O krytyku wewnętrznym

Najpierw zaczyna mną dygotać, co oczywiście wszyscy widzą. Potem głos mi się podnosi jak u sędzi Przyłębskiej, co oczywiście wszyscy słyszą, a szczególnie telewizja TVN, która będzie przez pół roku to puszczać bez większego związku. Następnie próbuję używać jakiś argumentów, ale są one pod wpływem stresującej chwili z dupy i nawet ja sam nie biorę ich pod  uwagę.

Naprawdę bardzo bym chciał się pokłócić, twardo stanąć po stronie swoich granic, odeprzeć ataki, nie dać się.  Zamiast tego jednak oganiam się od widm i upiorów: wizji siebie odbitego w felernych lustrach i wracającej jak echo zniekształconej fonii.

Kiedyś na ciemnej ulicy Grochowa napadło mnie dwóch i chciało pieniędzy. W momencie, gdy jeden z nich stał na czatach, drugi mnie prał po ryju, bo ja obie ręce miałem zajęte – w jednej trzymałem kurczowo torbę z pieniędzmi, w drugiej okulary. Jakiś czas mnie tak prał, gdy nagle oświeciło mnie, że przecież usta mam wolne i mogę krzyknąć. Co pomyślałem, niestety zrobiłem. Wydałem z siebie ryk i wtedy do dwóch napastników doszedł trzeci, mój własny.

- Fuj, ależ obrzydliwy ten głos! Co za nieprzyjemna barwa, co za niewłaściwa tonacja! Nie, to się do niczego nie nadaje. Posłuchaj siebie uważnie…  No właśnie… Słyszysz? Jak jakieś beczenie raczej. To jest nieestetyczne. To totalnie nie jest w roli. Proszę cię, nie rób tego więcej. Następnym razem po prostu stój cierpliwie i czekaj aż panowie się zmęczą. Naprawdę będziemy mieli dużo szczęścia, jeśli żaden znajomy nas nie usłyszy, jeśli żadna policja nie przybiegnie z ciekawości sprawdzić, kto tak zawodzi…

Na koniec, czym już mnie dobił, krytyk wewnętrzny zasugerował, że  dobrze, że obaj napastnicy są mocno pijani, bo być może nie będą jutro pamiętać tego dysonansu wydobywającego  się z mojego gardła.

Wychodzi więc chyba na to, że zanim kiedykolwiek stanę do zbiorowej walki, muszę najpierw rozprawić  się z jedną osobą.

O wychodzeniu z koszmarów

Śniło mi się, że dalej, niestety, pracowałem w urzędzie. Tym razem jednak wylądowałem w Kancelarii Rady Ministrów.

O piętnastej trzydzieści zorientowałem się, że choć wszyscy przebierają już nogami do domu, nikt nie ma odwagi się ruszyć pierwszy. A mi się właśnie przypomniało, że mam zaraz psychoterapię i jak nie pójdę to i tak zapłacę. Kurwa…

No więc idę – a siedzieliśmy tam wszyscy nowocześnie, w open space’ie – do Broszki i mówię, że bardzo mi przykro, ale nie mogę dłużej zostać. Broszka, wzorem wszystkich moich przełożonych, trzy razy westchnęła i powiedziała, że ona na to niestety nie może sobie pozwolić. I że nawet jeszcze dzisiaj nie jadła. Zawahałem się. Z jednej strony to kobieta. A nawet więcej – matka! Pramatka Polka wręcz! Jak tu, szarmancki Polaku, co z tego, że pedale, odmówić kobiecie – matce – ojczyźnie – Wandzie – Beacie – coniechciałaNiemca – Araba – RyżegozdrajcyzBrukseli? I w dodatku głodnej, odejmującej sobie kromkę chleba od ust, w zamian za to wysuwającą pierś, by nakarmić cały naród swym boskim latte!

Z drugiej, bałem się, że jak ją poczęstuję kawałkiem kanapki, która mi została, wzorem moich poprzednich przełożonych odgryzie mi zaraz potem rękę. Po konsumpcji przejdzie do zwierzania, domagania się życiowej porady, co ona ma zrobić w trudnej relacji z mężem i propozycji, abym na nią poczekał, żebyśmy sobie wspólnie wyszli o dwudziestej trzeciej. No żesz kurna, tylko nie to! Takie przyjaźnie już przechodziłem i na dobre mi to nie wyszło. Tak więc po odliczeniu trzech kolejnych wzdechnięć, wytrzymaniu wzroku zbitego psa i przeczekaniu skapującej z ust śliny Wielkiego Głoda, powiedziałem, że to do jutra.

