O nocy pod baldachimem

Pokój na fotografii zapowiadał się klitką metr na półtora. Magda, która już na zamku Czocha spała, powiedziała:
- Nawet walizki nie wciśniesz.
- Spoko, dam radę. Zwłaszcza że z plecakiem będę.

Tymczasem, ten do którego dano mi klucz, był prawdziwym apartamentem. Samych łóżek było trzy. Na jednym z nich zmieściłbym się razem z moimi wszystkimi byłymi-niedoszłymi mężami. Na drugim położyłaby się służba, a na trzecim cała rodzina z Rytel i Poniatowa (jeśli dzieci ułożyć w nogach). Do tego szafa, komoda, dwa stoły, stoliczki z lampkami przy każdym z łóżek, fotel i jeszcze jeden mebel, który nie wiem jak się nazywa i do czego służy, ale zrobiłem sobie z niego miejsce do prasowania. Na podłodze puszysty dywan idealny do masowania obolałych po górach stóp. Oczywiście wszędzie mnóstwo kontaktów, że nic tylko ładować.

No, to ja rozumiem! Ktoś mnie wreszcie potraktował tak, jak na to zasługuję. Żadnego chrapiącego sąsiada obok, żadnego zapadającego się łóżka piętrowego nad, żadnego braku papieru toaletowego wszędzie! Żeby się ogolić, nie trzeba jak w schronisku na Stogu Izerskim wdrapywać się na krzesło, bo kryształowe lustro w pokoju obejmuje nie tylko całą moją sylwetkę, ale nawet wystające z nóg dzieci z Rytel i Poniatowa. O mój Boże, tak to można podróżować, tak to można żyć! Nie dość że na zamku, to jeszcze w komnacie jakiejś książęcej!

Szybko jednak się opamiętałem. Pomyślałem, że to z pewnością jakaś pomyłka i potem każą mi zapłacić jak docentowi Furmanowi za dwie kaczki w Mariocie. Pobiegłem do pani, ale ona, że nie, że to właśnie jest jedynka.

Dobrze. Rozumiem.

Myślę jednak, że po prostu czytała mojego bloga.

O tym, gdzie kto jest górą

Już wiem, dlaczego cięgnie mnie w góry. Ja tu po prostu czuję się megafaciem.

Normalnie sierota, co to ani w nogę, ani w kosza nie pogra, ani szafy nie podniesie, ani lodówki nie przesunie. A tu? Proszę bardzo, już trzydziesty kilometr idę z plecaczyskiem większym ode mnie i nie przeszkadzają mi bąble, burchle i rany otwarte. Kolano mi doskwiera, a ja nic – jakbym nandrolonu się najadł.

Oni sprawniejsi, napakowani, w podnoszeniu szafy wyćwiczeni, ale co z tego? Dopiero wstali, a już zmęczeni. Coś by zjedli, więc godzinami snują się po Szklarskiej, coś by kupili, więc do Karpacza na deptak się umawiają. Przyjechali w te góry, ale właściwie jest im tutaj za daleko, za wysoko. Najlepiej poszliby nad morze, ale mają kwaterę 500 kilometrów od plaży. Więc ciągną te swoje Diany i Klaudie przez park zdrojowy, podpierają się nimi, wystawiają je na pokaz niczym jakiś totem samców alfa. Szybciej, rybko, słoneczko najdroższe! Ruszaj się, kurwo, ile mam na ciebie czekać!

Oby wreszcie minął ten dzień, żeby można się już w gospodzie „U Rumcajsa” nałoić browarami. Oby już skończył się ten cholerny urlop, żeby można sobie jak co dzień pod sklepem postać, wzmacniając i rzeźbiąc biceps.

Dlatego też czuję wyższość, gdy ich zostawiam w tyle na trzydziestym pierwszym kilometrze. Rośnie mi ego i libido. A oni, wiem to, czytają to w moich oczach, w moim oddechu, w moim kroku. Właśnie dlatego poganiają jeszcze bardziej swoje Diany i Klaudie, właśnie dlatego nie wytrzymują konfrontacji i spuszczają wzrok na nowiuśkie adidasy.

Tutaj jak jakiś czarny koń na olimpiadzie mam swoje pięć minut. Na nizinach oni znowu będą górą.

O ładowaniu

W schronisku, prawdopodobnie ze względów bezpieczeństwa, zlikwidowali w pokojach wszystkie gniazdka. Było to z pewnością w czasach sprzed ery super-hiper-extra-nowoczesnych smart fonów, które trzymają pół dnia, a drugie pół się ładują.  Efekt jest taki, że największa kolejka jest teraz do kontaktów w kiblu.

