O rewolucji

Marzy mi się, że do naszego zakładu przychodzi pani Magda Gessler, która już od progu  krzyczy: co tu się, ku..wa, dzieje!?

Po zbiciu całej zastawy stołowej, walnięciu garnkami o ścianę i wyrzyganiu się w serwetkę, bierze mnie na stronę, bo jako jedynemu dobrze mi patrzy z oczu. Powiedz mi, pyta, o co tu chodzi? Mówię jej, co i jak, nie owijając w serwetkę. Ale jaja, ona na to. Dobrze, żeś mi powiedział, mówi.

Z miejsca się zaprzyjaźniamy.

Następnie ona robi zebranie i rozstawia wszystkich po kątach. Oni najpierw się zarzekają, stawiają okoniem, ale potem już jest wielki płacz, przepraszanie i obietnice wynagrodzenia krzywd.

Na koniec okazuje się, że najlepiej lepię pierogi, o czym nikt nie wiedział, bo nikt mi nie dawał szansy. Zostaję menadżerem.

O Podlasiu

Nie lubię płaskiego. Jest nudne, depresyjne, bez polotu. Jak taśma w fabryce. Jak papier toaletowy. Jak pismo ponaglające z banku. Co innego góry, wyżyny czy pojezierza ze swoimi polodowcowymi morenami, które wręcz zapraszają do radosnego berka!

Ale nie dotyczy to Białostocczyzny. W jej gładkim krajobrazie ciągle się bowiem coś dzieje. A to załamania drzew mimo wszystko jakieś bardziej pofalowane, a to łany zbóż jakieś fikuśniejsze. Jednym słowem: dynamika, dzianie się, ekspresja.

Już z samego autokaru czuć na kilometr atrakcjami, a co dopiero po wyjściu z niego. Ten zapach przesiąkniętego rosą rżyska, ten blask energetycznego choć już słabnącego na progu jesieni słońca…  W prześwicie gdzieś błyśnie cerkiewka lub szczęśliwa krowa żywiąca się jabłkami wprost z przydomowej jabłonki. Niby to Polska z dopłatami unijnymi i talerzami telewizji satelitarnej, a jakby Białoruś z drewnianymi chałupami i dziurami w płocie.

Ludzie tu są bardziej konserwatywni w ubiorze i stylu życia, ale świadomi bycia mniejszością – swobodniejsi w światopoglądach. Przywiązani do wiary przodków i babcinych chustek, mimo wszystko uśmiechają się na widok człowieka Stamtąd, nie widząc w nim wroga ojczyzny czy diabła z piekła rodem.

Z pewnością codzienność jest tu trudniejsza niż to się wydaje jednodniowemu turyście z Warszawy. Daleko jej do idylli, kiedy zamieć odetnie wieś od szpitala, pośredniaka i internetu, za to bezrobocie otworzy na oścież drzwi do ściany płaczu w Londynie. A jednak może za sprawą tej melancholii w krajobrazie, który umacnia mity dzieciństwa rzekomo płynącego miodem i mlekiem od szczęśliwej krowy, zamiast wracać do trybunałów, aborcji, imigrantów, dobrej zmiany i internetowego hejtu, chce się zaryć w trawie pod jabłonką i do samej wiosny patrzeć tylko na niespiesznie przesuwające się chmury.

O szarej strefie

Prace raczej nie zaskakują, choć niektóre z nich rzeczywiście obnażają całą pustkę tak zwanej wysokiej sztuki. Nie są też zaskoczeniem wiszące obok nich biogramy, bo wiadomo była z grubsza, czyją twórczość gromadzi wystawa w Muzeum Etnograficznym.

To co zadziwia najbardziej, to fakt, że w życiu tych wszystkich życiowych wykolejeńców znalazły się jakieś panie Asie i Marzeny z domu pomocy społecznej, którzy zobaczyły w tych barwnych plamach na torebkach po cukrze, w gryzmołach na dykcie z tyłu szafy, prawdziwy talent. Że pojawił się na ich drodze jakiś doktor z Krakowa i roztoczył nad tymi bezzębnymi analfabetami, którzy nie potrafili powiedzieć w miarę zrozumiałego zdania, parasol ochronny i pchnął w świat. Dzięki tym wszystkim dobrym duchom, którzy w czasach, kiedy na okrągło frazą o normalności wali się jak obuchem, przywrócono paru ludziom trochę godności i trochę sensu.

