Mały pisarczyk z... 2012-05-27 20:19:19

Technika Okienna i Lufcikowa
05-092 Łomianki

Szanowni Państwo,

kierując się pozytywną opinią, jaką macie na rynku, zdecydowałem się zamówić w Waszej Firmie wykonanie parapetu wewnętrznego drewnianego. W dniu 29.03.2012 spotkałem się w miejscu mojego zamieszkania z przedstawicielem Waszej Firmy, panem Wiesławem Sarneckim, który dokonał niezbędnych pomiarów. Wspólnie ustaliliśmy materiał, kolor, kształt i koszt usługi oraz termin jej realizacji (1 miesiąc). Wszystkie ustalenia zostały zawarte w umowie, którą wspólnie podpisaliśmy. Jej kopię przesyłam w załączniku.

Mimo że reklamujecie się Państwo jako firma, która nie pobiera zaliczek, pan Sarnecki zasugerował, że wcześniejsza wpłata w wysokości 50 proc. ceny, przyśpieszy termin wykonania usługi. Dlatego jeszcze tego samego dnia dokonałem przelewu. Jego kopię przesyłam w kolejnym załączniku.

Do dnia 14.05.2012 r. nikt nie odezwał się do mnie w sprawie zamówienia. Wówczas zaniepokojony podjąłem kilkakrotne próby skontaktowania się z panem Sarneckim. Za każdym razem przedstawiciel Państwa Firmy zbywał mnie informacją, że oddzwoni za pięć minut. Owe pięć minut trwało w sumie trzy dni. Dopiero moja interwencja telefoniczna bezpośrednio w Państwa Firmie sprawiła, że pan Sarnecki w dniu 17.05.2012 wreszcie oddzwonił z informacją, że ZAPOMNIAŁ (!!!) o moim zamówieniu. Jakież było moje zdumienie, kiedy spodziewając się renegocjacji ceny na moją korzyść tytułem zadośćuczynienia, usłyszałem od pana Sarneckiego, że się jeszcze POMYLIŁ w wycenie! I to o sto procent! Na moje grzeczne próby niezgodzenia się z jego propozycjami i groźbę interwencji bezpośrednio w Państwa Firmie... rzucił słuchawką.

Piszecie Państwo na swojej stronie: „Od początku naszej działalności oferujemy klientom markowe produkty, krótkie terminy realizacji, niskie ceny oraz profesjonalną obsługę klienta. To właśnie profesjonalna obsługa klienta jest głównym źródłem naszych sukcesów, które osiągnęliśmy poprzez kadrę wykwalifikowanych pracowników, którzy są do Państwa dyspozycji - wystarczy jeden telefon i Państwa problem staje się naszym problemem.”

Nigdy w życiu nie czytałem czegoś tak bardzo odstającego od rzeczywistości, a w mojej sytuacji wręcz kuriozalnego. Nie pamiętam, abym w swoim życiu jako klient został tak lekceważąco i nieprofesjonalnie, a wręcz upokarzająco potraktowany. Nadużyty został mój cenny czas, a mój problem nie tylko nie stał się Państwa, ale wręcz dzięki Państwa wykwalifikowanemu pracownikowi zyskałem problem, jakiego wcześniej nie miałem. Zamiast jednego telefonu było kilka. I to z mojej strony i na mój koszt. Chyba nie o to chodziło, prawda?

Albo Państwo świadomie wprowadzacie w błąd klientów, co jest, łagodnie mówiąc, nieuczciwością, albo macie w swoim gronie ludzi, którzy kompletnie nie rozumieją idei Waszej Firmy, co z punktu widzenia biznesowego jest niefrasobliwością pracodawcy. Mam nadzieję, że jednak mimo wszystko chodzi o to drugie. Chciałbym wierzyć, że wspólnie mieliśmy do czynienia z jednostkowym przypadkiem, który na dłuższą metę nie zagrozi wizerunkowi Techniki Okiennej i Lufcikowej. Pracując w środowisku public relations wiem, jak ciężko i długo pracuje się na renomę firmy, a jak szybko, niestety, ją się traci przez nieodpowiedzialne zachowania osób przypadkowo z nią związanych.

Ze swojej strony oczekuję realizacji umowy, podpisanej przez reprezentującego Waszą Firmę przedstawiciela w dniu 29.05.2012 r., która wraz z integralnym z nią Regulaminem  w świetle obowiązującego prawa (art. 636 kc) nakłada obowiązki na obie strony. Nie muszę chyba dodawać, że liczę na poważne i pełne szacunku traktowanie mnie przez kompetentne i znające w sposób profesjonalny swój fach osoby, które będą się ze mną kontaktowały w imieniu Techniki Okiennej i Lufcikowej.

Sobie i Państwu życzę szybkiego i owocnego rozwiązania niniejszego problemu.
Łączę wyrazy szacunku,

Marcin „Proszę Prince’a” Rzymski
Moje Państwo

Zał. 1. kopia umowy wraz z regulaminem
Zał. 2. kopia przelewu


Piękny list wysmażyłem, prawda? Duma moja jednak trwała krótko. Nagle mnie coś tknęło, by sprawdzić, kim jest pan Sarnecki. Otóż pan Sarnecki jest właścicielem i generalnie mu zwisa i powiewa, gdyż sam, jeśli tylko zechce, może się zwalniać i zatrudniać, przypominać i zapominać, oddzwaniać i rzucać słuchawką, Zwłaszcza takie gadki szmatki, jak moja, mogą mu latać nie tylko koło nosa, ale i po całych Łomiankach.

Więc z braku innych możliwości publikuję ten mój wymęczony protest tutaj, szanowni czytelnicy, jako wyraz naiwnej wiary w słowo, które straszy, ostrzega i porusza sumienia. I wzorem pana Sarneckiego (żeby zdechł!) rozpatrzę go albo i nie.

Tagi: słowo, protest, pr, reklamacja, parapet, skarga, blef, klient nasz pan, sarnecki

skomentuj (0)

Pani Proszę Prince’a 2012-05-23 16:40:00

Od niedzieli mam gościa. A to oznacza, że muszę  gotować.

Pierwszy obiad był niesamowitą przygodą. Drugi - z lekka zalatywał rutyną. Przy trzecim - dostałem szału.

Nie rozumiem, jak te moje koleżanki, prywatnie małżonki, matki i panie domu, po tylu godzinach ślęczenia w robocie, mogą jeszcze znosić codzienną katorgę pitraszenia dla całej zgrai głodomorów. To przecież do samej prawie osiemnastej schodzi! A potem jeszcze zmywanie stosu naczyń, przechadzka z odkurzaczem, nocny dyżur przy desce do prasowania, wybieranie koszul dla małżonka, robienie potomstwu kanapek do szkoły i Bóg jeden wie, co jeszcze. I to za darmo! Bez najmniejszego nawet komplementu, za to z kupą pretensji. Ocipieć można.

Mnie wystarczyło kilka dni, żeby dostać uderzeń gorąca i ciągłego rozdrażnienia. Więc kiedy zmęczony harówą walnąłem się wreszcie do łóżka, zamiast po Białoszewskiego sięgnąłem po „Panią domu”, żeby sobie dla wytchnienia poczytać o dietkach. Nagle, o, nie! A ten czego się wierci, do czego wyciąga te dwie lewe ręce?  Czego chce, leser jeden?  Jeszcze tego brakuje, żeby mnie na koniec, kiedy już nóg nie czuję, miał puknąć.

