O ciotkach rewolucji

Przewodniczka w muzeum Konopnickiej spełnia wszystkie wygórowane kryteria. Jej opowieść jest płynna, interesująca, bogata w ciekawostki i anegdoty, tembr głosu przyjemny.

Narracja jest w duchu feministycznym – w dobie dobrej zmiany, w samym epicentrum elektoratu godnościowego, to z jej strony albo niefrasobliwość, albo odwaga.

Za nami już opuszczenie męża, niechodzenie do kościoła, czytanie wywrotowej prasy. Niespiesznym, ale zdecydowanym krokiem prelekcja zmierza do romansów. Zastanawiam się, czy przemiła pani pójdzie na całego i opowie o związku z Pietrkiem, czyli Marią Dulębianką, czy jednak włączy autocenzurę. W końcu jednak pojawia się i Dulębianka, i informacja, że, no, no…, obie są dziś ikoną ruchów LGTB. Żadnych przy tym chichów-śmichów, żadnych mrugnięć okiem i rysowania nad czołem kółek w powietrzu, co ma sugerować słuchaczom, że obie były po prostu brzydkie i pierdolnięte.

Rozglądam się po wycieczce, spodziewam się świętego oburzenia, zarzutów o Gender i komunizm… Na razie jednak jeszcze jest spokojnie…

Tymczasem przewodniczka zmierza ku końcowi opowieści, gdzie jak się można spodziewać, pojawia się i śmierć, i pogrzeb.
- Chciały być pochowane razem – mówi o obu paniach. – Tak też się stało, ale po latach rozdzielono zwłoki.
- Kto je rozdzielił?
- Dlaczego to zrobił?
- Komu to przeszkadzało? – dobywa się ze strony wycieczki głos oburzony, a podniesione w górę ręce, jak w tych programach interwencyjnych, gdzie krwiopijca zamknął zakład i uciekł z ostatnią wypłatą, gotowe są po latach wymierzyć sprawiedliwość.
- Hańba! Hańba! – dorzucają w miejsce narracyjnej puenty.

Spoglądam na starszawe, uberotowione, omoherowane kobiety, po których się spodziewałem potwierdzenia wszystkich oczywistych stereotypów i łza mi się kręci w oku, jak wtedy, gdy oglądam tamte bezradne włókniarki z programu interwencyjnego. I taki dumny z nich jestem, taki w nich przez tę krótką chwilę zakochany.

O ścianie płaczu

Miejsce i okoliczności nie są ważne, bo oczarowanie może dopaść wszędzie. W autobusie, w windzie, w sklepie, a nawet we własnej robocie.

Marek, 34 lata: Jechaliśmy dziś autobusem 116 Alejami Ujazdowskimi i Nowym Światem. Było piękne słoneczne popołudnie, tuż po godzinie 16tej. Wysiadłeś na przystanku Ordynacka, ja kontynuując podróż spoglądałem na Ciebie zza szyby autobusowych drzwi. Odwzajemniałeś to spojrzenie, wysoki, przystojny chłopaku.

Filip: Dziś pomiędzy 16 i 17 prowadziłem rower przez Iwicką albo Czerską wzdłuż ul. Gagarina. Miałem skórzaną kurtkę i buty sportowe z różowymi podeszwami. Minołeś mnie wymieniając ze mną ukrywane spojżenia. Wysoki brodaty chłopcze w okularach i kraciastej koszuli. Byłbym przeszczęśliwy gdybyś poszedł ze mną na spacer.

Mordor: Bogdan, czy Ty nadal u nas pracujesz? Niedawno zmieniłeś dział i dołączyłeś na moją stronę biura, jednak od dłuższego czasu Cię nie widuję. Gadaliśmy parę razy, raz w kuchni, a raz w łazience jak myłeś zęby… kojarzysz?

Zauroczenie nie wybiera, jest demokratyczne. Dotyczy tak samo kierowników działów jak i sprzedawców, kurierów i taksówkarzy.

