągnęły nas te nie
nasze rewolucje. Potem, żeby mieć pojęcie o tym, co się w świecie dzieje,
oglądamy „Fakty”. Następnie, żeby sobie lepiej utrwalić, co się dzieje,
oglądamy „Wiadomości”. Jakoś tak się dziwnie składa, że zaraz po nich jest „Mam
talent”, który uznajemy za program ogólnie zły i niepotrzebny, ale jako umysły
krytyczno-refleksyjne, go śledzimy, żeby potem móc stawiać trafne diagnozy współczesnej kulturze blichtru i pustki.
Spokojnie, to zaledwie dwie godzinki, nic się nie stanie. Okien może nie
umyjemy (bo znowu ciemno), ale z dziewiątym rozdziałem ze sporym zapasem
czasowym śmiało w planie się zamkniemy. Nie ma się w końcu co śpieszyć, bo wiadomo, że pisarze na ogół zaczynają późno swoją pracę. Przecież sowa, coś
tam, coś tam, przylatuje o zmierzchu. Czy jakoś tak...
Później jest już jednak późno i sobie tylko latamy z pilotem
po kanałach. Nie denerwujmy się jednak: jutro wstaniemy skoro świt. Są przecież
i tacy pisarze, którzy raczej zaczynają wcześnie. Czy jakoś tak.
W niedzielę ledwo wstaniemy i obejrzymy powtórkę „Mam
talent” oraz puchar świata w Engelbergu, a już jest obiad. Jemy go nerwowo. Z
trudem przełykamy danie... Już czujemy na plecach ten nieświeży oddech
poniedziałku. Już jutro przecież rezerwa wraca z cywila. Znowu trzeba się
będzie męczyć, dręczyć, wstrzymywać do następnego piątku ambitne plany. Więc żeby nie myśleć, żeby się nie dręczyć, nie męczyć, żeby już zapomnieć o
mijającym nieudanym boju, posiedźmy sobie, pliiiiiiiiiiiiiis, w internecie!!! I
jeszcze, zanim wyjmiemy z tego barłogu w rogu coś do założenia na jutro,
obejrzyjmy sobie na deser „Szansę na sukces”, „Na dobre i na złe”,
„Ugotowanych”, „Fakty” z „Wiadomościami” i – no, to już naprawdę trudno, niech
będzie! – ten program, w którym znowu bez nas tańczą.
Na szczęście – za pięć dni znowu piątek!
Naprawdę starałem się. Najpierw udawałem, że nie widzę. Potem, że tolerancyjny jestem, ekologicznie oświecony, odporny na gospodarskie uprzedzenia. Próbowałem nawet oswoić, zaprzyjaźnić się, podejść personalnie.
Przecież Eugeniuszem Karolem nazwałem tego dużego, co na desce klozetowej
każdego ranka mnie witał. Marią Luizą ochrzciłem jego małżonkę, starą karaluszycę, występującą nieco z boku, na
spłuczce. Taś, taś, wołałem, do mnie, do mnie, ścierwa moje kochane! Gospodarz wam
teraz żryć da, pańcio was na spacer po obrzeżu wanny weźmie. Miałem nawet nieśmiałe
nadzieje, że uda się je wyszkolić, aby gazetę w zębach przynosiły, aportowały
kapcie, czułkami z radości machały, gdy z pracy będę wracał. Odpowiednio
przysposobione, mogłyby podnosić alarm na wypadek przyjścia kogoś ze
spółdzielni, przestrzegać przed komornikiem, odstraszać księdza po kolędzie.
Kto wie, może mogłyby nawet, jak ten pies, co jeździł koleją, ratować
nieszczęśników przed wpadnięciem do kanalizacji? A potem odbierać za moim
pośrednictwem gratulacje, dyplomy, ordery?
Jednak horyzonty mam zbyt ciasne, w zbyt wielkiej niewoli
konwencjonalnej estetyki się znajdujące. Psinę bym przygarnął, nad kotkiem się
ulitował, karalucha za to postanowiłem się pozbyć. Obrzydzenie wzięło górę.