A mnie właśnie boli głowa!

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: dom, gotowanie, kobieta, obiad, ból głowy, ocipieć

skomentuj (6)

Obrońcy królestwa bez kresu 2012-05-17 16:40:47

Główny nurt kultury - zdradza „Polityce” profesor Czapliński -  traci wiarygodność. Ale wieszcz jest możliwy w sieci. Jako bezimienny twórca...

O, Boże, czego to ja się dowiaduję! To już nie jestem niedojdą, ofermą, sierotą bożą? Przestałem być cwelem, który tworzy za darmo, nabijając kabzę Onetowi? I teraz to ja jestem górą, a nie tamci chałturnicy, tamte artystyczne dziwki, co przeliczały sferę symboliczną na stan konta i bywanie w szklanym pudle? To nie oni, ale ja wyznaczam trendy, ja jestem forpocztą? Za mną podąża lud?

Durnie, nawet nie zauważyli, że nastąpiło społeczne pęknięcie, zerwanie, odwrócenie się plecami, obalenie w proch. I ci co byli z przodu, teraz są z tyłu. Którzy dawali, biorą. Co z wysokości wydawali rozkazy, teraz sami się na klęczkach wypinają.

Dobrze, lecimy więc dalej z tym blogiem po złote runo nicości, naszą ostatnią nagrodę. Wciąż bez oczekiwań nawet na miskę ryżu, ale za to wyprostowani.

Jakie to szczęście, że jednak nie dałem się sprzedać. I wcale nie umniejsza tego fakt, że jakoś do tej pory żaden kupiec się nie trafił.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: polityka, blog, herbert, czapliński, pęknięcie, acta, przesłanie pana cogito, główny nurt, wieszcze

skomentuj (5)

Rycerze Kanciastego Stołu 2012-05-14 18:33:37

Szkolenie wyjazdowe było udane, choć z początku mi się nie bardzo podobało. Nie tylko z tego powodu, że musiałem spać nie w swojej pościeli, pić nie ze swojego kubka, przeglądać się w nie swoim lusterku.

Najgorsze było to, że przez niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę musiałem dzielić się swoim doborowym towarzystwem. A kto mnie doceni bardziej niż ja sam, no kto? Pan z lewej? Pani z prawej? Raczej nie. Przecież ja nawet nie znam żadnego z tych jędrnych dowcipów, którym tutaj mógłbym zaimponować. Znam tylko jeden, mój ulubiony, jak szedł garbaty ulicą, przewrócił się, ukołysał i zasnął. Sami przyznacie, że nieśmieszne... Zawyłem więc w duchu: ja chcę do wierszy, do filmów nadrealizmu niemieckiego, do cytatów z Seneki! Do nieskrępowanego dostępu do prostownicy i lokówki, ratunku!

I już, już miało się okazać, że nie tylko z uduchowioną inteligencją mi niewygodnie, ale i ze swojactwem nie po drodze, gdy przyszła pora na wieczór integracyjny. I wtedy nagle zachciało mi się przynależeć, bratać się, być w kręgu. Zamiast więc pójść grzecznie po pierwszej kawie do pokoju, by spędzić tam wieczór z późnym Miłoszem, podniosłem do ust zupełnie co innego, potem se dolałem, potem jeszcze cięgiem poprawiłem. Wreszcie oderwałem się z przytupem od kąta stołu, zatoczyłem kulasami, zakręciłem bąka, palnąłem facecję, za co zebrałem zasłużony rechot i szacun. Bar został wzięty!

Na drugi dzień nie było już powodów, aby strugać ważniaka. Nie było też przeszkód, aby wymienić się telefonami i mejlami. Zostałem kolegą.

Aha! Warunki mieliśmy bardzo dobre. I nie jest prawdą, że nad łóżkami dach przeciekał. Szczególnie, że prawie nie padało.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: wiersze, wyjazd, integracja, bar, akceptacja, szkolenie, lud, garbaty, ważniak

skomentuj (3)

O Bursztynowy Naparstek 2012-05-08 00:08:42

Konkurs. Powiedzmy, w Muszynie. Eliminacje środkowoeuropejskie do światowej wystawy, powiedzmy, much. I ja się wystawiam z najlepszym swoim okazem. Z „Makami w polu”, powiedzmy.

Stoję tak sobie, stoję dzień cały i już mam zwijać stoisko, kiedy mnie nagle w łokieć trącają, w plecy klepią, gratulacje składają. Ja nic, bo przecież nic nie wiadomo. Ale znowu podchodzą, z innych stoisk nawet, tak krajowych jak zagranicznych, i ściskają, i klepią. W kuluarach im nagle gruchnęło, że za faworyta uchodzę, że bukmacherzy moją wygraną obstawiają. Więc choć organicznie jestem skromny, nagle zaczynam się przechadzać po alejkach jakby prościej, z piersią jakby bardziej wypiętą, z błyskiem w jakby oku. Zagadnięty, zdradzam tajemnice warsztatu, chwalę się oryginalną metodą twórczą. Trzeba, mówię, znaleźć w sobie muchę, trzeba sobie wyobrazić, co ona czuje, czego pragnie, czego się lęka, jakie miała dzieciństwo. Tak dogłębnie przeniknięta, psychologią podparta, gwarantuje pełnię sukcesu. Oooo, mówią oni z uznaniem i namawiają, aby koniecznie zostać na gali, choć to po ostatnim pekaesie już będzie. I choć mówię, że nie, nie, ja tu nie po nagrody przyjechałem, po takich pochwałach już miejsca sobie znaleźć nie mogę. Nagle wyobrażam sobie jak mi burmistrz Muszyny będzie wręczał dyplom, jak z „Głosu Środkowoeuropejskiego” będą błagać o parę słów gorącego komentarza. Już się widzę na okładce z Bursztynowym Naparstkiem w rękach. Już w myślach dekoruję trofeami ścianę zakładu, już realizuję czek.

Wreszcie wychodzi szanowne jury, Paprocki z Brzozowskim, powiedzmy, odczytać werdykt.

I co? Jajco!

Wyróżnienie mi dali! Równie dobrze mogli te moje „Maki w polu” (powiedzmy) ogłosić najgorszą (powiedzmy) muchą roku, na to samo by wyszło. Jeszcze mi, chamy, gratulują, jeszcze klepią, jeszcze ściskają. Bezczelność!

A wygrał jakiś dziergała z, powiedzmy, Radomia. Właśnie ten, który to wielkie „oooo” zrobił, jak mu o psychokrawiectwie, powiedzmy, powiedziałem.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: konkurs, nagroda, wyróżnienie, zwycięstwo, porażka, pycha, werdykt, podpucha, faworyt

skomentuj (1)

Patataj! 2012-05-06 00:16:33

Pierwsza lekcja jazdy na rowerze, na obcej, holenderskiej ziemi, gdzie nikt mnie nie znał, to był pryszcz. Najgorsza była lekcja druga. Na swojackim Bródnie.