Nie, to nie jest tak, że od razu zachciało mi się malować. Ale stracić rozum i gdzieś na strychu skrobać freski z papieżem i Leninem, dłubać w nodze od stołu świątki i kogutki, papier pakowy pokrywać wielkimi fiutami? To mogłoby się udać. Jednak (jak ze wszystkim) trzeba by mieć też odrobinę szczęścia do ludzi.

O ściśniętym gardle

Nigdy nie mogłem spokojnie oglądać tych wszystkich historii z międzywojnia, nawet tych najlżejszych i najweselszych.

Oni tam się bawią na dancingu, stroją w strusie pióra i perły, przymierzają fraki i cylindry, przeżywają zakochania i zawody, knują i intrygują, a tymczasem już za parę lat wybuchnie wojna. Chcę wtedy krzyczeć: ludzie, zostawcie te laski i kapelusze, dajcie spokój z umawianiem się na dziewiątą, uciekajcie! Zaraz tu na was spadną bomby, zaraz zamkną was na Pawiaku, zaraz ogłoszą kontrybucje i godzinę policyjną! Potracicie wszystko: domy, biżuterię, zastawę stołową, kredensy, zegarki na dewizce, bogate ciotki, ubogi służące, wakacyjne wyjazdy na Wileńszczyznę, walce, tanga, fokstroty i ł przedniojęzykowe! Bierzcie nogi za pas, póki jeszcze można! Zamiast się szlajać po odeonach i adriach, kupcie bilet na transatlantyk i nawet nie oglądajcie się za sobą!

Ale oni nic. Nieświadomi mojego ostrzeżenia dalej romansują, opowiadają sobie wice, odgrywają gagi, tańczą, śpiewają. Pewni, że miłość im wszystko wybaczy, zbroją się co najwyżej w seksapil, który tylko na chwilę pacyfikuje nagła śmierć Stefci Rudeckiej.

Tymczasem kilka dni temu przy grillu ktoś rzucił temat robienia zapasów na wypadek wojny. Okazało się, że prawie wszyscy obecni mają coś skitrane w piwnicach i pod łóżkami. Z czasem nawet wywiązała się rzeczowa dyskusja na temat kupionych na Allegro tabletek uzdatniających skażoną wodę, masek OPchem, środków opatrunkowych na bazie ziół z przydomowego ogródka i zestawów ćwiczeń rozciągających na wypadek zamknięcia się na całą okupację w skrytce za szafą.

Nie mogłem tego słuchać. Uciekłem z kiełbasą na hamak. Drżącym głosem i ze ściśniętym gardłem opowiedziałem tam sobie kilka śmiesznych żartów i zaśpiewałem kilka piosenek o miłości.

O domkach z piernika

Z miast najbardziej lubię rynki. A najlepsze rynki mają na Dolnym Śląsku.

Każdy bok kwadratu oblepiony kolorowymi kamieniczkami, w środku obowiązkowo ratusz. Czasem jak w Gryfowie jakaś fontanna, częściej – Maryjka na kamiennym cokole pilnująca odwrotu zarazy. Gdy spojrzeć w górę, widać też kościółek ze strzelistą wieżą na wzgórzu.

Jaki to znudzony stolarz tak zmyślnie wystrugał ten Gryfów, ten Mirsk? Jaki to cukiernik tak zabawił się ciastem, żeby nam, dzieciakom z dużego miasta, podarować chrupiąco-pachnący Lubomierz?

Na ławce z piernika przysiada babcia. Uśmiechnięta, zagadująca życzliwie, nie tak jak te moje staruchy z Bródna, co to niezadowolone już od czasów powstania. Nic dziwnego, nie boli ją przecież kolano ani kostka, bo ma nogi z cukru, a cukier jak wiadomo krzepi. Wzdłuż południowej pierzei wolno snuje się gospodyni cała z masła. Mija ją marcepanowy robotnik z drabiną. Nie śpieszą się, gadają a to o tym, a to o owym, w końcu zanim ustawią ich na szczycie weselnego tortu, mają jeszcze całe przedpołudnie. Mury jak w każdym miasteczku podpiera nastoletnie dresiarstwo. Ale nawet ono jakieś takie pacyfistyczne, nieśmiałe, naiwne.  Co zrobić, kiedy w żyłach zamiast krwi płynie im czekolada, która pod wpływem każdego większego wzburzenia wylać się może na bluzy i kaptury?

