O ch…ej zmianie

Z edukacją róbcie sobie, co chcecie. Ja się już czego trzeba naumniałem i nie zamierzam mieć w przyszłości ze szkołą niczego wspólnego. Bez Trybunału będzie mi teoretycznie ciężko, ale trudno, jakoś przeżyję. W sprawie aborcji mogę krzyczeć i protestować, ale ostatecznie przecież i tak nie urodzę. Zapowiadanych niskich emerytur z pewnością nie dożyję, bo mnie wcześniej jako lewaka deportujecie do San Escobar.

Róbcie zatem sobie, co chcecie, bawcie się sami z chłopakami kibolami i klerem, ale od powiatu wołomińskiego wara!

O co chodzi? Oto jakieś kręgi pisowskie z obwarzanku warszawskiego wpadły na pomysł, żeby podzielić powiat wołomiński i jego zachodnią część przyłączyć bezpośrednio do Warszawy, a z tego, co zostanie, zrobić powiat radzymiński. W ten sposób zmieni się elektorat stołeczny na korzyść zwolenników Kaczyńskiego, którzy rządzą na wschód od Kanałku Bródnowskiego, więc żadna HGW czy inna żydolewaczka nie wygra już wyborów.

Z Radzyminem proszę bardzo, wszystko mi jedno. Ja powiaty lubię, ale  bez przesady, za nie umierać nie będę. Natomiast włączać do Warszawy niczego nie pozwalam. W ten bowiem sposób stracę cztery miasta z mojej tajnej listy miast!

Była Kobyłka? Była. Była Zielonka? Była. Były Marki i Ząbki? Były, ale się zmyły! Miałem 254 miasta, a za chwilę będę miał tylko 250! Na otarcie łez nie pomoże nawet Opatówek, który z początkiem roku uzyskał prawa miejskie, więc mogłem go dopisać, bo nadal będę stratny.

Ja się też pytam: co potem? Może likwidacja Gdańska? Może przyłączenie Londynu albo chociaż Lądka-Zdroju? Może walenie o świcie w drzwi i pod lufą Błaszczaka wykreślanie Pučišća z tajnej listy chorwackiej? Las Rozas de Madrid z tajnej hiszpańskiej? Esperal i Aviomarin z saneskobarskiej? No żesz kurwa!

O Czwartym Świecie

Gdyby rząd nie miał pomysłu na ministra spraw zagranicznych, informuję, że jest godna kandydatura, która zresztą pracuje w zaprzyjaźnionym Urzędzie.

Wprawdzie nie posługuję się angielskim czy francuskim, ani też żadnym innym językiem obcym, ale za to znam się świetnie na protokole dyplomatycznym, bo kiedyś na weselu siedziałem obok laski po stosunkach międzynarodowych i ona mi powiedziała, co robić, gdy kulka lodów spadnie na obrus. Nie pomylę też żadnego państwa, gdyż w sprawach geograficznych fantazjuję codziennie. Nie ma takiej opcji, żeby mi się wypsło jakieś nieistniejące państwo. Obudzony w środku nocy wymienię listę wszystkich (łącznie z tymi trzema trudnymi, co się zaczynają na „Saint”) w porządku alfabetycznym i to od tyłu. Państwa te również codziennie odwiedzam, a także rozmawiam z nimi.

Gdyby jednak rządowi zależało, aby uprawiać dyplomację z państwami nieistniejącymi, informuję, że to mam również przećwiczone. Bywało, że dzieliłem Syberię i Antarktydę, a także usypywałem fikcyjne wyspy na Atlantyku. Można mnie było spotkać w wieku lat dziesięciu, kiedy pochylony nad zeszytem w kratkę rysowałem kontury granic i wyznaczałem dostępy do morza. Potem sprawę zarzuciłem, bo wydawało mi się to dość wstydliwe, zwłaszcza przy kolegach, ale skoro to już oficjalna linia, ogłaszam, że w takim razie wracam do gry, że wstaję z kolan. O, tu, w tym zeszycie w kratę mam zapisane propozycje stolic, flag, podziału administracyjnego i szefów rządów tych nieistniejących państw.