Ja akurat mam ze sobą oprócz telefonu tablet, laptop i aparat fotograficzny. I to wszystko musi się natychmiast załadować, bo inaczej wakacjom grozi nieudanie.

Najważniejszy jest oczywiście telefon. Telefon jest mi potrzebny w górach jako: telefon, zegarek, mapa, rozkład jazdy, prognoza pogody, latarka, aparat fotograficzny (gdy się rozładuje właściwy aparat), notatnik do szybkich szkiców, kiedy wena nagle zaatakuje na szczycie Szrenicy (a tymczasem rozładuje się tablet), lusterko, grzebień, suszarka do włosów, widelec, etc.

I dlatego od początku pobytu wszystkie wieczory cały spędzam w toalecie. Niestety, wszędzie mnie poganiają, że ileż można, przecież wszyscy chcą sobie podładować, zwłaszcza kobiety w ciąży, matki karmiące i inwalidzi wojenni. Na szczęście w odpowiednim momencie przypomina mi się, że mam kamienie i pan doktor kazał mi dużo sikać.

O tym, jak jadąc do Babadag wysiadłem w Sokołowie

Kiedy już Stasiuk wstanie z łóżka, podobnie jak ja jedzie zwiedzać dziury.

Stasiuka najbardziej interesują dziury w Albanii, Rumunii, Mołdawii i na Węgrzech. Takie, o których nawet środkowoeuropejski Bóg zapomniał, a czas się w nich zatrzymał. Tam się stoi przy płocie i patrzy w niebo. Tam się nie patrzy na zegarek, nie czyta gazet, nie goni pokemonów. Tam ulicą wciąż przechodzą krowy, na nieczynnych stacjach benzynowych Cyganie rozbijają swój majdan, w rynku suszy się pranie. Do Husi, Răşinari, Gonc, Satu Mare, Durrës i Giurgiu nad Dunajem nie dotarł nawet XX, a co dopiero XXI wiek.

Bardzo pięknie, nawet ja, znawca krajowych dziur, nie słyszałem o takich miejscowościach. Tyle że Stasiuk do tych dziur zalicza też Sokołów Podlaski! Sokołów Podlaski kojarzy mu się z Albanią i Rumunią! Sokołów Podlaski jest jakąś zapomnianą przez Boga i ludzi pipidówą, której nie można znaleźć na google maps!

Tak się składa, panie Stasiuk, że ja się urodziłem w Sokołowie Podlaskim. I owszem, zawsze zdawałem sobie sprawę z tego, że jest dziurą nad dziury. Co innego jednak wiedzieć o tym na swój własny użytek, nawet dowcipkować sobie na ten temat przed znajomymi i na blogu, a co innego przeczytać o tym w arcydziele literatury podróżniczej!

W dodatku ten mój Sokołów pojawia się u pana z pięć razy, podczas gdy Kałuszyn i Kosów Lacki tylko raz, a Węgrów w ogóle. Przepraszam, ale czy to przypadkiem nie jest jakaś obsesja?

Przecież Sokołów Podlaski to nie jest jakaś Mszana Dolna ani Raciąż. Mamy szpital powiatowy, kryty basen, stadion miejski z sekcją piłkarską, koszykarską, kolarską i karate kyuokushin. Mamy prężnie działający ośrodek kultury, w którym moja siostra śpiewała niedawno Ordonkę, a ja przed laty wcielałem się z powodzeniem w Małego Księcia. Mamy trzy parafie, w jednej z nich działa prężnie chór, w którym z powodzeniem występuje moja matka. Otwarta jest u nas biblioteka, wychodzą trzy gazety, urząd pocztowy czynny jest nawet w soboty, czego nie można powiedzieć o takim Kosowie czy Kałuszynie. Od niedawna jest nawet sygnalizacja świetlna, którą z powodzeniem opanowali członkowie bliższej i dalszej rodziny (co nie było łatwe, trzeba było w trzech gazetach uświadamiać, że stanie na światłach to nie jest stanie przy płocie i gapienie się w niebo).

Sygnalizacja świetlna, słyszy pan? Dlaczego więc pan o krowach, o praniu w rynku?

Rozumiem, że pan chciał dobrze, te fragmenty są nawet literacko udane, ale może by pan zajął się jakąś inną dziurą, a nie moją własną?

O Muzeum Domku Pisarza

Pisarz leży na tapczanie. Ręce zaplótł pod głową, widać że myśli. Nie obchodzi go, co dzieje się wokół. Ani to, że podłogę pokrywają pomięte kartki, ani pusta butelczyna niedbale rzucona w kąt. Skupił się, jak widać, na rozpamiętywaniu niesatysfakcjonujących pomysłów twórczych i przeżywaniu rozpaczy.