Obrońców praw zwierząt pragnę jednak uspokoić: nie będzie gilotynowania klapkiem,
przypiekania nad gazem, trucia Cyklonem B!
Karaluchy to podobno stworzenia o bardzo rozwiniętej
świadomości społecznej. Wydzielają feromony, które rozrzucają po mieszkaniu razem z kupką. Znaczą teren. Ale nie tak jak psy, które dają do zrozumienia: to
mój rewir, nie wchodzić, zakaz wstępu. Te, przeciwnie, zwołują się: Ej,
chodźcie wszyscy do Rzymskiego! Fajnie jest, ciągle coś się dzieje. Gospodarz
tak śmiesznie przejęty sobą. Przebiera się ciągle, w lustrze przegląda, do
bloga gada. Niezły pajac, ale nieszkodliwy.
Dlatego teraz, aby się pozbyć niechcianych gości, udaję
nieatrakcyjnego. Nie śpiewam, nie deklamuję, nie podskakuję znienacka. Leżę
tylko nieruchomo na łóżku. Czasem okiem przewrócę, ręką się podrapię.
Wstanę, coś zjem, podniosę żaluzje, pogładzę tapetę, opuszczę żaluzje – żadna
atrakcja. One jeszcze zaglądają, jeszcze wierzą, że to tylko taka chwilowa
zniżka formy, ale już bez specjalnego entuzjazmu. Frekwencja z dnia na dzień
siada. Teraz więc czekam, aż się całkiem rozniesie, aż fama po osiedlu pójdzie,
że u mnie lokal spalony, że nic się w nim nie dzieje.
Nie wiem, czy dobrze robię. To mogła być jedyna okazja na popularność,
jedyna szansa na bycie w centrum zainteresowania.
Wiesz, mówię do Rumsztyk, nawet gdyby nikt nie zaglądał do
tego mojego bloga, ja i tak bym go czytał. Czasem to nawet lubię sobie zrobić z
nim taki chłopacki wieczór. Przewertować jeszcze raz w całości, od początku.
Popieścić się, poprzytulać. Żadnych wrogów, żadnych nieprzyjaciół. Tylko ja i
mój blog. To lepsze niż onanizm.
Na przykład śledzę notkę ze stycznia 2010 roku i aż
podskakuję na krześle, bo wiem, że za chwilę będzie ulubiony fragment. Trącam
go wtedy w nieistniejący bok i krzyczę: o, teraz, teraz uważaj, zaraz będzie
najlepsze!
Oczywiście, są takie momenty, kiedy mamy ciche dni, a nawet
takie, kiedy nie możemy na siebie patrzeć. Odwracamy się wtedy do siebie
plecami i nic nie mówiąc w czułe miejsce wysyłamy strzałę szantażu: bo odejdę! Twitter się za mną ogląda, Facebook zaczepia...
Zawsze się jednak w końcu godzimy, przepraszamy, jeszcze
mocniej do siebie przywieramy.
Ciągle jeszcze mnie nie nudzi, ciągle zaskakuje. Nie tak jak na pamięć
już znana, czytana przed snem praca magisterska.
Dlaczego jest tak, że jak tylko jedna kreatura zniknie z
powierzchni ziemi, zaraz na jej miejscu pojawia się następna, jeszcze gorsza?
Wielkiego Wychowawcę szlag trafił, więc wydawało się, że
teraz czeka nas nagroda za lata poniżania. Nastąpi ogłoszenie wyników, zamiana
łapci na pantofelki i huczny ślub z wybawcą. A potem to już tylko miła
atmosferka, klepanie po plecach i sowite premie. Niestety, jedna taka poczciwina,
na którą nikt złamanego grosza by nie postawił, że potrafi krzyknąć, brat-łata,
misiaczek, przytulanka po prostu, a dzisiaj jak się okazało wredna, spasiona
świnia, właśnie wyczuła pismo nosem i z wielkim kwikiem pakuje się w zwolnione
miejsce. Oczywiście naszym kosztem.
Teraz znowu wszystko od początku: podkładanie pinezek na krześle,
podrzucanie skórki po bananie, robienie na wycieraczkę, obsmarowywanie na
blogu. Nie ma i nie ma końca harówie.