Mam opracowaną nie tylko teorię, ale i praktykę. W końcu przecież sam na tym blogu założyłem własne państwo i przez siedem lat nie zdarzyło mi się zaliczyć wpadki nie tylko jako minister spraw zagranicznych, ale też jako marszałek sejmu, a nawet lider opozycji.

W każdym razie aprobuję i popieram w całej rozciągłości linię naszej dyplomacji. To nie sztuka prowadzić politykę zagraniczną z istniejącymi państwami. Prawdziwe mocarstwo wyprzedza posunięcia, przewiduje trzy ruchy naprzód, sięga poza widzialne i rozumowe, gada do siebie i przekręca.

Informuję, że mogę zostać także jakimś wojewodą, który wymyśli nowe miasta. Albo burmistrzem powołującym nieistniejące ulice.

O żółtych papierach

Na samym początku przyszła, narobiła wokół siebie szumu, wkurwiła. Gadkę miała głośną i niedorzeczną. Do tego włos rozczochrany, piętę w plastikowym klapku brudną. A przecież pracujemy w Urzędzie, gdzie także petentów w stroju i ekspresji obowiązuje powściągliwość.

O, jaka ona już od maleńkości jest zajebista! Proszę, tu ma poświadczone, udokumentowane. Na tym papierze w pstre ciapki, z pieczątką z ziemniaka. Należy ją zatem umówić do przełożonych na wczoraj, bo chce zaprezentować autorski program ratujący świat. No, już, wpuść ją, wpuść, bo jest bardzo ważna.

A idź, wariatko jedna, pomyłka, nikogo nie ma w domu.

Uparła się jednak, że prędzej trupem padnie niż się stąd ruszy. Do tego ad personam dorzuciła, że mam zmarszczki i w ogóle źle wyglądam.

Potem okazało się, że sprawa ma się zupełnie inaczej niż na pozór wygląda. Wariatka bowiem przeżyła tragedię, coś, przy czym zmarszczki i zły wygląd to doprawdy śmiech na sali szpitalnej, nie uporała się z tym i nie poradziła. I ten szum wokół siebie, ta cała głupia gadka jest zamiast rozpaczy, której najzdrowszy by nie wytrzymał.

Aha, czyli jednak wariatka… Czyli posiadaczka oficjalnych żółtych papierów! Jak tak, to co innego. Jak tak, to od razu trzeba było…

Pojawiło się niewypowiedziane porozumienie, coś jakby niewidoczne dla innych puszczenie oka, że jesteśmy z tej samej branży i znamy tajny kod do ratowania świata. Może kiedyś, kto wie, minęliśmy się w przychodni? Może nawet na terapii zajęciowej wspólnie ćwiczyliśmy stemple z ziemniaka?

Od tej chwili polubiłem wariatkę z jej włosem rozczochranym i brudną piętą w chodaku. A proszę bardzo, mówię, wszyscy czekają na panią z niecierpliwością. Wszyscy, dodaję, z chęcią usłyszą o unikatowym projekcie na papierze w ciapki. I wpuszczam ją na gabinety, choć w ogóle nie była umówiona, choć za drzwiami właśnie odbywa się narada planistyczna w krawatach i szpilkach.

I ona też się dla mnie zrobiła miła i serdeczna. Powiedziała nawet, że w tych zmarszczkach mi do twarzy i że ona mnie nigdzie teraz nie puści.

Od tego czasu bardzo jej kibicuję w rozwalaniu sztywniackich konferencji i nadętych seminariów. Jak tylko widzę, że wstaje z tym swoim kołtunem na szczycie głowy, zadaje pytanie nie na temat, wplata w nie dygresje od Sasa do Lasa, aż wszyscy przewracają oczami i wiercą tyłkiem w fotelach, mam cichą satysfakcję współudziału w demolce systemu.

O reemisji

Ponieważ nowy terapeuta jest całkowicie zielony, muszę mu od początku opowiedzieć całą swoją historię.