Obudziłem się już na terapii. Obaj z panem Pawłem uznaliśmy, że sen ten w sposób namacalny dostarcza dowodów rodzącej się asertywności , utwierdza mnie w trudnym procesie zaznaczania własnych granic i ostatecznie przecina pramatczyną pępowinę.

O zwycięstwie Guzdrałka!

Wszedłem sobie na ambicję i postanowiłem odkręcić syfon, czy jak tam na to dziadostwo się mówi, żeby sprawdzić co tak śmierdzi z umywalki. Lekki stresik był, zwłaszcza po tym, jak zdecydowałem się wymienić worek w odkurzaczu, potem nie umiałem go włożyć, przy okazji coś zepsułem i trzeba było kupić nowy. Albo jak chciałem przeczyścić maszynkę do strzyżenia włosów i dwie tycie śrubki wpadły mi między parkiet i tam założyły sobie konkurencyjną cywilizację, więc cała reszta bez tego gówienka nadawała się co najwyżej na ozdoby choinkowe. Albo jak, sokoro jesteśmy już przy parkiecie, miałem naprawić wystającą klepkę i moja małżonka śpiewaczka zamknięta w łazience i nieprzeczuwająca najgorszego, rzuciła właśnie zza drzwi: Guzdrałku, co ty tam jeszcze… Nie, nie, sorry, coś mi się pomyliło, chyba trochę przedawkowałem Kreta.

Tymczasem bałem się niepotrzebnie. Raz, dwa wszystko rozebrałem i na powrót złożyłem, tak że zacząłem się nawet rozglądać, co by tu jeszcze odkręcić.

Jednym słowem właśnie odkryłem w sobie talent hydrauliczny.

Biorę 500.

O tym, że w słowach słoma czai się

Nie jest tak, że się obraziłem na bloga. Nie piszę, bo najwyraźniej brakuje mi twórczych inspiracji.

Próbowałem walnąć coś o świętach wielkanocnych, a konkretnie o jednym epizodzie, kiedy mi przy żurze do ucha wpadła jedna pieśń o tym, że to nie ludzie Jezusa zabili, ale ja osobiście i moje paskudne grzechy, która mnie tak męczyła przez całe dni i noce, że do dzisiaj ją śpiewam pod prysznicem. Jednak po głębszej analizie uznałem ten wątek za niegodny szanownego czytelnika i ostatecznie wszystko skasowałem.

Chciałem zdać też relację o tym, jak poszedłem na „Klątwę” i nie było żadnej zadymy. Przed teatrem stał tylko jeden człowiek z transparentem i oferował numery do psychiatry, tym samym kompletnie nie będąc w temacie, jak działa polska służba zdrowia, zwłaszcza w segmencie psychicznym. Miałem mu powiedzieć, żeby sobie te swoje numerki wsadził, bo ja prędzej się wykończę niż doczekam wizyty. Miałem powiedzieć, ale nie powiedziałem, a skoro nie powiedziałem to i nie napisałem.

Nie napisałem także o pogodzie, choć to obecnie temat kluczowy, skoro z powodu perspektyw chłodnej majówki lecą na łeb na szyję notowania partii rządzącej. Nie zrobiłem tego, bo jak sobie pomyślę, że mam  pisać o polityce, robi się z miejsca nie tylko zimniej ale i smutniej, a to ma być wesoły i cieplutki blog.

Z tego też powodu nie ma tu nadal recenzji kulturalnych, przepisów kulinarnych, propozycji wnętrzarskich, tekstów piosenek (chyba że ten o Jezusie), śmiesznych-nieśmiesznych filmików, cytatów wielkich ludzi i porad życiowych. Czekając tymczasem na ciekawsze przemyślenia, oznajmiam, parafrazując (uwaga, będzie jednak cytat) Churchilla na kilka chwil przed swoją śmiercią, że już mnie to wszystko nudzi.

O Golgocie warszawskiej

To miał być wielkanocny spacer śladami grobów pańskich po stołecznych kościołach, co jest tylko zwyczajem warszawskim, praktykowanym od czasów Stanisława Augusta.