Wyglądam przez okno. Chłopacy z mojego bloku myją samochód. Też sobie porę znaleźli. Przecież ja teraz za żadne skarby nie wyjdę. Nie mogę się skompromitować. Nie przy nich. I tak mają mnie za pierdolniętego, co w cylindrze śmieci wynosi, po bułki chodzi, więc jak się jeszcze wykopyrtnę przed klatką, będę się mógł na zawsze pożegnać z odstawianiem równiachy. Nie, nie wyjdę. Poczekam aż się ściemni.

Jednak kiedy wyglądam o zmroku, oni dalej siedzą. Podziwiają umyte auto, przeglądają się lusterkach, machają brelokami od kluczy. O w mordę mięsnego jeża! Co robić, co robić? Przebrać się za kogoś? Dobre sobie, przecież ja codziennie (śmieci, bułki) jestem przebrany. Nie ma takiej opcji, żeby mnie nie rozpoznali. Zrobić podkop wprost do ścieżki rowerowej na Kondratowicza? Może do czasu aż się rozejdą do domów, jeździć sobie po piwnicy, osiem metrów kwadratowej?

W końcu jednak biorę się w garść i wyprowadzam rower. Oczywiście, nie wsiadam na niego. A co to, nie można sobie prowadzić? Też mi sensacja, nie widzieliśta czegóś takiego? To taki, proszę szanownych, jest nordic walking dla bardziej zaawansowanych. Zamiast kijków kółka. W Holandii bardzo popularne. Tam całe rodziny, włącznie z panującą, tak sobie spacerują wzdłuż kanałów.

No i idę z tym rowerem dziesięć tysięcy kilometrów. Mijam Biedronkę, kościół, ludzi na przystanku. Strasznie ich dużo pod tą wiatą. Jakby pół Bródna czekało na autobus. Jakby wiedzieli. Jakby specjalnie wyszli, żeby obejrzeć sobie jak wyciągam się jak długi. Zwiedzieli się, z mojej twarzy wszystko wyczytali, od chłopaków spod bloku szybkim esemesem powiadomieni zostali. O, jak to dobrze, bo już im się śmieszne filmiki na youtubie znudziły. Już im się przejadł kwejk i wiocha.pl.

Więc żeby przerwać tę mękę, chowam się za drzewem, wsiadam, jadę.

Trochę mną zakołysało przy ratuszu, ale tylko dlatego, że jadący za mną kolarz strasznie poganiał. Spieszno mu było, popisywaczowi, do slalomów i ósemek. A weź się, popisywaczu jeden! To nie wiesz, że najtrudniej jest jechać w linii prostej? W wolnym tempie? Z zatrzymywaniem się na światłach jak Bóg przykazał? Te twoje ósemki to ja przed chłopactwem z bloku na zawołanie wykonuję. I jeszcze dorzucam salto w tył.

No i też mi się nie powiodło na skrzyżowaniu, bo się jeden cham strasznie guzdrał na przejściu dla pieszych. Rozumiem, że gdzieś zgubił jeden z kijów od tego swojego nordic walkingu, ale to jeszcze nie powód, żeby aż tak drobić kroczek przy kroczku. Okulary słoneczne lepiej by zdjął, modniś cholerny!

Mimo wszystko lekcja druga została odrobiona.

Prawie... Kiedy bowiem poczułem się już tak, jakbym na drugie miał Szurkowski, a na trzecie Indurain, postanowiłem nie schodzić z roweru przed Bazyliańską, nie odwalać szopek z kolarstwem ręczno-pieszym, ale podjechać pod sam blok. A to się chłopacy zdziwią. Wyszła ciapa z rowerem pod pachą, a wraca rycerz na koniu, patataj! Niestety, już miałem hamować, kiedy jakieś licho sprawiło, że się nie wyrobłem i kobdyk, kobdyk, wjechałem wprost na świeżo wypucowane autko.

Chłopaków na szczęście już przy tym nie było. Ale moje odciski palców, stóp i czoła są teraz wszędzie.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: rower, holandia, chłopacy, blok, bródno, nordic walking, ścieżka rowerowa, ciapa, rycerz na koniu

skomentuj (3)

Opowieści z krypty 2012-04-29 21:34:44

Były trzy tajemnice Proszę Prince’a. O pierwszej wiedzą wszyscy. O drugiej też już ćwierkają wróble na co drugim dachu. Zresztą obie to obyczajowe pierdy-srerdy, uwagi niegodne. Za to o trzeciej, najstraszniejszej ze strasznych, nie wiedział prawie nikt.

Nieraz wyobrażałem sobie taką oto scenę. Otoczony spadkobercami leżę na łożu śmierci:
- Muszę wam coś wyznać - mówię.
- Co, stryjaszku, co?
- Coś strasznego, potwornego...
- Masz nieślubne dziecko z aptekarzową?
- Gdzie tam... Chodzi o to, że...
- Nie ma żadnych pieniędzy w szparze pod podłogą?
- To też. Ale ja nie o tym...
- Masz czarcie znamię na lewej łopatce, spotkałeś UFO, nie dałeś świadectwa w stanie wojennym i za butelkę bebiko doniosłeś na kolegę w przedszkolu?
- Nie... nie... nie... - charczę.
- Nie co? Pośpiesz się, dziadygo, bo czas antenowy mamy drogi - zwolna tracą cierpliwość żałobnicy.
- Wody... (tu następuje przerwa na reklamy). Nie... nie... nie umiem jeździć na rowerze!!!
W tym momencie opadam na poduszki, wydaję ostatnie rzężenie, konam.

A teraz nic z tych planów nie będzie. Wystarczyło bowiem pojechać na kilka dni do Holandii i tam z dala od paparazzi wsiąść na rower. Myślicie, że wpadłem chociaż do polderu, że nadziałem się na rogi krowy holenderki, że rozpoznany przez tamtejszą polonię zostałem starty na proch na krajowych forach? A gdzie tam! Popedałowałem tak, jakbym nic innego w życiu nie robił.

Eh... Kolejny zmarnowany talent. A to w moim przypadku akurat żadna sensacja. Na to, niestety, reklamodawcy nie polecą.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: tajemnica, rower, holandia, sensacja, reklamodawcy, broek in waterland

skomentuj (1)

Kinematograf 2012-04-24 21:50:28

Jest na Bródnie kino. Nazwę nosi swojską, szeleszczącą. Żadne multi, srulti. Nie ma toalety na wysoki połysk, hipsterskiej obsługi i tej całej wielkomiejskiej atmosfery bywania. Ma za to widownię z kolumnami, niewygodne siedzenia i bilety w bardzo niewarszawskiej cenie.

Niedziela. Popołudnie. Przede mną w kolejce starsza pani. Wyjmuje pieniądze, płaci, jakby chodziło o zestaw firmowy, specjalność zakładu. W końcu jednak się reflektuje i na wszelki wypadek pyta:
- A jaki w ogóle dzisiaj film?
- A bardzo dobry, pani Zosiu - odpowiada kasjerka.
- Ale jaki, pani Jadziu, tytuł? - drąży Zosia.
- A wie pani, że nie wiem.
Jadzia porzuca kasę i wychodzi na naszą stronę, żeby sprawdzić w rozpisce. Ale nie może znaleźć. Wraca więc do kasy po okulary, po czym znowu do nas. W końcu, jakby nieco zdziwiona:
- O, jest... No... ten, mówili, jest szczególnie dobry.
Więc pani Zosia już uspokojona idzie grzecznie do sali, gdzie pary sześćdziesięciolatków trzymających się za rękę, czekają już na ten szczególnie dobry film. Ale zanim wszystko się zacznie, wychodzi jeszcze pan z teczką. Prelegent. Streszcza biografię reżysera, wtajemnicza w technikę operatorską, zdradza kulisy planu. I za to dostaje zasłużone brawa.