Gotowi? Wygodnie usadowieni? Najedzeni i wypróżnieni? Zastanówcie się dobrze, bo kolejny raz nie będę powtarzał.

Nazywam się tak i tak, mam lat tyle i tyle, cierpię na to, na to i na tamto. Byłem dzieckiem cichym, grzecznym, nieszczęśliwym. Pamiętam, a było to w wieku lat siedmiu, kiedy jako najmłodszy z rodzeństwa… Bla, bla, bla…

Nie! Dość! Ileż można?!!! To przypomina powtórki starych odcinków „Klanu”, puszczanych w wakacje na Polonii. Z tym, że przy nich można się czymś zająć: wstawić pranie, wyjść ze śmieciami, zdrzemnąć się. Odmykamy oko, a tam ten moment, kiedy Elżunia zamyka aptekę, a Krystyna otwiera koniaczek. Dobrze, nic nie straciliśmy, można się przekręcić na drugi bok. Tutaj poza zielonym psychoterapeutą też nic nie stracimy, ale musimy czuwać, żeby niczego nie ominąć, choć właśnie chce nam się jeść i potrzebujemy szybko do toalety.

No więc w wieku lat siedmiu, jako najmłodszy z rodzeństwa… Śpicie już?

O seksie w święta

Rumsztyk ma w Holandii znajomego księgowego (starego i brzydkiego, choć to oczywiście kwestia gustu), od którego co roku dostaje kartki świąteczne. W kartkach tych oprócz życzeń (bla, bla, bla…) jest informacja, że właśnie wyjeżdża na swoje egzotyczne sekswakacje z panem do wynajęcia. Na potwierdzenie tej wiadomości do kartki dołączane jest zdjęcie roznegliżowanego kochanka w czapce świętego Mikołaja.

O ludzie, co to za kraj, co to za naród! Nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie takiego nieskrepowania, a co dopiero reakcji na nie. Jak to – pytam się Rumsztyk – i nie było zarzutów o obnoszenie się? Nie było ciosania kołków, że zabijesz tym matkę, że przewrócisz ojca w grobie? Nie było pieprzenia o sianku, dwunastu daniach, pierwszej gwiazdce i talerzu dla niespodziewanego gościa, których przecież nie uświadczysz w tropikach? U nas nie ma sianka – odpowiada Rumsztyk. I dodaje też, że pan jest powszechnie szanowaną osobą, superspecjalistą w swoim fachu, wykładającym nawet księgowe kruczki na uniwersytecie. A jego kartki nie wzbudzają żadnej paniki wśród adresatów i listonoszy, a jedynie rozbawienie.

Mam nadzieję, że dożyję takich czasów, kiedy stać mnie będzie nie tylko na wakacje na drugiej półkuli w środku zimy, ale też na odwagę sporządzenia zabawnych świątecznych sekskartek, które roześlę (jako szanowany urzędnik resortu obrony) do ministra, dyrektorów, generałów,  ordynariuszy polowych i w ogóle wszystkich nieobojętnych mi ludzi.

Tymczasem trzeba wciągnąć dwanaście dań i to szybko, bo zaraz będzie zimne. Jeśli tego nie zrobisz, zabijesz matkę, a ojca przekręcisz w grobie. Wesołych świąt, rodacy.

O pokoju na ziemi

W tym roku po raz pierwszy w historii własnego mieszkania zdecydowałem się na choinkę. Ale nie jakąś wydumaną ze śmiesznymi ozdobami, wydzierganymi po burzy mózgu z włóczki albo butelek PET, z tęczą multi-kulti przez środek, ale taką najnormalniejszą na świecie jak u zwykłego Polaka z orędzia pani premier.

Na choince powiesiłem złote dzwoneczki, które zostały jeszcze po poprzednim właścicielu. Drzewko ustawiłem na stole uprzednio omiecionym z kurzu i przedświątecznie wypolerowanym. Aby wzmocnić nastrój rozpyliłem w powietrzu aromat pasty do podłogi, płynu do szyb i przypalonych pierogów.  Na koniec wszystko wyprałem, wytrzepałem, wykrochmaliłem. Normalnie teraz nóg nie czuję i marzę tylko o tym, żeby już był wtorek dwudziestego siódmego, ale przynajmniej jest pięknie i normalnie. Chwała na wysokości, a pokój, a raczej porządek, na ziemi.