Tymczasem w kuchni obok piętrzą się brudne naczynia w zlewie. Taki sam nieład panuje na stole. Do tego rdza i zacieki na kafelkach pod prysznicem!

Patrzę na to wszystko z góry, po tym jak Magda mnie zwołała, że to niby wypisz wymaluj ja i moja kawalerka. Zostawiłem wcześniej salon sukien ślubnych z fin de siècle’u, zostawiłem przedwojenną szkołę i zakład krawiecki z czasów PRL-u i pobiegłem przyjrzeć się w swojemu światu w skali mikro.

…No, nie, to zdecydowanie nie ja. Raczej Pilch.  Może Stasiuk? On mi też wygląda na takiego, co to potrafi wyłoić pół litra po nieudanych dwóch stronach. Może to nawet Myśliwski, który opija niespodziewany spadek z Holandii? Na pewno jednak nie ja, bo ja nigdy niczego nie rzucam na podłogę, zwłaszcza kartek papieru. Może czasem mam brudne naczynia w zlewie, ale za to zawsze porządek na stole.  Do tego w żadnym, ale to w żadnym wypadku nie pozwoliłbym sobie na zapuszczenie kabiny prysznicowej i powstanie zacieków na kafelkach!

U mnie wszystko jest na swoim miejscu –pogrupowane w sekcje tematyczne lub alfabetycznie. Jeśli nawet i leży jakaś butelka, to leży ona w sposób kontrolowany – asymetryczny, ale broń boże chaotyczny.  Zapamiętajcie sobie: jeśli coś u mnie leży to z pewnością nie z przypadku ani z lenistwa. Na pewno jest to artystyczny żart, przećwiczony wcześniej dogłębnie pod każdym kątem, z bliży, dali i z lotu ptaka.

Gdyby nie te kartki na podłodze, to tutaj to byłoby mieszkanie jakiegoś robola co najwyżej! Zero fantazji, zero polotu, jedynie sam bałagan! U mnie porządku w głowie i pod prysznicem strzeże masa bibelotów: pomarańczowy wieszak-jelonek, koło ratunkowe, sieć rybacka upięta nad łóżkiem, wiosło oraz Matka Boska z wąsami. Do tego mnóstwo kapeluszy jak w salonie sukien ślubnych i ręcznie szytych much wprost z zakładu krawieckiego.

Tak więc raczej Dehnel. Choć może też trochę Witkowski.

W każdym razie ten tutaj to nie jestem ja. Może dlatego, że akurat niczego nie piszę, niczego nie tworzę. Ja tylko leżę na tapczanie.

O marzeniach z drinkiem w ręku

Do historii przeszedł jako Mały Łysy Dziadek. Wszyscyśmy go lubili, wszyscyśmy mówili „patrz, patrz, to ten zajebisty, superśmieszny koleś, zrób głośniej”. Wszyscyśmy się zwijali w konwulsyjnym rechocie, gdy tak stał bez sprzeciwu walony w łysą czaszkę ciężką dłonią cwaniaka.

Czy jednak ktoś chciałby się zamienić z nim na los? Czy ktoś chciałby poczuć choć część tej sławy, stojąc po drugiej stronie kamery? Nie widzę chętnych…

Kto by chciał być tak brzydki i żałośnie śmieszny? Kto by chciał być poniewierany na oczach milionów, nie budzić strachu, nie budzić pożądania? Mieć sprzątnięte sprzed nosa wszystkie najbardziej cycaste laski i bezzębną szczęką wyrażać pustkę? Nie mieć kwestii i być jedynie tłem dla obleśnego grubasa? Kto by zniósł to upokarzające plasknięcie o głowę gładką jak kolano, wzmocnione tanim technicznym przyśpieszeniem?

A może Mały Łysy Dziadek, prywatnie Jackie Wright, miał epizody depresyjne, myśli samobójcze? Może sobie popłakiwał w garderobie? Może był cichym, smutnym filozofem na swój prywatny użytek, zaczytującym się w Dostojewskim w kanciapie na planie? Może przez całe życie taszczył ze sobą tanią pociechę księcia Myszkina, który mówił, że warto być śmiesznym? Że lepiej być śmiesznym, niż nim nie być, bo tylko wtedy, kiedy się nie jest doskonałym, łatwiej rozumieć i wybaczać ?