Mlody, 20 lat: Fantastyczny chłopaku. Wczoraj koło godziny 18:20 wiozles mnie z Targowka na aleje Ujazdowskie. Jestes fantastyczny. Nie mogłem od ciebie oderwać wzroku. Jezeli masz chec odezwij sie :p

Marek: Maciek z castoramy. Doradzales mi w panelach. Jesli tu zagladasz to powiem ci ze moze razem je ulozymy. Super chlopak jestes.

Dostawca: Cześć, byłeś 14.03 u mnie na 4 piętrze jak zwykle uśmiechnięty przepraszałeś za spóźnienie ale były korki. Ja jak zawsze przytrzymywałem psa. Jak kojarzysz i jesteś zainteresowany to daj znać i napisz jakie jedzenie mi dostarczałeś :p

Spacerowicz: Scianles dzis ok godziny 11 zywoplot przy ul. palestynskiej. Zagadales ze „fajny piesek”. Ty tez sympatyczny chyba jestes. Wczesniej mijalismy sie na Wysockiego. Byc moze tu zaglądasz.

Nike: Sprzedajesz koce, pościel na pewnym targowisku. Czasem przechodzę obok Twojego sklepu, uśmiecham się do Ciebie. Zawsze też mi się przyglądasz, tak jak i dzisiaj. Chciałbym Cię poznać :-)

Ileż szczegółów, ileż drobiażdżków! Nazwa ulicy, numer linii, w co kto był ubrany, co powiedział, choć przecież tyle rzeczy codziennie jest ważnych. Tymczasem wystarczy chwila, a błysk w oku utrwali obrazek na wieczność.  On będzie go rozpamiętywać, rozbierać na czynniki pierwsze. Dołoży do niego historię, która przewalać się będzie ciągiem dalszym w wieczornym przewracaniu się na poduszce albo podczas porannej jazdy pustym autobusem. Aż wreszcie w przypływie odwagi (albo rozpaczy) nie wytrzyma i wyrzuci w czeluść internetu tę swoją tęsknotę z nadzieją, że świat się ulituje i zdarzy się cud.

Piotr, 28 lat: Kolego z brodą, byłeś za mną w kolejce do … Ciągle się na siebie patrzyliśmy, żaden z nas nie uciekał wzrokiem. Masz piękne oczy i cały jesteś piękny, tylko gdzie ja teraz cię znajdę, eehhh.

Nie wiedziałem w ogóle, że taka strona istnieje. Wydawać by się mogło, że w czasach, gdy wszystko, zwłaszcza romanse, przychodzi lekko i szybko, ludzkość zrezygnuje z romantycznych karteluszków rzucanych w butelce do morza. Przecież są już jakieś super szybkie aplikacje, niedające szansy porażce. Za jednym kliknięciem dowiemy się, że najbliższy chętny członek czeka już w sąsiednim wagonie, kilka biurek dalej, w toalecie za drogerią, trzecie drzwi na prawo. A w załączeniu, żeby się nie dać wywieść w pole algorytmom, jego zdjęcie z dokładnymi wymiarami.

A tymczasem na tej stronie to wszystko wygląda nadal jak w czasach moich starych, gdy pisało się do radia miłosne listy, które szły trzy tygodnie. Gdy redaktor czytał, że pan szuka pani, która na plaży w Łebie miała na sobie niebieski kostium i czytała stary numer „Ekranu”, matka robiła głośniej. I nie wiem, czy w ten sposób dawała wyraz tajemnemu marzeniu o romansie czy o wczasach nad morzem, którego nigdy nie widziała. A potem już do samego wieczoru nuciła piosenkę o tym, że znamy się tylko z widzenia, a jedno o drugim nic nie wie albo tę drugą o tym, że szła przez skwer, a z tyłu ścigał ją pies z „Głosem Wybrzeża” w pysku.