Zamówionego hydraulika średnio interesowały rury. Od razu
wparował do pokoju, przez chwilę się rozglądał, po czym zrobił kwaśną minę na widok parkietu:
- Ja to jednak położyłbym panele. Taki panel, proszę pana,
mocny jest. Dziecko przejedzie rowerkiem, żona tacę upuści, teściowa o próg się
potknie, a panel nic. Możesz pan szczać i srać, drwa rąbać i ognisko rozpalać,
a podłogę mieć pan będziesz zawsze jak nową. I tę tapetę też bym zdarł. Teraz
tapet nikt już nie kładzie, to było modne w latach osiemdziesiątych. Może jakiś
pasek jeden, góra dwa, na kawałku ściany. Tak, jedna ściana może być, ale na
resztę położyłbym brzoskiwnkę. Teraz ciepłe kolory szczególnie chodliwe. U takiej
jednej magister widziałem: brzoskwinka, a do tego pasek fototapety nad łóżkiem
z zagłówkiem. Cudo, mówię panu. Chyba żeby pierdyknąć boazerię po całości? Z
panela, rzecz jasna. W ogóle to nie ma co, ale
trzeba się na jakiś bardziej jednorodny styl zdecydować, bo wiklina
zdecydowanie nie pasuje do metalu, a czerwień do niebieskiego. Jak antyki to
antyki, jak industrial to industrial, bo inaczej to, wie pan, wieś tańczy i
śpiewa... Taaa... No i ma tu pan nieco przeładowane. Figurki, obrazeczki, rameczki... Ile to kurzu z tego na panel spada! A znowu te poduszki? Boże ty mój, co widzisz i nie grzmisz!
Jeśli nie było do kompletu, to należało się wstrzymać z kupnem – teraz ma pan
każdą inną, a to, proszę się nie obrazić, nieładnie wygląda. Fusion to to,
niech się pan nie łudzi, i tak nie jest! I tych książek też trochę za dużo. I
dlaczego znowu każda inna? Wyższa, niższa, niebieska, zielona, siaka, sraka! Ja
na ten przykład wszystko mam pod wymiar. Do tego skórka i złocone grzbiety.
Taka Trylogia, takie „W pustyni i w puszczy”, taki Jan Paweł II, bardzo ładnie
wtedy wygląda... A tę halkę, co udaje firankę, to pan chyba babce z trumny, he,
he, zakosił?
Wreszcie taki zadowolony, dowartościowany, podreptał pod
zlew. Ale zanim zabrał się za syfon, zdążył jeszcze rzucić:
- A w ogóle to najlepiej wybudować, proszę pana, dom. W blokach, panie,
to już tylko napływowi ze wsi. Ja sobie wybudowałem i bardzo jestem zadowolony.
Wyszedłbym już z norki. Poznał kogoś, wplątał się w jakieś
amory, pokiział-miział. Zaskoczeni? No, cóż, ostatnio czuję się trochę tak,
jakbym przedawkował samego siebie.
Znajoma, spełniona uczuciowo-relacyjnie, w odpowiedzi na te moje nieśmiałe pojękiwania, z grubej rury strzeliła mi kazanie. Powinienem, mówi,
mieć pretensje do samego siebie, skoro wszem i wobec deklaruję, że dobrze mi ze
sobą samym. Że to jest błąd, mówi, wizerunkowy oraz pokładanie zbytniej ufności
w inteligencję odbiorcy, który jest z natury mało domyślny i lubi kawa na ławę.
Więc co, odszczekać mam wszystko? Ujawniając dane drażliwe, wysmażyć jakiś
seriozny apel? Pojęczeć na blogasku, że nikt mnie, buuu..., nie kocha, nikt,
buuu..., nie pożąda? Zgłosić do debaty temat: co jest we mnie takiego odstręczającego?
Wziąć na litość?