A potem jest już oglądanie, którego nic nie zakłóca. Ani zgrzytanie zębów o popcorn, ani dzwonki telefonów, ani tłumy spóźnionych, którzy nawet gdyby chcieli i tak by nie weszli, gdyż prelegent z teczką zdążył wcześniej zamknąć drzwi na klucz.

Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi się z kimś zestarzeć, będę z nim chodził wyłącznie do kina „Świt”. Tylko tam, z dala od multipleksów w rozwrzeszczanych  dzielnicach, pod bezpiecznym nadzorem kasjerki, prelegenta i ciszy, kruche, drżące dłonie będą mogły z należną czułością celebrować przemijanie.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: kino, czułość, czas, starość, świt, bródno, społeczność lokalna, przedepokowe, archaiczne

skomentuj (3)

Nagrody pocieszenia 2012-04-19 22:05:23

Umykają kolejne szanse. Spodziewane wydarzenia kończą się na etapie zapowiedzi. Fantastyczne wytwory wyobraźni ostatecznie rozwiewają się nam jak fatamorgana. Eh...

Jak to dobrze więc, że umiemy poprzestać na byle czym. To jest naprawdę niesamowite, że nowa deska do krojenia może cieszyć aż dwa tygodnie. A doskonale udrapowana sieć rybacka-baldachim, po wielu wymęczonych godzinach upinania, zakończonych ostatecznie sukcesem, nawet dłużej. Wchodzimy do pokoju, a ona, niczym ołtarz na Boże Ciało albo to gotyckie cudo z Chartres, głosi chwałę stworzenia i cieszy oko Budowniczego. A ile radości daje powrót do scenki sprzed lat: jak w pierwszym dniu pracy zacięliśmy się w windzie towarowej i musieliśmy wołać „ratunku”, co wówczas przysporzyło nam wielu cierpień, a dzisiaj tak nagle przypomniane - śmieszy. Albo rozmowa z przyjaciółką, równie stukniętą jak my...  Odlot gołębi z furkotem wprost spod naszych nóg. Pierwsza, wiosenna burza. Czysta podłoga w kuchni.

Prawda, czasem brakuje pieniędzy, odpowiedniego klimatu i towarzystwa na bycie szczęśliwym. Ale i na to jest rada.

Mamy taki niezawodny sposób, godny stypendium imienia Kotarbińskiego. Ryzykowny jednakże. Otóż jak nam się chce, nie biegniemy od razu do toalety, ale hartując charakter w walce z hedonistyczną łatwizną, wstrzymujemy się jak najdłużej. Przysiadamy na pięcie, obiegamy sprzęty, podśpiewujemy coś dla dodania animuszu. Jeśli jesteśmy odpowiednio zaawansowani, możemy z pracy wybrać się nawet w jakąś długą podróż, powiedzmy na Chomiczówkę. A stamtąd jeszcze na Służewiec. I to w porze szczytu, gdy nie ma najmniejszych szans na wolne siedzące. A kiedy już czujemy, że dalsza wyprawa, powiedzmy do Piaseczna, grozi kompromitacją, wracamy. Potem  biegiem przez osiedle. Spodnie w ręku już na schodach, kluczy jak zwykle znaleźć nie można, drzwi się zacinają, deska klozetowa opada, majtki się plączą, ale już, już za chwilę... Jeeeeeeeeeeest!!! Salwa! Wystrzał armatni na cześć! Oto wyzwolenie, zdobycie Koła, zajęcie Opoczna, wspaniała wiktoria u wlotu do kanału!

I to jest właśnie ta chwila. Jedna jedyna, najcudowniejsza. Teraz to już można nawet tańcować. Przynajmniej do czasu, kiedy się okaże, że znowu nie ma papieru.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: radość, ulga, wc, drobnostki, kotarbiński, o szczęściu

skomentuj (3)

Eklezjastycznie 2012-04-15 14:29:32

Czasem doznaję takich olśnień, że już, już, prawie to mam, prawie wiem o co chodzi... Nie o pieniądze, nie o status społeczno-towarzyski. Nie o pracę, która daje radość. Nie o spełnione życie uczuciowe. Nawet nie o miłość, która podobno wszystko wybacza. Więc o co?

Konkurs recytatorski. Eliminacje dzielnicowe. Jakiś zapomniany przez show biznes dom kultury. Oprócz mnie, jeśli nie liczyć instruktorki biegającej z papierami, sami licealiści. Patrzą na mnie i myślą „pojebany”. Ja patrzę na siebie i też tak myślę. Ten dom kultury, ten konkurs, ja mówiący wierszyki zamiast robić kurs prawa jazdy czy coś. W epoce „Mam talent” i youtube’a mój występ w takim otoczeniu jest nie tylko archaiczny, ale wręcz żałosny. Przecież to wygląda jak cofnięcie się do przedszkola, do czarno-białej telewizji, w trójpolówkę!

Ale ja chcę tylko powiedzieć tekst. Nie liczę na wyróżnienia, na przejście do następnego etapu, na przychylność pani od polskiego podczas wyliczania średniej, na przetarcie ścieżek do akademii teatralnej. Chcę tylko oddać się chwili, która nie doprowadzi mnie do żadnych namacalnych profitów.

A potem wreszcie mówię ten monolog z „Idioty” o tym, że dobrze jest być śmiesznym, że niedostosowanie i ułomność może być ocaleniem. I wiem, że tego, o czym mówię, tak samo jak u Dostojewskiego, tak i tu, nikt z zebranych nie rozumie. I że to w tej i w każdej innej sytuacji pasuje do mnie jak ulał.

Więc co z tego, że pomyliłem planety i miejsca zatrudnienia? Co z tego, że mam dwie lewe ręce do zarabiania pieniędzy, urządzania się w życiu i bycia praktycznym, grzecznym i miłym? Co z tego, że nie ma ani jednej osoby, która chciałaby ze mną dzielić łóżko, szczoteczkę do zębów i życie? Co wreszcie z tego, że pół roku zmarnowałem na to tylko, żeby ośmieszyć się przed młodzieżą? Dobrze mi ze świadomością, że jestem aberracją, życiowym kuriozum, że siedzę sobie w głębokiej dupie aż po same pachy.

Więc choć narzekam dziesięć tysięcy razy na godzinę, nie wyciągajcie mnie stamtąd. Bo prawda jest taka, że ostatecznie z nikim nie zamieniłbym się na los.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: konkurs, dostojewski, leśmian, kuriozum, myszkin, bielański ośrodek kultury, okr

skomentuj (8)

O sroce białoboce 2012-04-09 15:53:46

Sernik mi ostatecznie wyszedł, choć praca nad nim, ten cały proces twórczy, mnie nie porwała.