Jego trasa rozpoczyna się od kościoła świętego Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Kilka anegdotek, rys historyczny, rzut oka na alabastrową figurę – pozostałość po nieistniejącej już Kalwarii Ujazdowskiej. Zdjęcie, cyk, świetnie. Następnie kościół świętego Krzyża z sercem Chopina. Pogoda w miarę, siły są, spacer się nie dłuży. Zamiast się wykańczać przy gotowaniu żuru czy trzepaniu dywanów, lepiej przecież się przejść i pstryknąć zdjęcie, co nie? Potem wizytki z klęcznikiem księdza Twardowskiego. Zdjęcie jedno i drugie, cyk, cyk. Kilka informacji czysto edukacyjnych o tym, który kościół się spalił, a który ocalał z pożogi wojennej. Cyk, pstryk, gotowe, mamy to.

Teraz przemykamy się sprawnie pomiędzy roześmianymi rodzinami ze święconkami w rękach. Normalnie super jest, zwłaszcza że przed nami już perspektywa placu Zamkowego. Wcześniej jednak jeszcze kościół seminaryjny ze śmiesznym grobem straszącym aborcją i narkomanią, następnie świętej Anny z… nie pamiętam już cośmy tam zobaczyli. A jeszcze jest archikatedra świętego Jana, kościół pojezuicki, kościół świętego Marcina, cerkiew greckokatolicka z obowiązkową ikoną. Tu zdjęcie i tam zdjęcie, ale jakby już z automatu, bo siły już nie te co z początku. W katedrze wojskowej czuję, że się zrzygam do koszyczka, gdy przewodnik (z pozoru przemiły, lekko słabowity starszy pan) mówi, że przed nami jeszcze z osiem kościołów, u kapucynów chcę się położyć obok ukrzyżowanego Jezusa, gdy się poprawia, że nie, jednak dziewięć…

Od tego momentu wszystko odbywa się jakby w zwolnionym tempie. Nawet te zdjęcia do swojej prywatnej dokumentacji trzaskam z pewnym obojętnym zacięciem, przypominającym pośmiertne odruchy fizjologiczne, dobywające się z organizmu jeszcze długo po złożeniu do grobu.

Ostatnimi siłami, resztką woli doczołguję się na rynek Nowego Miasta, gdzie kościołów jest ze trzy, ale bodaj mnie przypalali, nie przypomnę sobie teraz, jak wyglądały, jak się nazywały, jak udekorowano w nich groby pańskie.

Początkowo jest nas jakieś 20 osób. Część się wykrusza po drodze, wymawiając się gotowaniem żuru, trzepaniem dywanu, malowaniem ostatnich jajek. Później nie ma już kurtuazji, ale zatrzymywanie się za winklem pod pretekstem zawiązania sznurówek i uciekanie w jak najszybszym tempie w odwrotnym kierunku. Ostatecznie do gotyckiej świątyni przy zejściu nad Wisłę doczłapują się  razem ze mną ledwie trzy osoby, po czym ja także staczam się ze skarpy i niczym bohater „Ściganego” ani się obejrzawszy spierdalam na najbliższy autobus. W ten sposób nie wiem, czy poza przewodnikiem ktoś dożył ostatniego kościoła.

Ten wielkosobotni spacer odbył się juz po raz pięćdziesiąty pierwszy. Dlaczego nikt do tej pory nie ostrzegł, czym naprawdę grozi?

O tym, jak poprosiłem Tułowice o rękę

Informacja o przyznaniu praw miejskich pojawia się raz w roku. Pod koniec lipca Rada Ministrów wydaje w tej sprawie rozporządzenie, wystarczy więc wejść sobie na Wikipedię w sierpniu, żeby mieć pełną wiedzę na ten temat.

Ale po co zwlekać, jak można sobie sprawdzić stronę codziennie i to z siedem razy? Przecież mogło się w ciągu kilku godzin coś zmienić, co nie? Mam przecieki, że w Sannikach mieszkańcy w konsultacjach opowiedzieli się za ustanowieniem praw miejskich. Ale czy gmina zgromadziła wszystkie dokumenty? Czy zdążyła z wnioskiem do MSWiA w ustawowym terminie? Jaką opinię wydał wojewoda? Chcę wiedzieć już, natychmiast, choć nie wiem po co, bo ani mi to nie przyniesie pieniędzy, ani wiedzy, ani szczęścia.

Pytam się pana Pawła, czy ja przypadkiem nie mam jakichś natręctw myślowych? Znam przecież takie przypadki, gdy się ludzie cały czas modlą, ciągle myją ręce albo co pięć minut poprawiają prześcieradło. On na to, czy mi to jakoś przeszkadza w życiu? Ja, że nie. A czy to jest dla mnie przykre, czy przez to cierpię? A skądże!