Przyznam, że nie bardzo rozumiem. Bo jak to pogodzić ze
współczesną myślą marketingową, która daje sobie rękę uciąć, że opyli nawet
wagon stolca, pod warunkiem, że je wcześniej opakuje w pozłotko? Jak to połączyć
z jednoczesną koniecznością się starania, dobrego wypadania, zdawania testów na
osobowość i wysokość konta? Ja, ja, ja pierwszy, mnie wybierz, mnie pocieszaj,
ze mną chodź do parku pod kasztan? Na tym łez padole nawet żeby zdobyć kogoś na
jedną noc, trzeba sobie zrobić niezwykły piar: panie i panowie, z przytupem
pukam i posuwam. Z zamkniętymi oczami znajduję punkty gie, iks i igrek, alfa i
omega, dziang i dzeng, ڥ i ڛ. Tańczę, wywijam hołubce, na gwoździach robię
mostek. W całości połykam jadowitego węża. A na specjalne życzenie i za
dodatkowym komplementem w ramion waszych uścisku, wykonuję prawdziwe salto
mortale, o czym świadczy moje przebogate portfolio!
Tak jakby blog, taki w gruncie rzeczy list w butelce, nie
był wystarczającym wabikiem...
To jak w końcu? Być petentem czy dysponentem? Poniżać klienta,
czy podprogowo dopieszczać? A może po prostu wyjść z domu? Wystawić się na słońcu, położyć na polówce, na kocu obok Ruskich, bo a nuż się ktoś tarfi?
Nie. To jest jednak zbyt ryzykowne. To nie na moje kruche
ego. A jak sobie jeszcze pomyślę o niechybnym, pierwszorandkowym pytaniu
„jakiej muzyki słuchasz?” (dlaczego nie, dajmy na to, „jaki numer buta nosisz?”)
odechciewa mi się rewolucji. Ludzie, ja w ogóle niczego nie słucham! Bo głuchy
jestem, a nudny i brzydki przy okazji! I śmierdzę! I sztuczna szczęka mi się
nie otwiera, jak mnie hałas zdenerwuje!
Dlatego, przemyślawszy wszystko, nigdzie się nie ruszam. W każdym razie
nie pierwszy.
Tego należało się spodziewać.
Wystarczyło, że ledwo załapałem, o co chodzi z tym dziełem szatana, jakim jest
facebook, aby przestało mnie cokolwiek innego interesować. Teraz nie mam czasu
na jedzenie, spanie i sikanie, nie mówiąc o chodzeniu do jakiejś śmiesznej
roboty. Co pięć minut sprawdzam, czy pojawiły się nowe znajomości, nowe
komentarze, nowe cyfrowe fakty. Niecierpliwię się, gdy ekskluzywny cytat nie
spotyka się z należytym odbiorem, gdy ślamazarnie toczy się dyskusja. Obmyślam
komunikaty, wydaję oświadczenia, wygłaszam orędzia, ustanawiam status: w
ręku kieliszek Masi Costasera Amarone della Valpolicella Classico D.O.C.
rocznik 2000, w tle sączy się UłanBatorTangoAtackChillout, a ja słucham
przemówień Ericha Honeckera w przekładzie na serbołużycki. Albo: tkając na krosnach „Ostatnią
wieczerzę” i pogrywając sobie na drumli „Złoto Renu” (niem. Das Rheingold), w przerwach przetykam wannę.
Nawet gdy już grzecznie leżę, do snu się układam, barana za
baranem poganiam, nagle buch!, przypomniało mi się, żeby wystawić fotkę w
wózeczku! I tę z pikniku w Węgrowie, i jeszcze tę na wielbłądku pod palmą!
Koniecznie! I już w dupie ze spaniem, już znowu miętolenie poduch i obmyślanie
strategii wizerunkowej. Potem, takie zombie, z okiem na brodzie, kolebię się w
414 do roboty. Na szczęście zaraz po przyjściu do Urzędu włączam komputer,
loguję się i siły mi wracają.