Już się nawet martwiłem, czy nie odkryję swojego kolejnego talentu, który w połączeniu z pisaniem, deklamowaniem, krawiectwem i rozśmieszactwem, całkiem oderwałby mnie od życia. Przecież ja bym nie poprzestał na byle babie! Ja bym od razu poleciał w stronę rzeźby smakowej! Ja bym się rzucił się w esej kulinarny! Ja bym to chciał wydawać, wystawiać, czytać z podziałem na role!

Na szczęście nadgarstki od gniecenia, a następnie zeskrobywania ze ściany twarogowych fresków tak mnie bolą, że o przejściu z terminowania do stworzenia własnej szkoły mistrzowskiej mowy nie ma. Nie będę więc gniótł „Nocy i dni” (ciasto w czterech tomach) ani szykował „Śniadania na trawie” (mucha męska zapiekana z serem gorgonzola).

A w ogóle to nikt tego ciasta jeść nie chciał, gdyż obdarowana nim rodzina, właśnie toczyła bój z mąką pszenną, która zagrzybia jelita, uniemożliwiając w ten sposób przejście na kolejną ścieżkę rozwoju. Tylko jedno dziecko, które było niewierzące, spróbowało. A i tak potem żadnych autografów, pukli włosów i szczątków bielizny ode mnie nie chciało.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: kulinaria, talent, sernik, nadmiar, popularność, proces twórczy, gluten

skomentuj (6)

Talia się śmieje 2012-04-03 16:14:37

Wbrew pozorom, rzadko mnie co śmieszy. Szczególnie nie śmieszą mnie komedie. A ze wszystkich komedii najbardziej nie śmieszą mnie te grane w polskich teatrach. Dlatego po „Central Park West” w Teatrze 6.piętro nie tylko nie spodziewałem się naderwanych mięśni brzucha, ale wręcz ich martwicy. Ostrzyłem sobie za to pazury. Bo spod tych szponów miało wyjść popisowe dzieło, ujawniające bezkompromisowość kanapowego krytyka, które na bank rozniesie tę budę. Albo przynajmniej jedno jej piętro.

Żeby jednak wykonać te zamierzenia, trzeba najpierw wytrzymać dwie godziny na widowni. A ja nieprzygotowany. Rozglądam się po bokach: na kolanach sąsiadki, zapewne studentki polonistyki, dzieło „Derywacja ujemna we współczesnej polszczyźnie. Rzeczowniki i przymiotniki”. Ale śmieszny tytuł, co nie? Coś czuję, że się na to rzucę, gdy nic ciekawszego nie będzie do roboty.

Ale co to? Po pierwszych minutach zgorzknienie mi się cofa, żółć ustępuje. Śmieję się, rozluźniam, dobrze bawię? Nie może to być! A jednak. Tekst zabawny (Woody Allen w swojej najlepszej neurotycznej formie), tempo dobre, aktorstwo przyzwoite. Bez tego całego przerysowywania, efekciarstwa i puszczania oka do publiczności, którym, niestety, tak chętnie ulegają aktorzy komediowi. Wprawdzie jedna aktorka, nazwiska nie pamiętam, najwyraźniej nie trafiła z wyborem zawodu, ale za to na swoje usprawiedliwienie przepięknie wyglądała.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: humor, komedia, woody allen, central park west, teatr 6.piętro, eugeniusz korin, technika aktorska

skomentuj (2)

Parcie na Disneyland, część 2 2012-03-31 19:29:29

Przez chwilę próbowałem być przebojowy... Ośmielony ostatnim castingiem postanowiłem przemówić do rozsądku mojej agentce. Zdecydowałem się wykorzystać tę chwilę średnio umiarkowanego sukcesu i zanim mnie do reszty wytną podczas montażu, powiedzieć babie kilka słów prawdy.

- Pani - mówię - się ociąga. Pani mi nie przedkłada właściwych propozycji. Pani sobie kawę pije, w stołek pierdzi i nie reaguje z odpowiednim zaangażowaniem na moje zdolności. Proszę mnie natychmiast wysłać na casting do jakiejś fabuły. Najlepiej do „W jasności”. Ewentualnie do „Bitwy pod Olszynką Grochowską 1831”. Chociaż „K jak Kupa” czy „Na złe i jeszcze gorsze” też nie pogardzę. Ale szybko. Ruchy, ruchy. Ja muszę. Ja czuję, że teraz jestem w życiowej formie. We mnie, słyszy pani, teraz wzbiera niespotykana energia twórcza, która mnie zabije, jeśli nie dam jej ujścia. Ja chcę. Żadam. Rozkazuję.

- Po pierwsze - mówi na to agentka - niech pan nie wierzy temu, co opowiada na mieście oszołomstwo. Niektórym amatorom wydaje się, że jak zagrali raz w reklamie, to teraz mogą śmiało występować w „K jak Kupa”. A to niezupełnie tak jest. To jest zupełnie inny rodzaj grania, bardziej techniczny. Teraz, co pan zapewne jako WIDZ zauważył, jest zapotrzebowanie wyłącznie na drewniane aktorstwo. Czy pan wie, że pod tym kątem nawet kształcą w akademiach teatralnych? Proszę powiedzieć, ale tak z ręką na sercu, czy pan umie wygłosić kwestię tak, jakby panu kij od szczotki w gardle stanął? Czy pan by potrafił zagrać scenę łóżkową tak, jakby był łóżkiem samym? No widzi pan? Poza tym, a to po drugie, pan chyba nie wie, jaka jest sytuacja w branży? Proszę, niech pan spojrzy – mówi agentka i wskazuje na przepierzenie, za którym siedzi jakaś postać. - To aktorka. Po Krakowie. Dodatkowy fakultet z pacynek. A jeszcze  kurs dubbingu, tańca towarzyskiego i zapowiadania pogody. Szkolona przez najlepszych metodą Stanisławskiego. I co? Trzy razy w tygodniu przychodzi, użala się, błaga... Serce nam krwawi, ale co możemy?

Spojrzałem. Za przepierzeniem siedzi czterdziestolatka. Właśnie wyciera nos po ostatnim ataku chlipania. Obok niej piętrzą się siaty z najnowszymi wersjami portfolio:
- Ja już – szlocha – trzeci kredyt na tego fotografa wzięłam. A jeszcze mam jeden za wybielanie zębów. Czyli razem cztery. Co to teraz będzie, nie wiem. Jak mi pani nie pomoże, to ja z tymi oto torbami pójdę. Pani kochana... Pani jedna wszystko może, pani, o bogini najdroższa, ma kontakty. Wciśnij mnie, kochaniutka, na jakiś casting, niby przez pomyłkę, przez roztargnienie, ja to muszę wykorzystać. Ja nawet mogę zagrać pudełko, nawet wieniec na grobie Ryśka z  „Klanu”. Niech pani pomoże, najdroższa... Czy ci reżyserzy nie rozumieją, że ja też jestem zdolna? W dodatku świeża, nieopatrzona? Dlaczego oni wszędzie te zużyte czupiradła promują? Cielęcka dziesięć etatów, Ostalińska worek angaży, Stonka telewizja taka, telewizja siaka, serial, program o gotowaniu, o sprzątaniu, konferansjerka, zasiadanie w jury. Do tego tysiąc pięćset nominacji do telekamer, orłów i róż gali. A ja co? Psu z pyska wypadłam? Cztery lata wkuwania Szekspira, Czechowa, Słowackiego, tłuczenia o epejsodionach, stasimonach, miraklach, łamania gęby na szczelinowych i zwarto-wybuchowych, niedosypiania, niedojadania na nic. Połykania noży i chodzenia na szczudłach już nawet nie liczę... Ale, co ja, Boże ty mój, mogę zrobić? Położyć się na pasach na Chełmskiej i machać?