Uspokoił mnie nieco, ale już mu nie powiedziałem, że oprócz tego wchodzę kilkanaście razy dziennie na google.maps, żeby śledzić kontury miast niemieckich i czeskich (polskie już mam w małym palcu), że w chwilach stresu, nudy i gdy nie mogę zasnąć, fantazjuję na temat powiatów, starych i nowych województw, gmin miejskich i miejsko-wiejskich. Nie powiedziałem, że tymi Sannikami niemal się onanizuję, że gdyby istniało takie w Polsce prawo, poprosiłbym Tułowice o rękę, tylko po to, żeby je zaraz zdradzić z Józefowem nad Wisłą.

Nawet nie ma jak tego dziadostwa przekuć w sukces, że niby takie oryginalne hobby jak pieczenie chleba lub wyplatanie kapci z łyka, patrzcie i podziwiajcie. No bo jak to brzmi?

Koś powie, że pomyliłem się z powołaniem, ale jestem pewien, że gdybym zawodowo się zajmował przyznawaniem praw miejskich na etacie w MSWiA albo wyznaczaniem konturów miejscowości w centrali Google, praca ta byłaby najchujowszą, najbardziej bezsensowną na świecie i wołami by mnie nie zaciągnęli, żeby myśleć o tym jeszcze po godzinach! Może właśnie dlatego powinienem to rozważyć?

O człowieku z walizką

Wybrał mnie z ponad setki stojących na peronie. Spytał, czy jadę do Warszawy. Kiedy potwierdziłem, chciał wiedzieć, gdzie konkretnie wysiadam. Powiedziałem, że na Wschodnim. O, to, cudownie się składa, on na to, bo on też. I czy w takim wypadku mógłbym mu pożyczyć na bilet, bo mu karta w kasie nie przechodzi, a zaraz odjedzie ten ostatni pociąg z Poznania.

Nie wiem, dlaczego się ani na moment nie zawahałem. Od czasu spotkania w poprzedniej dziesięciolatce Cyganki („dostaniesz wkrótce wiadomość od Jerzego, ale musisz dać pieniążek, bo się nie spełni”) byłem w odruchach ostrożniejszy i oszczędniejszy. Może ta jego walizka (czarna, nowa, lśniąca) mnie przekonała – chodził z nią w tę i z powrotem, ruchem sprawnym, płynnym, lekko niedbałym ciągnął ją przez dworcowe wyboje, sprawiając wrażenie jakby co przed chwilą siedział w berlińskim starbucsie.

Zajrzałem do portfela, sprawdziłem. Niestety, powiedziałem, mam tylko dwie dychy. To za mało, westchnął, ale może ktoś dorzuci resztę. Wziął i poszedł przechadzać się z walizką. Nawet mnie nie zaniepokoiło, że nikogo nie pytał o brakującą resztę pieniędzy. Może, pomyślałem, potrzebuje się rozejrzeć, żeby wyłowić z tłumu kogoś równie zaufanego jak ja?

Uspokoiłem się, gdy krzyknął w moją stronę, że zmieniają peron. Rzeczywiście, na tablicy wyświetliła się informacja, że z dwójki mamy przejść na jedynkę. No przecież gdyby chciał mnie naciąć, jak najszybciej by zwiał, a nie śledził zmiany w rozkładzie!

Poszedłem z nim. Po zmienionym peronie jakiś czas krążył, po czym więcej go już nie zobaczyłem.

Na Wschodnim wysiadły trzy osoby. Żadna z nich nie miała walizki. Stałem jeszcze chwilę, chociaż pociąg już dawno zniknął za horyzontem, a na peronie poza mną nie było żywej duszy. Jeszcze jednak miałem nadzieję…

Nie, nie chodzi o te 20 złotych. Chodzi katastrofalne zaufanie społeczne, którego poziom tego dnia w Polsce jeszcze mocniej poszybował w dół!

O ciotkach rewolucji

Przewodniczka w muzeum Konopnickiej spełnia wszystkie wygórowane kryteria. Jej opowieść jest płynna, interesująca, bogata w ciekawostki i anegdoty, tembr głosu przyjemny.

Narracja jest w duchu feministycznym – w dobie dobrej zmiany, w samym epicentrum elektoratu godnościowego, to z jej strony albo niefrasobliwość, albo odwaga.