O, jest nowy znajomy! Bardzo dobrze, gdyż mieć dwucyfrową
ilość oddanych fanów, to jednak słabizna. Ale ziarnko do ziarnka, uzbiera się
wkrótce setka jedna i druga. A jeśli się nawet nie uzbiera, to co szkodzi
założyć kilka fikcyjnych kont? Ja przecież i tak do nikogo poza sobą samym nie
zaglądam, jeśli nie liczyć celów kryptomarketingowych. Co mnie interesuje, że ktoś pod palmą na wielbłądzie siedzi, Wagnera
słucha, kibel sprząta? Też mi wydarzenia. Nie mam czasu na zajmowanie się
cudzymi pierdołami, na chwalenie, podziwianie, pocieszanie, podnoszenie komuś
słupków oglądalności, gdyż mam zatrzęsienie roboty ze sobą. Tu trzeba
zmarszczkę usunąć, tam wargę powiększyć. Po prostu nie wiadomo, w co włożyć
ręce.
Czasem ktoś z dawnego świata, sprzed ery FB, do drzwi się dobija,
telefonem wydzwania, z urządzania swego wirtualnego gniazdka wytrąca. Nie
otwieram, nie odbieram. Poszli won! No, chyba że to w sprawie mojego profilu...
Weszli mi na ambicję. W sam środek miękkiego
podbrzusza. W niedopieszczony punkt gie.
- Człowieku - powiedzieli - sam się
spisujesz na straty, na wyalienowanie społeczne, na towarzyski niebyt. Przecież
w naszej rozleniwionej kulturze wszyscy najpierw sprawdzają facjatę, prawidłowo
odsłonięte lewe ucho, piksele dna oka, a dopiero potem podejmują życiowe
decyzje. Ukorz się, opamiętaj, złagodź stanowisko! Zaufaj postępowej ludzkości!
Wejdź do bazy!
Rzeczywiście, przypomniało mi się, że nie
odpowiedzieli z korporacji na wysłane CV. Pewnie mnie sprawdzali i nie
znaleźli. I pomyśleli, że jestem na bakier z techniką, z multimediami, z XXI
wiekiem całym. Że zatrzymałem się na liczydle i gęsim piórze. Że tkwię w
jakiejś mentalnej trójpolówce. Albo, co gorsza, że mam defekt fizyczny, zeza, egzemę, łysienie
plackowate, trzecie oko, które może przynieść wstyd centrali w Illinois.
Przenieśli do kosza, wrzucili do niszczarki, tfu, tfu, spuścili wodę!
Spojrzałem
na swoje biurko, na segregatory pełne nudnych pism, na ten cały huk roboty za
psie pieniądze... O, Jezu! Z powodu
swojego durnego buntu nie znajdę lepszej pracy, nie wydam książki, nie założę
nawet najbardziej patologicznej rodziny. A co, jeśli nie dadzą mi też
paszportu, kredytu, skierowania na rentgen, deputatu węglowego? Co, jeśli nie
zostanę zakwalifikowany do upatrzonego już domu starców - tego o profilu
taneczno-gimnastycznym? Co, jeśli nawet nie zechcą mnie pochować w poświęconej
ziemi?
Dlatego położyłem uszy po sobie i oto znowu trafiłem
do facebooka. Przystąpiłem do elektryfikacji globalnej wsi, podłączyłem się do
świata jak do kanalizacji i czekam na obiecaną szczęśliwość.
Mówię „sprawdzam”: http://pl-pl.facebook.com/people/Marcin-Rzymski/100002222192792
Wszyscy znani pisarze - ułożeni, ę, ą, dystyngowani, na
ostatni literacki guzik zapięci, są w gruncie rzeczy nudni. Eee... Hegel, pani
redaktor, Heidegger, pani eee... redaktor...