W końcówce swojego ekspresyjnego monologu, spojrzała na mnie:
- A tu jeszcze ci amatorzy się pchają, chleb odbierają. Jakby im źle w tych urzędach było...

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: film, aktor, casting, serial, aktorstwo, amator, agencja, statystowanie

skomentuj (2)

Parcie na Disneyland 2012-03-28 16:09:25

Casting był wyraźnie skierowany do mnie: Szukamy mężczyzny, lat 25-40, charakterystycznego, śmiesznego, dziwnego, może nawet brzydkiego. O, to coś dla mnie, pomyślałem. To ja, wypisz, wymaluj. Nie ma co, idę.

Oprócz mnie przyszli jednak wyłącznie sami zajebiści. Przystojni, smukli, wyluzowani. Zęby wypolerowane, ręce wymuskane, włosy ułożone w idealną asymetrię. Twarz twarzowa. Guziki koszuli rozpięte po sam pępek zdradzają doskonale owłosiony tors. Nic tylko kręcić śmiesznego pornola.

Najpierw jednak trzeba poczekać na korytarzu. W oczekiwaniu więc na swoje wejście zajebiści przekonują do siebie innych zajebistych. Bo może któryś ma wątpliwości? Może ktoś uważa, że są zwykłymi statystami, anonimowymi przechodniami, tanią siłą roboczą nieobjętą napisami końcowymi? Rozpinają więc jeszcze jeden guzik, wciągają jeszcze bardziej brzuch, jeszcze bardziej robią się wyluzowani. Przechadzają się sprężystym krokiem i z min konkurencji próbują odgadnąć, czy już zostali rozpoznani. Jeśli nie, zbierają się w zaprzyjaźnionej kupie i przepytują się w temacie „co słychać?”. Ale tak, żeby było słychać w sąsiednim budynku.
- Jutro mam zdjęcia we Wrocławiu – mówi pierwszy, nie dodając, że ma na myśli rentgen.
- A ja robię teraz w Narodowym – oznajmia drugi, przy czym tylko z ruchu warg można odgadnąć, że chodzi mu o Stadion.
Na to trzeci streszcza swój najnowszy projekt, odlotowy happening, bezkompromisowy performance, tak zgrabnie owinięty marketingowo, aby nikt nie pomyślał, że to wielogodzinne stanie przy stoisku w stroju warzywka.

Jeśli już się tak nieszczęśliwie zdarzy, że nie będzie jednak do kogo zagadać, zajebisty wyciąga telefon i dzwoni do rozmówcy-słupa:
- Tak, tak… nie, nie… aha, aha… Nie, jutro nie mogę… Mam zdjęcia we Wrocławiu… (czyli rentgen).
A w tle automat odpowiada: minęła dwunasta jedenaście, minęła dwunasta jedenaście, minęła… Dlaczego to głupie polskie społeczeństwo nie jest otwarte na monologi? Dlaczego zajebiści nie mogą jak w nowojorskim metrze po prostu otworzyć ust i jawnie opowiedzieć o sobie, o swoich sukcesach i osiągnięciach, o pochwałach i klepnięciach w plecy znanych reżyserów, tylko muszą wszystko po partyzancku owijać w bawełnę?

Tymczasem ja, bardzo nieśmieszny, siedzę w kącie. Od czasu do czasu przestępuję tylko z nogi na nogę, miętolę tekst, nerwowo skubię spodnie. Nieco się też trzęsę, gdyż całą noc z napięcia nie spałem. Moje ekscentryzmy na nikim jednak nie robią wrażenia. Zajebiści i tak myślą, że jestem z obsługi. Nikogo nie zdziwi, jeśli zaraz z torby wyjmę mopa i zacznę myć podłogę. Ważne, abym przypadkiem nie robił tego teraz, gdyż przeszkodzę w wielkiej chwili koncentracji, w narodzinach nieprzeciętnego artyzmu. Najlepiej, jeśli do końca będę siedział w kącie i podziwiał.

Ale teraz już koniec tego monologu wewnętrznego, gdyż drzwi się otwierają. W progu staje reżyser i zaprasza do środka kilku wypolerowanych, wymuskanych i jednego z mopem.

Kto był kiedyś na castingu, ten wie, że najpierw trzeba się przedstawić. Nie będzie to jednak zwykłe cześć i czołem, gdyż to już jest KRĘCONE! Kamera ruszyła, akcja! Oto zajebisty prawy profil, a oto lewy, niemniej zajebisty. A teraz spojrzenie en face i przepiękny uśmiech Brada Pitta. Teraz stop i dziękujemy, co jest wykorzystane do błyskotliwej pogwarki z kamerzystą i próby udanego flirtu z samym reżyserem. Ale teraz znowu koniec tego dobrego, znowu się skupienie, gdyż przychodzi czas na gwoździa programu, czyli odegranie konkretnej scenki. Akcja! Zajebisty kręci biodrem, przegina miednicę. Za chwilę, jeśli będzie trzeba, wyjmie siuraka. Jeśli zajdzie taka konieczność, da się zerżnąć kamerze. Żadnych wątpliwości. Żadnego strachu przed obciachem. W sumie rzeczywiście wychodzi dość śmiesznie.

Wreszcie mamy ogłoszenie wyników. Jest to, uwaga, niespodzianka. Casting na śmiesznego dziwaka, lejdys i dżentelmens,  tamtaram, bambimbom, wygrywa… jeden z zajebistych. Ten, który po prostu okazał się być najzajebistszy! Moje gratulacje. Powodzenia. Krzyż na drogę.

Ten show biznes to jednak nie na moje skołatane nerwy. Nawet taka Whitney Houston nie dała rady i wykopyrtnęła się w samym środku kąpieli, a co dopiero ja.

W tym momencie pomyślałem, że jak to dobrze, że nie muszę z tego żyć. Jak dobrze, że  jutro idę do Urzędu.

Ja cię sunę, co za olśnienie.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: ciacho, casting, nerwy, sława, aktorstwo, whitney houston

skomentuj (3)

Galery 2012-03-22 21:29:06

Młody ksiądz trafił do swojej pierwszej parafii. Proboszcz go oprowadza:
- Tu jest ambona, tu zakrystia, tu konfesjonał.
- A tu? - pyta młody.
- A tu jest szafa - odpowiada proboszcz i otwiera.
A w szafie dupa.
- Jak to, jak to? - dziwi się młody.
- A tak to, tak to. W końcu jesteśmy tylko ludźmi. Przychodzimy, Panie bądź nam miłościw, tu w chwilach słabości...
Potem rozmowa zeszła na inne tematy. Organizacyjne. Od słowa do słowa proboszcz mówi:
- Msze odprawiać ksiądz będzie każdego dnia. Oprócz czwartków.
- A co w czwartek?
- W czwartek... ma ksiądz dyżur w szafie.