Uważać, żeby tego wszystkiego nie rozgnieść, nie rozdeptać, nie zepsuć jednym niezdarnym ruchem.

O nocy pod baldachimem

Pokój na fotografii zapowiadał się klitką metr na półtora. Magda, która już na zamku Czocha spała, powiedziała:
- Nawet walizki nie wciśniesz.
- Spoko, dam radę. Zwłaszcza że z plecakiem będę.

Tymczasem, ten do którego dano mi klucz, był prawdziwym apartamentem. Samych łóżek było trzy. Na jednym z nich zmieściłbym się razem z moimi wszystkimi byłymi-niedoszłymi mężami. Na drugim położyłaby się służba, a na trzecim cała rodzina z Rytel i Poniatowa (jeśli dzieci ułożyć w nogach). Do tego szafa, komoda, dwa stoły, stoliczki z lampkami przy każdym z łóżek, fotel i jeszcze jeden mebel, który nie wiem jak się nazywa i do czego służy, ale zrobiłem sobie z niego miejsce do prasowania. Na podłodze puszysty dywan idealny do masowania obolałych po górach stóp. Oczywiście wszędzie mnóstwo kontaktów, że nic tylko ładować.

No, to ja rozumiem! Ktoś mnie wreszcie potraktował tak, jak na to zasługuję. Żadnego chrapiącego sąsiada obok, żadnego zapadającego się łóżka piętrowego nad, żadnego braku papieru toaletowego wszędzie! Żeby się ogolić, nie trzeba jak w schronisku na Stogu Izerskim wdrapywać się na krzesło, bo kryształowe lustro w pokoju obejmuje nie tylko całą moją sylwetkę, ale nawet wystające z nóg dzieci z Rytel i Poniatowa. O mój Boże, tak to można podróżować, tak to można żyć! Nie dość że na zamku, to jeszcze w komnacie jakiejś książęcej!

Szybko jednak się opamiętałem. Pomyślałem, że to z pewnością jakaś pomyłka i potem każą mi zapłacić jak docentowi Furmanowi za dwie kaczki w Mariocie. Pobiegłem do pani, ale ona, że nie, że to właśnie jest jedynka.

Dobrze. Rozumiem.

Myślę jednak, że po prostu czytała mojego bloga.

O tym, gdzie kto jest górą

Już wiem, dlaczego cięgnie mnie w góry. Ja tu po prostu czuję się megafaciem.

Normalnie sierota, co to ani w nogę, ani w kosza nie pogra, ani szafy nie podniesie, ani lodówki nie przesunie. A tu? Proszę bardzo, już trzydziesty kilometr idę z plecaczyskiem większym ode mnie i nie przeszkadzają mi bąble, burchle i rany otwarte. Kolano mi doskwiera, a ja nic – jakbym nandrolonu się najadł.

Oni sprawniejsi, napakowani, w podnoszeniu szafy wyćwiczeni, ale co z tego? Dopiero wstali, a już zmęczeni. Coś by zjedli, więc godzinami snują się po Szklarskiej, coś by kupili, więc do Karpacza na deptak się umawiają. Przyjechali w te góry, ale właściwie jest im tutaj za daleko, za wysoko. Najlepiej poszliby nad morze, ale mają kwaterę 500 kilometrów od plaży. Więc ciągną te swoje Diany i Klaudie przez park zdrojowy, podpierają się nimi, wystawiają je na pokaz niczym jakiś totem samców alfa. Szybciej, rybko, słoneczko najdroższe! Ruszaj się, kurwo, ile mam na ciebie czekać!

Oby wreszcie minął ten dzień, żeby można się już w gospodzie „U Rumcajsa” nałoić browarami. Oby już skończył się ten cholerny urlop, żeby można sobie jak co dzień pod sklepem postać, wzmacniając i rzeźbiąc biceps.