Za nami już opuszczenie męża, niechodzenie do kościoła, czytanie wywrotowej prasy. Niespiesznym, ale zdecydowanym krokiem prelekcja zmierza do romansów. Zastanawiam się, czy przemiła pani pójdzie na całego i opowie o związku z Pietrkiem, czyli Marią Dulębianką, czy jednak włączy autocenzurę. W końcu jednak pojawia się i Dulębianka, i informacja, że, no, no…, obie są dziś ikoną ruchów LGTB. Żadnych przy tym chichów-śmichów, żadnych mrugnięć okiem i rysowania nad czołem kółek w powietrzu, co ma sugerować słuchaczom, że obie były po prostu brzydkie i pierdolnięte.

Rozglądam się po wycieczce, spodziewam się świętego oburzenia, zarzutów o Gender i komunizm… Na razie jednak jeszcze jest spokojnie…

Tymczasem przewodniczka zmierza ku końcowi opowieści, gdzie jak się można spodziewać, pojawia się i śmierć, i pogrzeb.
- Chciały być pochowane razem – mówi o obu paniach. – Tak też się stało, ale po latach rozdzielono zwłoki.
- Kto je rozdzielił?
- Dlaczego to zrobił?
- Komu to przeszkadzało? – dobywa się ze strony wycieczki głos oburzony, a podniesione w górę ręce, jak w tych programach interwencyjnych, gdzie krwiopijca zamknął zakład i uciekł z ostatnią wypłatą, gotowe są po latach wymierzyć sprawiedliwość.
- Hańba! Hańba! – dorzucają w miejsce narracyjnej puenty.

Spoglądam na starszawe, uberotowione, omoherowane kobiety, po których się spodziewałem potwierdzenia wszystkich oczywistych stereotypów i łza mi się kręci w oku, jak wtedy, gdy oglądam tamte bezradne włókniarki z programu interwencyjnego. I taki dumny z nich jestem, taki w nich przez tę krótką chwilę zakochany.

O ścianie płaczu

Miejsce i okoliczności nie są ważne, bo oczarowanie może dopaść wszędzie. W autobusie, w windzie, w sklepie, a nawet we własnej robocie.

Marek, 34 lata: Jechaliśmy dziś autobusem 116 Alejami Ujazdowskimi i Nowym Światem. Było piękne słoneczne popołudnie, tuż po godzinie 16tej. Wysiadłeś na przystanku Ordynacka, ja kontynuując podróż spoglądałem na Ciebie zza szyby autobusowych drzwi. Odwzajemniałeś to spojrzenie, wysoki, przystojny chłopaku.

Filip: Dziś pomiędzy 16 i 17 prowadziłem rower przez Iwicką albo Czerską wzdłuż ul. Gagarina. Miałem skórzaną kurtkę i buty sportowe z różowymi podeszwami. Minołeś mnie wymieniając ze mną ukrywane spojżenia. Wysoki brodaty chłopcze w okularach i kraciastej koszuli. Byłbym przeszczęśliwy gdybyś poszedł ze mną na spacer.

Mordor: Bogdan, czy Ty nadal u nas pracujesz? Niedawno zmieniłeś dział i dołączyłeś na moją stronę biura, jednak od dłuższego czasu Cię nie widuję. Gadaliśmy parę razy, raz w kuchni, a raz w łazience jak myłeś zęby… kojarzysz?

Zauroczenie nie wybiera, jest demokratyczne. Dotyczy tak samo kierowników działów jak i sprzedawców, kurierów i taksówkarzy.

Mlody, 20 lat: Fantastyczny chłopaku. Wczoraj koło godziny 18:20 wiozles mnie z Targowka na aleje Ujazdowskie. Jestes fantastyczny. Nie mogłem od ciebie oderwać wzroku. Jezeli masz chec odezwij sie :p

Marek: Maciek z castoramy. Doradzales mi w panelach. Jesli tu zagladasz to powiem ci ze moze razem je ulozymy. Super chlopak jestes.

Dostawca: Cześć, byłeś 14.03 u mnie na 4 piętrze jak zwykle uśmiechnięty przepraszałeś za spóźnienie ale były korki. Ja jak zawsze przytrzymywałem psa. Jak kojarzysz i jesteś zainteresowany to daj znać i napisz jakie jedzenie mi dostarczałeś :p

Spacerowicz: Scianles dzis ok godziny 11 zywoplot przy ul. palestynskiej. Zagadales ze „fajny piesek”. Ty tez sympatyczny chyba jestes. Wczesniej mijalismy sie na Wysockiego. Byc moze tu zaglądasz.