Co innego Michał Witkowski! Sesję sobie walnie w „Vivie”, na
okładce „Gali” w białym, na gołe ciało założonym garniturze wystąpi, do
Wojewódzkiego brylować, dowcipy opowiadać, pójdzie, z jakimś kocmołuchem na
rozdaniu czegoś się pokaże. Miłosz przewraca się w grobie, Konwicki rwie włosy
z głowy, bo etos pisarza, eee... upada, bo ideał, eee... sięga bruku. Miłosz z
Konwickim, nie wiedzą jednak, że o tym, kim byli, nikt już dawno nie pamięta, a
o takim Sławku Oborskim, fryzjerze z zawodu, którego nawet nie ma w Wikipedii,
cała Polska długa i szeroka wie wszystko. Bo teraz trzeba się pokazywać, bywać,
do gazet plotkarskich biegać, u Jagi Hupało się obcinać, u Brzozowskiego z
Paprockim się ubierać, a nie siedzieć za regałem w bibliotece PAN-u i w
wytartym płaszczu koloru ziemi czytać Polski Słownik Bibliograficzny. Teraz, drogie środowisko
literackie, można się wyłożyć na
konstrukcji powieści, ale zaliczyć wpadkę modową na otwarciu salonu wędlin -
broń Boże!
Witkowski to wszystko wie i w życie wciela z niekłamanym
wdziękiem. Rozpięty między pornografią a antologią pisarzy trudnych i nudnych,
między Pudelkiem a encyklopedią Britannica, wcale nie razi. Nie razi, nie
zgrzyta, a wręcz zawadiacko okiem mruga. Kpi. Jest w swym zachowaniu tak organicznie spleciny z własną twórczością, tak kompletny, że aż żal bierze, że
nie można też takim być.
Aż tu nagle, w tamtym tygodniu, oglądam ja ci se TVP Kultura
i patrzę: Witkowski! Ale jakiś inny. Sweter szary, na tłustym ciałku opięty, ręce
grzecznie złożone. Buźka w ciup, oczka mdławe, głowa... No właśnie, co on ma na
głowie? Coś jakby... zraz? Rozmrożona paćka z dewolaja? Co na to Jaga Hupało,
co Paprocki z Brzozowskim? Co Magda Gessler? I mruczy coś potulnie pod nosem,
blat nerwowo skubie, jakby go kornik podgryzał. Nie, to nie może być Michaśka.
To jakiś doktorant, co ma ćwierć etatu w IBL-u i tylko patrzeć jak zaraz
zacznie gadać o strukturze, eee... polifonicznej u Dostojewskiego.
A potem przypomniałem sobie, jak kiedyś pobiegłem pod metro
Centrum po autograf Michaśki, bo w internecie przeczytałem, że będzie
podpisywanie „Margot” przy skrzynkach z mandarynkami. Bo to taka kampania
promocyjna być miała, na śmiesznie. Odwaliłem się najlepiej jak mogłem, włos
ekstrawagancko ułożyłem i poleciałem ustawić się w kolejce fanów. Ale choć ze
trzy razy obiegłem plac Defilad, poza chłopakiem walącym w garnki żadnego
artysty znaleźć nie mogłem. W końcu patrzę – stoi. Między jedną babą z
czosnkiem a drugą z wiechciem pietruszki. I coś tak jakby... naprawdę
sprzedaje. Nikt nie chce żadnego autografu! Wszyscy się pytają, po ile
mandarynki i dlaczego, panie co pan, tak drogo? A on, jak nie on, zawstydzony,
nieporadny, pakuje tylko drobne do kosmetyczki...
I co? Spleciony? Organiczny? Kompletny? Tere-fere.
Fakt, Michaśka ma sugestywne pióro. Kiedy pisze, że uprawia
z lujem seks w krzakach, to prywatnie też na bank uprawia! Gdy wymienia, jakie
barbiturany bierze, to właśnie o te, a nie inne prosi w swojej osobistej
przychodni na Koszykowej... Tyle, że od czasu transmisji tarmoszenia blatu w
TVP Kultura, zaczynam mieć małe wątpliwości...
Pewnie jest nieśmiały i nie stać go na żaden seks. Nie tylko na ten w
krzakach, ale nawet i na tapczanie. Nigdy nie było krzaków. Nie było luja,
nie było tableteczek. Od lat pisarz Witkowski siedzi w domu podgryzany przez korniki. Czyta, pierze, gotuje
zupę na kostce. Obchodzi mieszkanie, wygląda przez okno, skubie tapetę. Dłubie
w nosie i gdy nikt nie widzi, wyciera wykopalisko o spód krzesła. Nudzi się.