Mnie się zdaje, że dyżur w szafie mam codziennie. W świątek, piątek, we dnie, w nocy. W ścisku i duchocie. W wiecznym (wiekuistym) przeciągu.

I to w sytuacji, kiedy w ogóle jestem niewierzący!

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: dowcip, ksiądz, szafa, dyżur

skomentuj (3)

Niech osądzi nas kapusta 2012-03-19 19:27:00

Powiedziała nam do słuchu. W czuły punkt uderzyła. Głosem spokojnym, z miną obojętną, nie podniósłszy wzroku znad segregatora, wyciągnęła armatę i odpaliła. Nawet jej się tapir przy tym nie poruszył.

A w nas zawrzało, zagotowało się. Ale nic się nie ulało, nie wybuchło. Jak zwykle w takich wypadkach, kiedy nasze poczucie niesprawiedliwości bierze górę, nie mogliśmy odparować ciosu. Tylko, samogłoskowi mistrzowie świata, bąkaliśmy coś pod nosem: bo ja... bo mnie... yyy... aaa... yyy...

Więc nic dziwnego, że przez cały dzień nic nie robiliśmy, tylko układaliśmy przemowę. Zamknięci w toalecie, rozwaleni na kibelku, przez kilka godzin budowaliśmy orację, która roztarłaby babsko w proch. Wreszcie, po wielu godzinach gadania do glazury wychodzi nam arcydzieło.  Znalazły się w nim nasze ulubione wyrażenia. A więc przede wszystkim: „zdaję sobie sprawę...” (co tak naprawdę oznacza: „jak śmiesz!”). A oprócz tego „nie życzę sobie...” („chcesz w ryj?”) i „z całym szacunkiem...” („ty szmato!”). I jak w „Ludziach honoru” miażdżymy teraz przeciwniczkę („psia ją, wytapirowaną, mać!”) misterną konstrukcją zdań, dramaturgią w głosie, sugestywną mimiką. Całość wygłaszamy z togą poniżej kolan i dowodem toaletowym w ręku.

Teraz już tylko, szanowna ławo przysięgłych, znacząca pauza i, dla podkreślenia efektu, spektakularne walnięcie w spłuczkę. O, widzicie, poszło szmacie w pięty. I w tapir.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: zemsta, przemówienie, fantazje, toaleta, dramat sądowy, gadanie do siebie

skomentuj (7)

Strasznie głośna Wenus 2012-03-16 09:41:00

Babcia zza ściany okazała się być jednak dziadkiem z dołu. Starszy pan najwyraźniej nie dosłyszy, gdyż jego telewizor słychać nie tylko u mnie w mieszkaniu, ale i na całej klatce. Poza tym wydaje się być okazem zdrowia, a to nie tylko dzięki oglądaniu Eurosportu. Ostatnio przerzucił się na pornole... Od trzech nocy mam więc u siebie burdel - nie słyszę nic innego jak wyczynowe stękanie przetykane dla urozmaicenia kaszlem sąsiada.

Rozumiem, że konieczność dowiedzenia się, do kogo należy piłka setowa lub ile sekund straty ma wiceliderka, wymaga zwiększenia głośności, ale żeby puszczać na cały regulator wielogodzinną ruchawkę? Co, dialogów nie słyszy? Fabuła mu się plącze? No, chyba, że to też jest jakaś transmisja z jakichś zawodów...

A wszystko to w sytuacji, kiedy ja sam od lat tkwię w stanie permanentnej, choć niezamierzonej ascezy. Jeśli dziadek chciał mnie wykończyć, nie mógł wpaść na lepszy pomysł.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: sport, sąsiedzi, porno, mieszkanie, dziadek, hałas, telewizor, asceza, śpiewaczka, wyszeptaj mi

skomentuj (6)

O biednym krawczyku 2012-03-13 17:06:45

Myślę, że taki Paweł Althamer od razu zrobiłby porządek z moimi muchami. Wystawiłby je w Zachęcie albo w jakimś Pompidou i uczynił z tego kulturalne wydarzenie roku. No bo przecież, nie bądźmy skromni, jest w tym wszystko, co interesuje współczesne sztuki wizualne: oryginalne ujęcie tematu, swoboda operowania tworzywem, łączenie technik, zabawa konwencją, przełamywanie tabu, podejście użytkowe, wejście w obszar społecznego odbioru dzieła, antyakademickość, interdyscyplinarność, pararerera... rare... ra... idalność i sratatata art. Krytyka z miejsca by się zesrała.

Czujecie to? „Polityka” przyznaje paszport. Konserwa na to wszczyna alarm i rwie włosy. W odpowiedzi Stowarzyszenie Twórców Ludowych jednakże ogłasza przełom. Szalę przechyla guru współczesnego performance’u Tamakata Nawidoku. Na to już tylko czekają marszandzi. Aukcje nie nadążają z licytacjami. Wówczas artysta Althamer idzie za ciosem i oplata palmę na rondzie de Gaulle’a instalacją nawiązującą do tse-tse. Warszawiacy, początkowo sceptyczni, z czasem akceptują nowy wystrój drzewka. Pod wpływem oddolnych ruchów społecznych, a przy stopniowym wsparciu władz kościelnych i świeckich, inicjatywa zatacza coraz szersze kręgi. Z czasem rodzi się nowa tradycja. Prymas koronuje Błogosławioną Muchę na Królową Polski. Prezydent z małżonką robią biało-czerwone musze kotyliony z okazji 11 listopada. Cały naród je wkrótce nosi.

Tymczasem ja bez obstawy z muzeum żadnej na siebie nie założę. Przecież od razu na dzielni mnie wyzwą od cweli i obiją ryj. Co najwyżej mogę sobie ozdobić mieszkanie: poustawiać na parapecie zamiast kaktusów, przyszpilić do tapety niczym rzadkie okazy motyli. I nikt, żadna z grup, żaden instytut, nie domyśli się nawet, że na Bródnie, w pracowni na cztery spusty zamkniętej, uwija się ze szmatkami Nikifor konfekcji męskiej.

A wszystko dlatego, że jestem takim odludkiem, wolnym elektronem na wewnętrznej emigracji, upośledzonym społecznie dziwakiem! A wystarczyło by tylko, żebym wychodził, bywał, żebym się przymilał...

Sam z siebie nigdy nie wiem, do kogo trzeba pójść, by wziął i załatwił. Czy wystarczy, że krzyknę na mieście o muchach? Tylko gdzie, bo nie mam pojęcia. Na przejściu dla pieszych, na środku skrzyżowania, na najmodniejszym deptaku w centrum? Czy może muszę się zrzeszać? Jeśli tak, gdzie opłacać składki? W jakiej kolejce mam się ustawić, kogo klepnąć w plecy, komu powiedzieć, że jestem od Miśka z Bródna? Przez jakie okienko podać tę cholerną podwawelską?