A zatem w tym roku wszystko jest we właściwych trendach, w najmodniejszych biało-czerwonych kolorach. Koniec ze szwędaniem się po izraelach, po holandiach, koniec z dietą śródziemnomorską w środku grudnia, koniec z lewackim kontestowaniem tradycji. Święta to mają być święta!

Teraz brakuje tylko focha, nieprzebaczania, niedarowania win, niczym się niedzielenia i tak zaciśniętych w gniewie ust, żeby nie przeszła przez nie żadna fraza o miłości bliźniego. Niestety, święta jednak po lewacku spędzę sam, a jak na razie jeszcze się na siebie nie obraziłem.

O efekcie placebo

Chciałem pochwalić pana doktora, że dobrał mi dobre leki, po których ustąpiły stany lękowe i złe nastroje. Żadnych objawów ubocznych przy tym nie przyniosły, jeśli nie liczyć dziwnych snów…

Dwa z nich mogę tutaj przytoczyć. Jeden był o tym, że byłem na jakiejś nudnej imprezie i chciałem już wyjść, ale nigdzie nie mogłem znaleźć butów. No więc chodzę i wszystkich się wypytuję, czy nie widzieli. W końcu jeden chłopak  nie wytrzymuje i mówi, że pewnie sam je schowałem tylko po to, żeby zwracać na siebie uwagę. I żebym je już lepiej znalazł, bo tu się już dawno miała odbyć orgia, ale nie może, bo wszyscy czekają, aż wreszcie sobie pójdę. Drugi był o tym, że się zgubiłem w Beskidzie Śląskim, ale zaopiekowali się mną ludzie-konie.

Ale poza tymi snami nic więcej niepokojącego nie dostrzegam. Nie ma ani drgawek, ani nudności. Ani zgrzytania zębami, ani mlekotoku, ani bolesnych krwawień miesięcznych. Bardzo panu doktorowi, który jest taki mądry i przenikliwy, i tak się do mnie teraz uroczo uśmiecha, dziękuję.

- Nie wiadomo – mówi doktor z cierpką miną – co tu pomogło. Może to, a może co innego. Jest naukowo udowodnione, że leki antydepresyjne dają efekt placebo…

W tej sytuacji nic już mi nie zostało do powiedzenia. Poczułem, że chyba już muszę iść zamiast na siłę zwracać na siebie uwagę.

O tym, jak sobie radzić z depresją

Staram się niczego nie inicjować, nie podejmować większych kroków, raczej w ogóle się nie ruszać. Leżę sobie tylko pod kaloryferem i poświęcam czas spokojnej lekturze. Jak miło!

Najpierw przeczytałem „Małe życie”. To powieść o chłopaku znalezionym jako niemowlę na śmietniku, molestowanym w dzieciństwie, który potem całe życie się ciął, a na koniec popełnił samobójstwo. Jednym słowem bohater poniósł porażkę, a ja prawie razem z nim, aż trzeba było Rumsztyk wzywać, żeby mnie podniosła spod kaloryfera.

Potem, niczego nieświadomy, sięgnąłem po „Burę i szał” Aleksandry Zielińskiej. A tam na trzystu stronach schizofrenie, psychiatrzy, szpitale, terapie i cała tablica Mendelejewa we krwi, aby zwrócić bohaterkę społeczeństwu. Niestety, bidula, również ponosi porażkę.

Na koniec, tym razem już perfidnie, pomaltretowałem się rozmowami o Holokauście, po którym, jak można było przypuszczać, nikt także nie wstał z łóżka, by wziąć się ochoczo za sprzątanie.