Dlatego też czuję wyższość, gdy ich zostawiam w tyle na trzydziestym pierwszym kilometrze. Rośnie mi ego i libido. A oni, wiem to, czytają to w moich oczach, w moim oddechu, w moim kroku. Właśnie dlatego poganiają jeszcze bardziej swoje Diany i Klaudie, właśnie dlatego nie wytrzymują konfrontacji i spuszczają wzrok na nowiuśkie adidasy.

Tutaj jak jakiś czarny koń na olimpiadzie mam swoje pięć minut. Na nizinach oni znowu będą górą.

O ładowaniu

W schronisku, prawdopodobnie ze względów bezpieczeństwa, zlikwidowali w pokojach wszystkie gniazdka. Było to z pewnością w czasach sprzed ery super-hiper-extra-nowoczesnych smart fonów, które trzymają pół dnia, a drugie pół się ładują.  Efekt jest taki, że największa kolejka jest teraz do kontaktów w kiblu.

Ja akurat mam ze sobą oprócz telefonu tablet, laptop i aparat fotograficzny. I to wszystko musi się natychmiast załadować, bo inaczej wakacjom grozi nieudanie.

Najważniejszy jest oczywiście telefon. Telefon jest mi potrzebny w górach jako: telefon, zegarek, mapa, rozkład jazdy, prognoza pogody, latarka, aparat fotograficzny (gdy się rozładuje właściwy aparat), notatnik do szybkich szkiców, kiedy wena nagle zaatakuje na szczycie Szrenicy (a tymczasem rozładuje się tablet), lusterko, grzebień, suszarka do włosów, widelec, etc.

I dlatego od początku pobytu wszystkie wieczory cały spędzam w toalecie. Niestety, wszędzie mnie poganiają, że ileż można, przecież wszyscy chcą sobie podładować, zwłaszcza kobiety w ciąży, matki karmiące i inwalidzi wojenni. Na szczęście w odpowiednim momencie przypomina mi się, że mam kamienie i pan doktor kazał mi dużo sikać.

O tym, jak jadąc do Babadag wysiadłem w Sokołowie

Kiedy już Stasiuk wstanie z łóżka, podobnie jak ja jedzie zwiedzać dziury.

Stasiuka najbardziej interesują dziury w Albanii, Rumunii, Mołdawii i na Węgrzech. Takie, o których nawet środkowoeuropejski Bóg zapomniał, a czas się w nich zatrzymał. Tam się stoi przy płocie i patrzy w niebo. Tam się nie patrzy na zegarek, nie czyta gazet, nie goni pokemonów. Tam ulicą wciąż przechodzą krowy, na nieczynnych stacjach benzynowych Cyganie rozbijają swój majdan, w rynku suszy się pranie. Do Husi, Răşinari, Gonc, Satu Mare, Durrës i Giurgiu nad Dunajem nie dotarł nawet XX, a co dopiero XXI wiek.

Bardzo pięknie, nawet ja, znawca krajowych dziur, nie słyszałem o takich miejscowościach. Tyle że Stasiuk do tych dziur zalicza też Sokołów Podlaski! Sokołów Podlaski kojarzy mu się z Albanią i Rumunią! Sokołów Podlaski jest jakąś zapomnianą przez Boga i ludzi pipidówą, której nie można znaleźć na google maps!

Tak się składa, panie Stasiuk, że ja się urodziłem w Sokołowie Podlaskim. I owszem, zawsze zdawałem sobie sprawę z tego, że jest dziurą nad dziury. Co innego jednak wiedzieć o tym na swój własny użytek, nawet dowcipkować sobie na ten temat przed znajomymi i na blogu, a co innego przeczytać o tym w arcydziele literatury podróżniczej!

W dodatku ten mój Sokołów pojawia się u pana z pięć razy, podczas gdy Kałuszyn i Kosów Lacki tylko raz, a Węgrów w ogóle. Przepraszam, ale czy to przypadkiem nie jest jakaś obsesja?