Nike: Sprzedajesz koce, pościel na pewnym targowisku. Czasem przechodzę obok Twojego sklepu, uśmiecham się do Ciebie. Zawsze też mi się przyglądasz, tak jak i dzisiaj. Chciałbym Cię poznać :-)

Ileż szczegółów, ileż drobiażdżków! Nazwa ulicy, numer linii, w co kto był ubrany, co powiedział, choć przecież tyle rzeczy codziennie jest ważnych. Tymczasem wystarczy chwila, a błysk w oku utrwali obrazek na wieczność.  On będzie go rozpamiętywać, rozbierać na czynniki pierwsze. Dołoży do niego historię, która przewalać się będzie ciągiem dalszym w wieczornym przewracaniu się na poduszce albo podczas porannej jazdy pustym autobusem. Aż wreszcie w przypływie odwagi (albo rozpaczy) nie wytrzyma i wyrzuci w czeluść internetu tę swoją tęsknotę z nadzieją, że świat się ulituje i zdarzy się cud.

Piotr, 28 lat: Kolego z brodą, byłeś za mną w kolejce do … Ciągle się na siebie patrzyliśmy, żaden z nas nie uciekał wzrokiem. Masz piękne oczy i cały jesteś piękny, tylko gdzie ja teraz cię znajdę, eehhh.

Nie wiedziałem w ogóle, że taka strona istnieje. Wydawać by się mogło, że w czasach, gdy wszystko, zwłaszcza romanse, przychodzi lekko i szybko, ludzkość zrezygnuje z romantycznych karteluszków rzucanych w butelce do morza. Przecież są już jakieś super szybkie aplikacje, niedające szansy porażce. Za jednym kliknięciem dowiemy się, że najbliższy chętny członek czeka już w sąsiednim wagonie, kilka biurek dalej, w toalecie za drogerią, trzecie drzwi na prawo. A w załączeniu, żeby się nie dać wywieść w pole algorytmom, jego zdjęcie z dokładnymi wymiarami.

A tymczasem na tej stronie to wszystko wygląda nadal jak w czasach moich starych, gdy pisało się do radia miłosne listy, które szły trzy tygodnie. Gdy redaktor czytał, że pan szuka pani, która na plaży w Łebie miała na sobie niebieski kostium i czytała stary numer „Ekranu”, matka robiła głośniej. I nie wiem, czy w ten sposób dawała wyraz tajemnemu marzeniu o romansie czy o wczasach nad morzem, którego nigdy nie widziała. A potem już do samego wieczoru nuciła piosenkę o tym, że znamy się tylko z widzenia, a jedno o drugim nic nie wie albo tę drugą o tym, że szła przez skwer, a z tyłu ścigał ją pies z „Głosem Wybrzeża” w pysku.

I ja dzisiaj tak samo.  Choć oficjalnie wyśmiewam nabywców koców i klientów Castoramy, choć walcząc ze wzruszeniem wyzywam się od najgorszych sentymentalnych oszołomów, durnych romantyków, to  jednak z napięciem śledzę tę ścianę płaczu i mam nadzieję, że wreszcie  zdarzy się cud, gdy przeczytam o sobie, jak jechałem 114, miałem na głowie czarny beret i speszony ciągle spuszczałem wzrok.

O starym niedźwiedziu

Wydarła się na mnie. Ja nic. Minę raczej mam taką ośmioletnią, kiedy babka w szkole tak samo się darła: coś widać przeskrobałem, choć nie wiem, co.

Nie bronię się, nie szukam żadnych argumentów. Wiem, że z babą nie wygram. Drzyj się więc, idiotko, drzyj zdrowo. Śmiało, nie krępuj się, albowiem w ten sposób  zaraz ci przejdzie. Mnie tu i tak nie ma. Stoję, trzymam się klamki, ale nie oddycham, nic nie czuję. Schowałem się właśnie w szatni za płaszczami, właśnie uciekłem w najdalszy kąt, żeby nie dostać się w łapy starego niedźwiedzia mocno śpiącego. Więc możesz na mnie krzyczeć, możesz mnie straszyć wezwaniem matki, zjedzeniem, zwolnieniem – ja i tak tylko udaję, że się boję.

Wybuchnę dopiero na terapii i pan Paweł będzie mnie musiał uspokajać, tłumaczyć, co się stało. I dopiero dzięki jego pomocy znajdę treść mowy obronno-oskarżycielskiej. Być może po tygodniu, jak ten strażak z anegdoty Gustawa Holoubka, z impetem otworzę drzwi i wreszcie wykrzyczę na otwartym gardle: sama jesteś ku..a stara!