Czasem śni mu się, że tę nudę rozprasza pukanie do drzwi... Wchodzi ktoś z
najnowszą książką do podpisu... Ktoś ciekawy... Taki jak ja na przykład.
Plan jest następujący. W wieku 67 lat
będę obchodzić czterdziestolecie pracy, więc o ile kolejny premier w kolejnym
exposé nie zagrozi moim zamiarom, przed przejściem na emeryturę zgarnę
jubileuszówkę. Trzy lata wcześniej skończę spłacać kredyt. Prawdopodobnie do
tego czasu uda mi się już kupić sofę i stół. Być może również wyremontuję
łazienkę. Jeśli zdążę przed postępującą w tym wieku utratą wzroku i pamięci,
kto wie, może nawet zrobię prawo jazdy (na kule). Zdrowie zresztą będę mieć w
gruncie rzeczy imponujące, gdyż nieuleczalny brak piątej klepki konserwuje
fizycznie.
Wbrew więc obawom, kasy będę mieć jak
lodu. Stać mnie będzie co miesiąc na 150 paczek papierosów lub 37 i pół
tabletki viagry. A jeśli dodatkowo, tak jak planuję, wezmę hipotekę odwróconą,
może nawet jakiś Konstancin czy Ciechocinek raz w roku się trafi? Już nie mogę
się doczekać. Odbiję sobie wtedy te wszystkie chude lata.
Chciałbym, żeby już był 2044 rok...
My tu gadu-gadu, a ja na śmierć zapomniałem powiedzieć, że
Wielki Wychowawca zniknął. Poszedł w lipcu na urlop i dotąd nie wrócił.
Podobno widziano go w garnku czarownicy. Słyszano jak
rozciągnięty na młyńskim kole prosił o wybaczenie. Jak zaklęty na tysiąc lat w
oślizgłego płaza na chwilę przed spotkaniem z tirem coś niezrozumiale kumkał na
samym środku A-4. Jak w pałacu Królowej Śniegu nie mógł zgadnąć
hasła-zdrapki.
Niektórzy mówią, że zamieniny w parobka krzątał
się z widłami przy kopcu łajna. Inni - że zaczajony w lesie nadział się na
przebranego za Kapturka kontrolera Państwowej Inspekcji Pracy. Jeszcze inni –
że dławił się owcą nafaszerowaną siarką.
Pewnie potem popił ją nieprzegotowaną wodą i pękł.
W Urzędzie wyłączyli wodę. Akurat wodę! Jakby prądu nie
mogli! A przecież kawy człowiek by się napił, nogi pod biurkiem
wymoczył, małą przepierkę, żeby czasu wolnego w domu nie marnować, w umywalce
zrobił.
Potem się okazało, że coś tam niepokojącego znaleźli w
kranie. Co nam mimo braku kawy podniosło na jakiś czas ciśnienie i chwilowo
zajęło uwagę. W gronie zaprzyjaźnionych hipochondryków wyguglaliśmy natychmiast
objawy, po których przeczytaniu poczuliśmy się tak jak trzeba źle. Kiedy jednak
wyczerpaliśmy wszystkie symptomy, które Wikipedia wymieniała, atmosfera znowu
siadła. A czas się wlecze...
Dzięki Bogu dalej był prąd, więc mogliśmy znowu
poszperać w sieci. Tym razem zainteresowało nas, co na to kodeks pracy. No bo
tak: ludzi u nas w Urzędzie dużo. Jak wyłączyli wodę, znaczy się, nie będzie nie
tylko kawy i hydromasaży, ale i rąk mycia po toalecie nie będzie. I nowe
choróbsko gotowe! Więc chyba do domów nas puścić powinni, co nie? Nic jednak,
co by nam się nadało, w tych przepisach znaleźć nie mogliśmy. A tu czas się
dalej wlecze... No więc ktoś, już nie pamiętam kto, wpadł na pomysł, czyby
takiego pracodawcę, który do domu ewidentnie zwolnić powinien, potem nie można
zaskarżyć i tak jak w Ameryce odszkodowanie słone zgarnąć? O, to by dopiero
było! Już nam się do domów iść nie chciało, już nam się bardzo chorować
spodobało. Nawet specjalnie zaczęliśmy łapy brudzić, beztrosko je sobie
podawać, do ust pakować, piciem skitranym na parapetach się częstować.