I ja dzisiaj tak samo.  Choć oficjalnie wyśmiewam nabywców koców i klientów Castoramy, choć walcząc ze wzruszeniem wyzywam się od najgorszych sentymentalnych oszołomów, durnych romantyków, to  jednak z napięciem śledzę tę ścianę płaczu i mam nadzieję, że wreszcie  zdarzy się cud, gdy przeczytam o sobie, jak jechałem 114, miałem na głowie czarny beret i speszony ciągle spuszczałem wzrok.

O starym niedźwiedziu

Wydarła się na mnie. Ja nic. Minę raczej mam taką ośmioletnią, kiedy babka w szkole tak samo się darła: coś widać przeskrobałem, choć nie wiem, co.

Nie bronię się, nie szukam żadnych argumentów. Wiem, że z babą nie wygram. Drzyj się więc, idiotko, drzyj zdrowo. Śmiało, nie krępuj się, albowiem w ten sposób  zaraz ci przejdzie. Mnie tu i tak nie ma. Stoję, trzymam się klamki, ale nie oddycham, nic nie czuję. Schowałem się właśnie w szatni za płaszczami, właśnie uciekłem w najdalszy kąt, żeby nie dostać się w łapy starego niedźwiedzia mocno śpiącego. Więc możesz na mnie krzyczeć, możesz mnie straszyć wezwaniem matki, zjedzeniem, zwolnieniem – ja i tak tylko udaję, że się boję.

Wybuchnę dopiero na terapii i pan Paweł będzie mnie musiał uspokajać, tłumaczyć, co się stało. I dopiero dzięki jego pomocy znajdę treść mowy obronno-oskarżycielskiej. Być może po tygodniu, jak ten strażak z anegdoty Gustawa Holoubka, z impetem otworzę drzwi i wreszcie wykrzyczę na otwartym gardle: sama jesteś ku..a stara!

O legendach Bródna

W trakcie spaceru krajoznawczego po Bródnie odwiedziliśmy między innymi zabytkowy nagrobek z czasów cmentarza cholerycznego z XVIII wieku, pamiątki po działającym prężnie do lat osiemdziesiątych PGR-ze, projekty Pawła Althamera w parku. Poszliśmy też pod blok, gdzie mieszkał piłkarz Wojciech Kowalczyk, który zasłynął tym, że w czasach swojej największej świetności dalej haratał w gałę z kolegami na osiedlu i nie wylewał za kołnierz, a także ten, skąd z nożem w brzuchu wyniesiono największego aferzystę III RP, Lecha Grobelnego.

Wreszcie, widok bardzo znajomy, stajemy pod moim blokiem. Przewodnik przekłada notatki, chrząka, będzie mówił. Zaniepokoiłem się. A co, jeśli powie, że tu mieszka największy bloger dzielnicy? Co, jeśli zacznie odczytywać wpisy, zwłaszcza te, w których bez powodu wyzwałem instruktora pływalni „Polonez” od nazistów maskujących problemy z erekcją? Co jeśli powie, że tu, pod numerem cztery, mieszka statystyczny Nikt, znany z tego, że prasuje, ogląda telewizję, dłubie w nosie, nic ciekawego do życia dzielnicy nie wnosi? Poczekajmy chwilę, powie przewodnik, może zaraz wyjdzie wynieść śmieci, przekonacie się więc państwo, jak wygląda. A ja właśnie stoję tu, po drugiej stronie spaceru i nie wiem, czy powiedzieć, że tam teraz nikogo nie ma, więc może zajmijmy się rodziną spod szóstki, czy lepiej siedzieć cicho i się nie zdradzać. A co, jak z klatki nagle wyjdzie sąsiad (spod siedemnastki) z okrzykiem: co, cioto, przyprowadziłeś sobie kolesi na grupenseks? I nie pomogłyby tłumaczenia, że przecież przyszedłem też z laskami, w tym siedemdziesięcioletnimi.

Na szczęście pilot odchrząknął i zaczął opowiadać, że mój blok razem z czterema innymi stanowi prototyp budowy wielkiego osiedla bródnowskiego.