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: krytyka, muchy, znajomości, anonim, sztuki wizualne, althamer, nikifor, kompetencje interpersonalne

skomentuj (3)

Pomóżcie Midasowi 2012-03-10 22:58:23

Mówią, że nic tak nie koi nerwów, nie leczy rozdartej duszy, jak prace ręczne. I ja postanowiłem sobie taką terapię zajęciową sprawić. Zamiast jednak jak normalny chłop wziąć się za robienie breloków do kluczy, dłubanie w elektryce, czy rozkładanie laptopów na części, dorwałem się do igieł i nici. Zacząłem szyć muchy.

I doszedłbym dzięki temu dzierganiu do upragnionej równowagi psychicznej, gdybym sobie tylko zwyczajnie ciął, nawlekał i fastrygował. Ale ja przecież od razu muszę TWORZYĆ! Z tego, za co się wezmę, musi wyjść wyłącznie rękoDZIEŁO!

No bo tak. Po pierwszych trzech muchach w kolorach neutralnych, idealnie nadających się do pracy, na zakupy, czy żeby po prostu wyjść ze śmieciami, postanowiłem zaszaleć ze wzorami. Paski, panterka, czaszeczki, motywy ludowe... Potem do tamtych beżów i szarości, początkowo nieśmiało, a później coraz odważniej, zacząłem doczepiać ozdoby: guziki, lamówki, cekiny, frędzle. Następnie otworzyłem się na faktury. Zrobiłem jedną z futra, jedną z siatki na komary, jeszcze inną z filcu. I teraz już nie mogę przestać.

Nie jem, nie śpię, nie piszę blogu, taki szał twórczy mnie dopadł! Bo gdyby - nachodzi mnie podczas obierania ziemniaków - zrobić muchę z obierzyn? Albo - zastanawiam się w trakcie wyjmowania jaja z pudełka - z tektury? Albo z piór samych nawet? Z worków do odkurzacza! Z ekosiatki! Z puszki po red bullu! O Jezu... - przysiadam, bo sam nie mogę uwierzyć w to, co wymyśliłem... A gdyby z lewej strony walnąć „Sąd ostateczny”, a z prawej, powiedzmy... „Kuszenie świętego Antoniego”... Albo polecieć po całości bitwą pod Grunwaldem!

Poza pracą koncepcyjną uganiam się też za materiałem (nie no, sorry, za jakim materiałem? za TWORZYWEM!). Przy czym podczas tych poszukiwań w szał wpadam taki, że nie zważam na niewtajemniczone w proces twórczy pospólstwo. A z tego wynikają same problemy. Na przykład wchodzę gdzieś i od razu rzucam się na kotarę, na kapę na łóżku. Obracam ją w rękach, obwąchuję, a potem wszyscy myślą, że chcę nos wysmarkać. Oglądam w tramwaju spódnicę pani, pani myśli, że mi się podoba, brzuch wciąga, pierś wytęża, a tymczasem ja się zastanawiam, jak jej wyciąć kawałek kiecki tak, żeby nie zauważyła.

Jestem jak ten Midas, który, czego nie dotknął, wszystko zmieniał w złoto. Ja, gdzie nie spojrzę, wszystko obracam w pomysł. Doprawdy, boję się już iść do toalety, usiąść na kibelku, żeby mi przypadkiem nie przyszło do głowy... O, nie!!!

Nie ma dla mnie ratunku. Muszę jak najszybciej przerzucić się na druty.

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: muchy, robótki, rękodzieło, krawiec, szycie, midas, twórca, terapia zajęciowa, tworzywo, szał twórczy

skomentuj (6)

Pan Proszę Prince’a na tropie 2012-03-04 11:12:37

Kupić bilety na Warszawskie Spotkania Teatralne mogłem tylko przez internet. O trzynastej, szanowni organizatorzy, to ja muszę na dupie siedzieć w Urzędzie, a nie po kolejkach się wycierać. Niech sobie studenteria stoi, która w chwilach wolnych od ratowania Arktyki i wysypiania się po imprezach w środku tygodnia ma dużo czasu i zapału.

Ale o trzynastej, a więc wtedy, kiedy miało wszystko hulać, nie był aktywny żaden link na żadnej stronie sprzedażowej. Poza lakonicznymi przeprosinami organizatorów widać było jedynie martwą taflę monitora. Następnie przez jakąś godzinę w ogóle nic nie działało. Wreszcie, kiedy po kilku, jak mniemam, ostrych słowach z podwykonawcą się odblokowało, rozbłysło i strzeliło, okazało się... trzymajcie  mnie, bo nie wytrzymię..., że wszystko zostało sprzedane!

Jakie sprzedane, co sprzedane, komu sprzedane? Ja tu od dwóch godzin mychę męczę, odświeżam, w piksele się wpatruję jakbym jakiś zen trenował, a wy mi tu, że sprzedane? Kiedy nawet nie było możliwości podania podwawelskiej?

Tylko nie opowiadajcie mi, że wszystko sprzedaliście tym studentom, co w kolejce stali. Nie raz stałem i w życiu mi się w kolejce nigdy nic nie udało kupić. Kolejka jest po to, żeby mogli kupić ci bez kolejki (i to był drugi powód, dlaczego wolałem transakcję przez internet). Więc kto kupił? Znajoma z serialu z całym działem produkcji? Andrzej Wajda, któremu i tak się nie spodoba, bo nic jego pokazywane nie będzie? Stuprocentowa reprezentacja delegatów na zjazd walny Związku Artystów Scen Polskich? Ciocia Marysia z piątką dzieci? Bardzo liczna rodzina z Pomorza? Prezes Narodowego Centrum Sportu, który nie wie, co zrobić z premią? Ja tu nic insynuować, żadnych niesprawdzonych i karalnych informacji upowszechniać nie chcę, dlatego zapobiegawczo opatruję wszystko znakami zapytania. Ale mój węch opiniotwórczego blogera, podpowiada mi, że właśnie wpadłem na trop grubej afery w warszawskim półświatku artystycznym, w obliczu której feralne schody na Stadionie Narodowym to jest śmiech na sali...

A jak to się wszystko skończy? Po zakończeniu tej branżowej imprezy, zorganizowanej za pieniądze podatnika, czyli moje, z pewnością odbędzie się konferencja prasowa. Jej uczestnicy pogratulują sobie sukcesu. Wspomną przy tym o widzach, o anonimowej, warszawskiej publiczności, o studentach, którzy w deszczu stali, o niewykwalifikowanych urzędnikach, którzy nie oglądając się na terminy, rzucili faksy i poszli na bój z podwykonawcą. Że wszystko wykupili, dopisali, klaskali i w ogóle bardzo zadowoleni byli... Na koniec zaproszą samych siebie na kolejną udaną edycję za rok.

Beze mnie! Moja noga, tfu, tfu, więcej na tej imprezie integracyjnej nie postanie!

Instytut Teatralny jest zatem kolejnym obiektem kulturalnym, na który jestem obrażony. Już do samego Żoliborza mam wszystko poobrażane. Teraz żeby pójść na spektakl będę musiał chyba jechać aż na Bielany. Albo do samej Bydgoszczy.

Aha, i proszę mi oddać podwawelską!

poniżej wersja dla niewidomych



Tagi: teatr, afera, bareja, ebilet, warszawskie spotkania teatralne, instytut teatralny, podwawelska

skomentuj (5)





O blogu