I kiedy postanowiliśmy wyjść z kanciapy i bezczelnie przejść
się po korytarzach, by szukać jakiejś wypasionej bakterii wielkości świni, może
nawet z jabłkiem w ryju, cip, cip, cip, taś, taś, taś wołać, nagle rzuciły nam
się w oczy osoby w żadnym wypadku nienależące do naszego zaprzyjaźnionego
grona. Szły sobie przez korytarze jak gdyby nigdy nic, jak gdyby to był jakiś wtorek całkiem
zwyczajny, nieepidemiologiczny, z segregatorami po szyję, ze spinaczami w
ustach i bez spoglądania na zegarek, który przecież ewidentnie stanął!
Niepijący, niepalący, od niczego poza pracą nieuzależnieni.
I wtedy Marta powiedziała „o, Jezu!”. Nie musiałem się
dopytywać, wystarczyło, że spojrzałem na nią, a już wiedziałem, że miała wizję
najkoszmarniejszą z koszmarnych! Pobladła, zachwiała się, ręką zatoczyła po
korytarzach, na twarze niezaprzyjaźnione skinęła i ledwo żywa wycharczała:
- Ja nie
chcę z nimi leżeć...
Bo jednego w naszym chytrym planie nie przewidzieliśmy. W wymarzonej sytuacji nie tylko nasza frakcja, ale cały Urząd
wylądowałby na kwarantannie. I zamiast grania w karty i państwa-miasta,
moczenia nóg w basenie i picia kawusi na tarasie przyszpitalnym - segregator
pod głowę i wyzysk człowieka przez człowieka. I znowu kamieniołomy to by były,
a nie żadna rekonwalescencja.
Po raz pierwszy od nie wiem ilu lat wysłałem CV. Teraz już
mi nikt nie zarzuci, że siedzę na dupie i czekam na zmiłowanie. O, nie! Ja
teraz, proszę szanownych, chwytam szanse i nadarzające się okazje, przejmuję
inicjatywę i wykazuję się aktywnością jak w tych wszystkich ciekawych
historiach o kluskach i zuckerbergach, którzy szli, szli, aż wreszcie doszli na
sam szczyt kopca z kasą.
Najpierw jednak trzeba było udoskonalić CV, nietykane od 2005 roku. Dopisałem to i
owo. Na przykład te kilka niezapłaconych umów o dzieło i jeden medal, com go z
rozdzielnika dostał w Urzędzie. Co nieco też wyrzuciłem. Przede wszystkim
pozbyłem się elementów ekscentrycznych, bo to, bez jaj, jednak ma być etat. Z
mojego ulubionego działu „hobby” wyleciało więc „prasowanie” i „się śmianie”. W
„językach obcych” skasowałem „łacinę” i „staro-cerkiewno-słowiański”. Chwilę
się zastanawiałem, czy tego samego nie zrobić z niemieckim, no, ale bez
przesady, iś habe majn heft nyśt fergessen to ja jednak obudzony w środku nocy
powiem. Naciągnąłem zaś do granic inne,
występujące u mnie w szczątkowej postaci
cechy, takie jak sumienność, lojalność, punktualność, samodzielność,
odporność na stres (to już była bezczelność!) i inne pierdoły w stylu
analitycznego myślenia i zdążania po trupach do celu. Oczywiście ani słowa o
podleczonej nerwicy, fobii społecznej i pocących się dłoniach.
Wreszcie, klik, klik, poleciał do centrum rekrutacji mój
idealnie uśredniony portrecik...
Zaraz, zaraz... To niby mam być ja? Ta drętwa kukła z
papier-mâché? Korporacyjna świnia stworzona metodą origami? O, nie! Ja, jak
powiedział boski Rimbaud, to ktoś inny!
Jeśli nie daj Boże z tego tam centrum odpowiedzą i każą przyjść, by
dalej wywierać dobre wrażenie, nie ruszę się z domu. Niech ten drugi idzie.