Odetchnąłem, ale i tak poczułem się nieswojo. Gdy odchodziliśmy, na wszelki wypadek obejrzałem się za siebie, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie wychodzę ze śmieciami.

O ptaszku

Dobra, dobra, już się nie patrzę. Zainteresowały mnie tylko wąsy, chciałem sprawdzić, jak są przycięte, aby może u siebie tak samo zrobić… Okej, zainteresowały mnie także usta, ręce, stopy. I kroczę, cha, cha.

Ale teraz, nie patrz się tak na mnie, przecież już się nie patrzę. O widzisz, wiążę buty i nie przestanę, dopóki nie wysiądziesz. Przez okno patrzę. O ptaszek, przeleciał, widzisz. Nie widzisz, to znaczy nie wiem, czy nie widzisz, bo przecież się nie patrzę. No, dobra, trochę. Ale tylko kątem oka!

Co popatrzyć sobie nie można? Przecież niczego nie chcę, nic nie mówię. Gdzież bym śmiał!

Ale ty się tak na mnie już nie patrz, bo ja się przecież nie patrzę. Nie patrz na moje ręce, na stopy, i usta. Nie krytykuj tak patrząco-milcząco, nie drwij tak potępiająco! Co to widoków lepszych nie ma? Oglądaj tam sobie coś przez okno, a nie mnie, bo ja nie jestem do oglądania. O, ptaszek, popatrz, przeleciał… Przeleciał, przeleciał, przeleciał.

Ku…wa, nie wytrzymam, czego się gapisz?

W tej chwili wysiadam, patrzący się znalazł.

O trafianiu do dziury

W czasie wizyty na lodowisku oznaczyłem się fejsbukowo. Chwilę po tym OSiR Targówek zapragnął recenzji na swój temat. Jak było? Jak mi się podobało? Czy polecam?

No, nie. Chyba ocipieli całkiem. Przypominam OSiR Targówek, że jak kiedyś napisałem wieloodcinkowy reportaż uczestniczący z tamtejszej pływalni, obraził się na mnie instruktor i musiałem go później przepraszać oraz wykasować z żalem wszystkie odcinki, choć były bardzo udane, bogate w hiperbole i ironię. Więcej tego błędu nie popełnię i niczego na temat lodowiska nie napiszę, choćby mnie przypalali, podtapiali, rzucali w potrójnych podnoszeniach bez łapania.

No, dobra, chcecie, to macie…

Hm, hm… Zdecydowanie za mało na lodowisku przystojnych, umięśnionych łyżwiarzy. Brakuje też cyklicznych imprez integracyjnych dla środowisk LGTB, na przykład męskich wtorków, kobiecych śród, zespołowych czwartków czy niedziel dla grupy „Tęcza i Wiara”. Poza tym nie ma światła w tojtojce na zewnątrz, tak że nie tylko nie można zostawić anonsu na ścianie, ale w ogóle trafić do dziury.

O tym, jak zapragnąłem wstrząsu mózgu

Uparłem się na lodowisko.

Miał to być mój trzeci epizod z łyżwami. W grę wchodziło więc złamanie, skręcenie, wyrżnięcie nosem w bandę, wstrząs mózgu, zabicie ośmiolatka, lincz przez matkę ośmiolatka, zarażenie się grzybicą, a przede wszystkim ośmieszenie się na oczach całej dzielnicy.

A jednak nie zatrzymało to mnie w śmiałych planach. Pod przymkniętymi powiekami, gdzieś na dnie czaszki, przewijał się od jakiegoś czasu obrazek, że się zderzam, przewracam i wyrzynam nosem. Padam na lód, leżę bezwładnie, nie daję oznak życia. Nagle otwieram oczy i widzę pochylającego się nade mną przystojnego łyżwiarza. On się mnie najpierw pyta, czy wszystko w porządku, a potem jak mam na imię i spod jakiego znaku jestem. Zanim zdążymy zejść z tafli, już zaprasza mnie na kawę i do wspólnego życia.