I może tylko w chwilach słabości, z małym drinkiem w ręku pod koniec dnia, wyobrażał sobie, że wreszcie oddaje te wszystkie ciosy, te wszystkie wieloletnie upokorzenia tamtemu skurwysynowi i ucieka z planu z najbardziej cycatą blondyną, by żyć z nią długo i na serio? A nam wszystkim, którzy właśnie oglądamy ten skandal na wizji, ten bunt na pokładzie komediowej konserwy, głupi uśmiech schodzi z ust i wreszcie robi się naprawdę wstyd.

O podkulonym ogonie

Przyszło odszczekać wszystko i wrócić na blog.pl.

Niezależność zapowiadała się obiecująco, ale ostatecznie rozczarowała. Miała być wolnoć Tomku w swoim domku, ale okazało się, że ten domek trzeszczy w posadach, chwieje się i co chwila trzeba go łatać i przerabiać. Przy tym żadna Kasia Dowbor z Polsatu nie przyjedzie nakręcić moich łez i pogłaskać na wizji, by w finale podać klucz do szczęśliwego zakończenia.

Nagle okazało się, że a to się tego nie da, a to z tamtym za dużo roboty. Tu się sypie, tam się rozjeżdża. W dodatku nie zostałem wtajemniczony w kuchnię dłubaninową, a prosić nie lubię, chcę sam wszytko!

No więc z podkulonym ogonem wracam właśnie z powrotem do systemu. Nie jest on, wiadomo, doskonały, bo tu też a to tego się nie da, a z tamtym za dużo roboty. Muszę na przykład wyprosić niewidomych, bo wersji dla nich tutaj nie będzie. Bardzo mi z tego powodu przykro, kochani, ale czasy są takie, że nawet zdrowym jest ciężko. Trzeba, najmilsi, albo odzyskać wzrok, albo siedzieć w domu nad książką w analogowym Braille’u i nie narzekać.

W ogóle z tą wolnością to sprawa podejrzana. Wolność zawodowa? Na etacie ogranicza ją szef, na swoim – chimeryczni klienci i nieprzejednana skarbówka, na utrzymaniu – łaska i niełaska utrzymującego. Największa wolność jest oczywiście na bezrobociu, ale, niestety, najwyżej przez miesiąc.

Wolność uczuciowa? W singielstwie towarzyszy jej nuda, samotność i tęsknota. W związku – właściwie to nie wiem, ale poza nielicznymi fajerwerkami chyba też nierzadko nuda, samotność i tęsknota, w dodatku mnożona przez dwoje. I tak naprawdę wszystko co możemy, to jakoś się urządzić w ograniczeniach i wybrać najlepszy możliwy kompromis.

Tak więc mamy, co mamy, ale niech Wam się mimo wszystko dobrze czyta w nowym-starym miejscu…

O zwątpieniu

Przed nieoczekiwanym skokiem w rozpacz uratowały mnie wspaniałe widoki, napięty program całej wycieczki, a przede wszystkim siedząca przede mną w autobusie Oazowa Dziewczyna. Wypełniła przestoje w trasie, w które wkraść się mogły samobójcze myśli, zaskakującymi dialogami, śmiałymi życiowymi rozwiązaniami oraz pytaniami, na które sama na szczęście sobie odpowiadała.

Na początek trzeba powiedzieć, że Oazowa Dziewczyna nawet na wycieczce jest wierząca i praktykująca, dlatego w piątki nie je mięsa. To znaczy na obiad, bo na śniadanie już się zdążyła nawpychać serdelków. No ale na śniadanie, jak również na kolację, się nie liczy – to przecież jasne jak trzecia tajemnica fatimska.

Śniadanie zresztą zaczyna wcześnie, bo o szóstej rano, kiedy to otwierają stołówkę. Najpierw chciała wyjść i wrócić przed dziesiątą, kiedy stołówkę zamykają, bo przecież wiadomo, że za jednym zamachem nie da się zjeść tyle serdelków, ile by się chciało, ale powiedzieli, że tak nie można. No więc siedzi Oazowa Dziewczyna bite cztery godziny, a czas trawienia umila sobie śpiewaniem psalmów.

Jak się już naje, idzie na zakupy:
– Co kupiłeś?
– Nic.
– A ja już zrobiłam prezenty na gwiazdkę. Wkładam potem w tapczan i w grudniu mam święty spokój! I mogę w sposób nieskażony jakąkolwiek konsumpcją przeżywać radosną nowinę narodzin Dzieciątka!

Niestety, nawet jej brakuje wyobraźni, sprytu, łaski wiary i czego tam jeszcze, żeby znaleźć rozwiązanie tajemnicy kolegi siedzącego z tyłu:
– Ty sam jesteś?
– No, jak widać…
– Nie wierzę! Taki ładny chłopak…

O edyktach

Już chyba wszystkim wiadomo, że zapisuję na swojej tajnej liście miasta, w których byłem.