Przecież Sokołów Podlaski to nie jest jakaś Mszana Dolna ani Raciąż. Mamy szpital powiatowy, kryty basen, stadion miejski z sekcją piłkarską, koszykarską, kolarską i karate kyuokushin. Mamy prężnie działający ośrodek kultury, w którym moja siostra śpiewała niedawno Ordonkę, a ja przed laty wcielałem się z powodzeniem w Małego Księcia. Mamy trzy parafie, w jednej z nich działa prężnie chór, w którym z powodzeniem występuje moja matka. Otwarta jest u nas biblioteka, wychodzą trzy gazety, urząd pocztowy czynny jest nawet w soboty, czego nie można powiedzieć o takim Kosowie czy Kałuszynie. Od niedawna jest nawet sygnalizacja świetlna, którą z powodzeniem opanowali członkowie bliższej i dalszej rodziny (co nie było łatwe, trzeba było w trzech gazetach uświadamiać, że stanie na światłach to nie jest stanie przy płocie i gapienie się w niebo).

Sygnalizacja świetlna, słyszy pan? Dlaczego więc pan o krowach, o praniu w rynku?

Rozumiem, że pan chciał dobrze, te fragmenty są nawet literacko udane, ale może by pan zajął się jakąś inną dziurą, a nie moją własną?

O Muzeum Domku Pisarza

Pisarz leży na tapczanie. Ręce zaplótł pod głową, widać że myśli. Nie obchodzi go, co dzieje się wokół. Ani to, że podłogę pokrywają pomięte kartki, ani pusta butelczyna niedbale rzucona w kąt. Skupił się, jak widać, na rozpamiętywaniu niesatysfakcjonujących pomysłów twórczych i przeżywaniu rozpaczy.

Tymczasem w kuchni obok piętrzą się brudne naczynia w zlewie. Taki sam nieład panuje na stole. Do tego rdza i zacieki na kafelkach pod prysznicem!

Patrzę na to wszystko z góry, po tym jak Magda mnie zwołała, że to niby wypisz wymaluj ja i moja kawalerka. Zostawiłem wcześniej salon sukien ślubnych z fin de siècle’u, zostawiłem przedwojenną szkołę i zakład krawiecki z czasów PRL-u i pobiegłem przyjrzeć się w swojemu światu w skali mikro.

…No, nie, to zdecydowanie nie ja. Raczej Pilch.  Może Stasiuk? On mi też wygląda na takiego, co to potrafi wyłoić pół litra po nieudanych dwóch stronach. Może to nawet Myśliwski, który opija niespodziewany spadek z Holandii? Na pewno jednak nie ja, bo ja nigdy niczego nie rzucam na podłogę, zwłaszcza kartek papieru. Może czasem mam brudne naczynia w zlewie, ale za to zawsze porządek na stole.  Do tego w żadnym, ale to w żadnym wypadku nie pozwoliłbym sobie na zapuszczenie kabiny prysznicowej i powstanie zacieków na kafelkach!

U mnie wszystko jest na swoim miejscu –pogrupowane w sekcje tematyczne lub alfabetycznie. Jeśli nawet i leży jakaś butelka, to leży ona w sposób kontrolowany – asymetryczny, ale broń boże chaotyczny.  Zapamiętajcie sobie: jeśli coś u mnie leży to z pewnością nie z przypadku ani z lenistwa. Na pewno jest to artystyczny żart, przećwiczony wcześniej dogłębnie pod każdym kątem, z bliży, dali i z lotu ptaka.

Gdyby nie te kartki na podłodze, to tutaj to byłoby mieszkanie jakiegoś robola co najwyżej! Zero fantazji, zero polotu, jedynie sam bałagan! U mnie porządku w głowie i pod prysznicem strzeże masa bibelotów: pomarańczowy wieszak-jelonek, koło ratunkowe, sieć rybacka upięta nad łóżkiem, wiosło oraz Matka Boska z wąsami. Do tego mnóstwo kapeluszy jak w salonie sukien ślubnych i ręcznie szytych much wprost z zakładu krawieckiego.

Tak więc raczej Dehnel. Choć może też trochę Witkowski.

W każdym razie ten tutaj to nie jestem ja. Może dlatego, że akurat niczego nie piszę, niczego nie tworzę. Ja tylko leżę na tapczanie.