Los jednak pisze okrutne niespodzianki. Na miejscu się okazało, że dwa razy wystarczyły, bo jeżdżę w miarę przyzwoicie, nieco tylko gorzej do ośmiolatka. Obyło się więc, niestety, bez przygód.

No, chyba że nabawiłem się grzybicy.

O obrazku z lat studenckich

Na widok wciśniętego w blok przejścia łączącego Grochowską z Kickiego ścisnęło mi się serce.  Okazało się bowiem, że wbrew temu, co mówił pan Paweł, tak wiele się nie zmieniło. Wciąż jest jest poczta i szmateks. Dalej jest sklep z materacami i ten drugi z chińskimi badziewnymi figurkami, a także outlet znanej marki, gdzie tak samo jak przed laty nie ma żadnego klienta, więc chyba wciąż piorą tam pieniądze. Kolory są wprawdzie intensywniejsze niż pamiętam, jakby ktoś zastosował autokorektę w edytorze zdjęć, ale kompozycja obrazu pozostała nienaruszona.

Nie miałem jednak odwagi, aby wejść w bramę i przekonać się, że dalej też jest tak samo. Trzeba by się konfrontować z babami z warzywniaka, zwanymi popularnie Złodziejkami, lub ich barkiem. Z działem alkoholi na Kobielskiej. Z trasą do źródła oligocenki.

A co jeśli przechodząc obok akademika, zapragnąłbym wejść do środka? Co gdyby się okazało, że na portierni dalej siedzi Pani Pudel, Polsatówa lub Smerfeta? Zamachałbym, a one by krzyknęły: A gdzieś ty się podziewał tyle czasu? Wchodź, wchodź, tylko zamykaj szybko drzwi, bo strasznie ciągnie. I opowiedziałyby mi o zakazanych imprezach w „pokoju cichej nauki”, o detonacji garnków pozostawionych na gazie bez opieki, o zatrzaśniętej w suszarni parze kochanków. I by mnie się jeszcze zapytały, ile egzaminów mam w tej sesji i czy już uregulowałem zaległe opłaty. A potem by sobie przypomniały, że właśnie zaczyna się ich serial: Idź już, idź, nie zagaduj, cholero, bo robotę mam.

Sam, nie wiem, czy gorzej, gdyby czas się zatrzymał, czy też gdyby nic z tego, co pamiętam, tam nie przetrwało. Niech więc zostanie tak jak jest. Lepiej nie wkładać głowy w tę dziurę w płocie, nie sprawdzać, co jest pod drugiej stronie kadru.

O proszkach na pierdnięcie

Z terapeutą trąciliśmy temat samotności. Mówię mu, że mi się znajomości pourywały, choć mieszkają parę ulic dalej. Dodaję, że próbuję czasem dzwonić, ale albo dziecko ząbkuje, albo teściowa przyjeżdża, albo właśnie wyjeżdżamy na snowboard. Fajnie, że się odezwałeś, musimy się koniecznie spotkać, zdzwonimy się. No więc dzwonię znowu po paru latach. I super, że to zrobiłem, ale akurat dzieciak zaczyna się golić i ejakulować, teściowa ząbkuje, właśnie co dopiero wróciliśmy z nart, a w ogóle to  za chwilę się chyba będziemy rozwodzić.

I mówię terapeucie, że przecież się staram, podejmuję różne inicjatywy utrzymujące relacje, ale chyba gdzieś robię błąd. I czekam od niego tej najcenniejszej rady albo że mi po prostu przepisze jakieś proszki, po których wszystko się naprostuje.

I już widzę, jak znowu leżę na tapczanie w akademiku. Już ósmy dzień z rzędu nie byłem na uczelni, ponieważ od ośmiu dni gram w karty, obgaduję po nocach kandydatów na romanse, leczę kaca. Na drugim łóżku leży Gaba i w ogóle się do mnie nie odzywa. Nie mówimy sobie „boję się, że nie jestem dla ciebie ważny”, „czuję się z tobą bezpiecznie”, czy „bardzo mnie zraniłaś”. Zamiast tego z któregoś z nas wydobywa się głośne pierdnięcie i to jest wystarczająca oznaka zaufania i bliskości.