Z polskimi jest łatwo. Wystarczy zajrzeć do Wikipedii i nie ma nieporozumień. Przedbórz ma prawa miejskie, a Opatówek nie ma. Tak więc Przedbórz ląduje na liście obok Raciąża i Radomia, a Opatówek, bardzo mi przykro, ale niestety, nie.

Ale co mam zrobić z takimi miejscowościami zagranicznymi, takimi jak Pučišća i Postira? Wikipedia mówi, że obie to osady rybackie. No dobrze, ale ja nie po to zapłaciłem trzy patyki, żeby sobie jeździć po miejscowościach, których nie można wpisać na listę!

Kombinuję…

Po pierwsze, nie można systemu administracyjnego Chorwacji przekładać automatycznie na nasz rodzimy. Zwłaszcza że u nas nie ma osad rybackich tylko albo coś jest miastem albo nie jest, a wtedy jest wsią. Z drugiej strony, po drugie, tak to sobie można naginać wszystko i byle dziurę w Dalmacji uznać za metropolię. Zwłaszcza ta Postira mi się nie podoba, bo wygląda jak nie przymierzając Opatówek. No, dobrze, po trzecie, ale czy Przedbórz wygląda na miasto? Albo Raciąż? To już bardziej Opatówek wygląda… Trudno, kończymy z tym! Pora rozstrzygnąć, bo tu już ostatnie widoki i atrakcje, urlop dobiega końca, a ta lista, po czwarte, to ma być przecież tylko zabawą…

Cha, cha, cha. Zabawą! Dobre sobie. Od trzech dni nie mogę się uspokoić. Przemknąłem obojętnie przez Zadar, Szybenik i Split (miasta jak wół), bo ciągle nie mogę się zdecydować: wpisać na listę te dwa czy nie?

To samo miałem w Portugalii z Batalhą i Nazaré, w Grecji z Delfami, w Austrii z Sankt Wolfgang im Salzkammergut. Każde z tych państw ma popierdolone z geografią administracyjną, więc człowiek nie może spokojnie się pluskać, fotografować i podziwiać! Nawet na urlopie musi rozwiązywać intelektualne zagadki!

W końcu, jak jakiś buchalteryjny Bóg, podjąłem arbitralną i niepodważalną decyzję i Pučišća uznałem za miasto, a Postirę nie. I kto mi co zrobi?

No, dobrze… Uprzejmie informuję, że w sprawach ewentualnych reklamacji dotyczących tajnej listy przyjmuję w każdy poniedziałek, między 16.35 a 16.37.

O białej damie i czarnej śmierci

Zwiedzania szpitala powiatowego w Tomaszowie Lubelskim program nie przewidywał.

Po lewej stronie widzimy stelaż na kroplówkę, po prawej pojemnik na mocz. Po środku leżę ja z nieco brudnymi nogami. Zwijam się w bólach rekonstrukcyjnie, interaktywny pot perli mi się na czole. Ściany izolatki są białe, z wyraźnymi wpływami minimalizmu instytucjonalnego. Łóżko, szafki, a nawet taboret pochodzące z fundacji Unii Europejskiej z łatwością możemy określić na drugą dekadę XXI wieku.

W tym momencie przerwijmy suchy opis, albowiem słychać jakieś odgłosy za przepierzeniem… Czyżby to biała dama? Czyżby czarna śmierć? Nie, to doktor w stroju doktora. Za nim pielęgniarka w stroju pielęgniarki. Następuje pogadanka edukacyjna: czy coś jadłem, czy rzygałem, czy jestem na coś uczulony. Pochylają się nade mną, niczym dwie śmierci naradzają się między sobą, mierzą i badają przy użyciu eksponatów. Nagle ich wzrok pada na moje nogi… Na szczęście dla mnie czas nas goni, program jest napięty, przechodzimy zatem do kolejnej sali, wyposażonej w aparat usg.

W tym czasie tamci wsłuchują się w szumy na Tanwi, przemierzają ścieżką edukacyjną Roztoczański Park Narodowy, podziwiają kościółek na wodzie. Trochę mi smutno, bo ta tutaj ruchoma wystawa, choć dość unikatowa, jest niewątpliwie mniej warta zobaczenia.

Na szczęście w tym momencie przychodzi Gaba. Przypominając, jak mnie i moje brudne nogi karetka zabrała z parkingu przy szumach i ścieżkach, pociesza:
– Jakby nie patrzeć, byłeś w centrum uwagi. Wszyscy ci zazdrościli.