Walnąłem książkami o ścianę i zdecydowałem się rozerwać telewizją. Jak na złość w TVN-ie leciał program o psychopatach. Pokazali na przykład szpital w Gostyninie, gdzie trzymają pedofilii i innych zwyrodnialców po odbyciu kary więzienia. Jak się okazało mają tam nie tylko wikt i opierunek, ale także stały dostęp do internetu i specjalistyczną opiekę psychoterapeutyczną. Można powiedzieć, że akurat psychopatom w tym zestawie ułożyło się najlepiej.

O wyrzucaniu w błoto

Kto się zakładał, że szlag trafi naukę tanga, ten wygrał. Nie poszedłem na trzy kolejne lekcje z andrzejkową milongą włącznie.

Naprawdę starałem się, przysięgam. Zapłaciłem nawet z góry za cały listopad, żeby postawić się w sytuacji odpowiedzialnej i oszczędnej. Przecież nie można nie chodzić, jak się zapłaciło, no nie?

A jednak. Nie mam siły ruszyć ręką, a co dopiero nogą! Nie mam siły na mycie, ścielenie, rozbieranie, a co dopiero na spodziewaną krytykę i pewne niepowodzenia na oczach ludzi! W zamian obiecuję leżeć bez ruchu, patrzeć się w ścianę, nie ozywać się i w ogóle być grzecznym.

A pieniądze? No, cóż, jak już przehulałem kasę na psychiatrię, która i tak nie pomaga, to co mnie obchodzi wyrzucone w błoto tango?

O sezonie na karpie

Ponieważ moja stara terapeutka wyjechała na emigrację, a ta następna przez nią polecana lekko mnie wkurwiła, postanowiłem sam sobie poszukać kogoś na mieście.

Moje wymagania były następujące: mężczyzna (bo trzeba się w końcu zmierzyć z ojcem, a nie tylko w kółko wałkować matkę), atrakcyjny (żeby było na kim oko zawiesić w sytuacjach zastanawiania się nad tym, co czuję), traktujący pacjenta w sposób nieszablonowy (skoro ja sam jestem nieszablonowy i nie dla mnie różne sztywne metody), tani (wiadomo!) i w ogóle fajny. Trzeba przyznać, że to nie są Bóg wie jakie oczekiwania, więc spodziewałem się szybkiego znalezienia psychologa, a wręcz małego castingu na tego najlepszego. Potwierdzili to moi liczni znajomi i przyjaciele psychologicznie wykształceni i w praniu mózgu zawodowo praktykujący. Podali mi kontakty do samych wybitnych i szczególnie polecanych.

Wykonałem tryliony telefonów i maili. Okazało się jednak, że ci wybitni i szczególnie polecani w ogóle nie mają terminów w najbliższej dziesięciolatce, ale za to mogą mi polecić kogoś na swoje miejsce – szczególnie takich drogich i niefajnych. Wykonałem trylion telefonów do kolejnych polecanych, lecz widać jest popyt w narodzie większy niż na karpie w grudniu, bo ci także nie byli mnie w stanie przyjąć w bieżącym stuleciu. Ograniczyłem wymagania, wykreśliłem z listy kryteria płci i uroku osobistego, zdecydowałem, że, trudno, niech będzie to nawet babka wyjątkowo obrzydliwa, oby tylko miała jakieś minimalne zawodowe uprawnienia, oby choć pobieżnie orientowała się w zaburzeniach, w miarę poprawnie odróżniała podstawowe emocje, a nie że sobie na kursie po gastronomiku coś ubzdurała. I znalazłem taką, szczególnie paskudną, która jednak zażyczyła sobie opłaty za lata świetlne terapii z góry.

Moi znajomi na szczęście nie ustają w polecaniu. Z jednej strony mają rację – teoretycznie to wszystko wygląda prosto i zwyczajnie. Z drugiej jednak to jest tak jak z zawieszeniem tego telewizora na wysięgniku, który mimo wielu deklaracji i ofert pomocy w praktyce po prostu nie miał dziur!

Z walki o swoje zdrowie zaliczyłem jednak mały sukces: udało mi się zapisać na USG pęcherza moczowego na 20 kwietnia. Tak, tak, już przyszłego roku. W dodatku całkiem za darmo.