Jest tak jak być powinno. Właśnie wydaliśmy ostatnią forsę na fajki, chleb i papier toaletowy, ale w ogóle się tym nie przejmujemy, bo zaraz się coś wymyśli. Przecież wkrótce wkręcimy się na imprezę, gdzie czekają na nas po kątach różne zlewki alkoholi i wgniecione w parkiet paluszki. Przecież wkrótce przyjadą ze wsi słoiki z bigosem.

Nie mamy pieniędzy, ale za to nie spłacamy rat kredytu. Obce są nam bezrobocia, kryzysy wieku średniego i refluksy żołądka. Obchodzimy szerokim łukiem autoanalizy, machamy ręką na świadomość. Mówię terapeucie, że chciałbym, żeby tak znowu było.

On mi na to, że mam oczekiwania z czasów studiów, a tymczasem wszystko się zmieniło i nie ma powrotu. Trzeba się pogodzić, że tak już nie będzie, przynajmniej do czasu aż teściowa  umrze, a dzieciak się rozwiedzie.

O esencji

- Bo ja się boję, że nie jestem dla pana ważny…

Zdanie to, wydarte, wyciągnięte wprost ze mnie, padło i zawisło w ciszy. Następnie odbiło się od ścian, wróciło z powrotem jak bumerang, po drodze waląc w pysk. I choć wiem, że jest kluczowe, zasadnicze, że zwłaszcza wypowiedziane na terapii, jest takie jak trzeba i nic mu zarzucić nie można, dopada mnie przez kilka dni z rzędu i nie pozwala się opędzić.

Kulawe, niezgrabne zdanie jak świątek na rozstaju. Prawdziwy koszmar pisarza, bo ani to ładne, ani odkrywcze. Gdzieś by się chciało dorzucić jakieś porównanie, jakieś wtrącenie, choć trochę je ubogacić, nadać mu rysu tajemnicy, nieoczywistości, żartu, ale już za późno i nie odkręci się.

Tymczasem czterdziestka na karku. Towarzyszyły jej tysiące lektur, rozmów, spotkań, wrażeń, doświadczeń. Z tej sumy wyszła jakaś tam powiedzmy mądrość. Jakaś biografia zbudowana z rozgałęzień, dygresji, piętrowych składni. Bardzo skomplikowanych, nie do ogarnięcia w jednym sezonie serialu. A tu nagle to zdanie. Proste. Łatwe. Naiwne. Wprost z czytanki elementarza: To dom mamy, taty, Inki, Doroty i Adama. Tata wraca do domu i Adam wraca do domu. Na ganku stoi mama.

A przecież  trzydzieści kilka lat temu mama ostatecznie zamknęła drzwi. Od tego czasu zaczął się samodzielny bój o starannie pielęgnowany wizerunek osoby zdystansowanej, niezwykłej, wyrafinowanej. Odmierzone pipetą unosi się to wszystko lekko, zmieszane łyżeczką wiruje w tę albo w tę. Ale na samym dnie jak gorzkie fusy to zdanie.

Terapeuta uśmiecha się, z aprobatą kiwa głową, jakby chciał powiedzieć, „no, ku…wa, nareszcie”. Ale ja się boję, że to tylko taka poza. Może się szczypie, żeby się nie roześmiać? Może gryzie się w język, aby nie parsknąć? Może potem na branżowej imprezie, po kliku drinkach zwycięża w grze towarzyskiej pod tytułem „Najbardziej denne teksty naszych pacjentów”.
- I on to powiedział tak normalnie?
- Może to było ironicznie?
- Jesteś pewien, że to nie był cytat z Monty Pythona?
- Albo z Allena?

Kiedy wypowiecie na głos takie zdanie, pilnujcie się, żeby nie było świadków. Żeby nie podsłuchiwał tego żaden przyjaciel czy wróg. Żaden Bóg żeby nie patrzył na was z góry.