Pchełki szachrajki 2012-01-24 21:13:34

Mam czasem takie dni, jak wczoraj i dzisiaj, kiedy najchętniej bym komuś przyfasolił.

A gdzie statystyczny Polak zazwyczaj odreagowuje? Przecież nie w pracy. Najlepszym miejscem na wypuszczenie złego powietrza jest środek komunikacji miejskiej. Ach, tak upuścić z litr krwi z powodu nadepnięcia na bucik, trącenia torbą! Tak się wziąć za kudły o jedyne wolne miejsce! Niestety, dzisiaj w autobusie się nie udało.

Drugim dobrym do konfliktu miejscem jest sklep. Właśnie wchodzę po trzy bułki i śmietanę. Zgrzytam zębami, bo przede mną jak na złość wielgachna kolejka i, jak na jeszcze większą złość, brak okazji do wyładowania obu. Ale oto za mną już się skrada układaczka. Wyciąga z wózka sześć ton kartofli i już się pcha do układania. Nie, nie może poczekać, aż moje skromne bułki ze śmietaną podjadą dalej, bo jej spieszno. Ona już tu, w sklepie, będzie rozpoczynać swoje kartoflane puzle. Irysy do irysów, amerykańskie do amerykańskich.

Znamy takie. Teraz będzie chciała zmieścić to wszystko w estetycznym rządku na centymetrze kwadratowym taśmy. Zaraz będzie przesuwać, bo jej się źle ułożyło. Niealfabetycznie. Odmiany jej się poplątały. Proszę, proszę, nie krępuj się, wsadź mi je na głowę. Zrób se ze mnie planszę, wykopyrtnij z kolejki jak zbędną bierkę.

Patrzę i czekam aż zacznie przesuwać moje bułki. Przecież widzę, że już przestępuje z nogi na nogę, już się nieswojo wokół własnej osi kręci, już ją najwyraźniej ręka swędzi. - Rusz tylko bułki - myślę sobie – a cię trzepnę iryskiem między oczy. Zarazem się niecierpliwię, z nogi na nogę tak samo przestępuję, bo się właściwie nie mogę doczekać tego trzepnięcia. A ona, trzymajta mnie, wyczuła to całe napięcie i dała spokój. Nagle odechciało jej się układania, układaczce jednej!

Trudno. Widać, nic już dzisiaj nie zdziałam. Przyjdzie mi wściekłym kłaść się spać. Jeszcze tylko za bułki zapłacę... I wtedy patrzę, a nad głową kasjerki wisi karteczka, że płacić kartą poniżej dziesięciu złotych nie można. Jak to? Wczoraj poniżej pięciu, poniżej trzech, za samą śmietanę tylko, jeszcze można było... Szukam winnego tej sytuacji, osoby odpowiedzialnej za tę segregację, za ten rasizm finansowy... No, mamy cię, kasjereczko. Specjalnie to zrobiłaś! Przyznaj się, przed chwilą, jak mnie tylko zobaczyłaś, wyjęłaś karteczkę! Bez ogłaszania tego wcześniej w Monitorze Rządowym! Abym się przypadkiem nie przygotował! I zaraz ją schowasz, jak zniknę za rogiem! Ja, królowo, nie noszę pieniędzy w pieniądzach, gdyż nie jestem amatorem gry w pchełki, jak taka, za przeproszeniem, układaczka. Wyskakuj mi tu z terminalem raz, a dwa!

Tak sobie właśnie w duchu myślę, a nie w duchu próbuję się jeszcze opamiętać, do dziesięciu złotych coś dobrać:
- Papierosy poproszę, takie a śmakie.
- Nie ma takich a śmakich. Są same śmakie.

Tego mi już było za wiele. W dupę sobie wsadź karteczkę! Śmakie se tam też wsadź! I podpal wszystko...

I trzaskając drzwiami, bez płacenia, ale i bez śmietany i buł, wyszedłem ze sklepu jak... nowo narodzony.



skomentuj (1)

Kartka z kalendarza Majów 2012-01-15 21:22:06

Jakoś tak z początkiem roku stanął w Urzędzie zegar. Po czym zaczął iść do tyłu.

Spoglądam któregoś dnia na tarczę, żeby sprawdzić, ile jeszcze zostało godzin męki, patrzę: piąta! Jezu, zasiedziałem się dwie godziny! Nienormalny jakiś jestem, czy co? Była to jednak piąta, ale rano. Jeszcze gorzej. Bo zanim się zorientowałem, że czas, jak to mówią, ucieka, była już czwarta. Powinienem kłaść się spać, żeby wstać koło północy. Ale teraz nie zdążę na autobus dzienny, a nocnym nigdy z pracy nie wracałem… Zwłaszcza tyłem... Tego jeszcze brakowało, żebym został na noc w Urzędzie!

Teraz, jeśli przyjąć perspektywę tego zegara, mamy nie połowę stycznia, ale grudnia 2011. Jesteśmy jeszcze (czy „już”?) przed (czy właściwie „po”?) świętami (ach). Ja właśnie znowu stoję w kilkugodzinnej kolejce do kasy w Empiku, żeby zwrócić prezent. Stanie jest uciążliwe i aż sam się sobie dziwię, że po raz drugi mogę to znieść, ale co robić? Trzeba prezent oddać, bo zaraz będą odbierać świąteczną premię.

Już wkrótce czeka mnie też  zdzieranie tapety, wyprowadzanie się z nowo kupionego mieszkania, oddawanie kredytu (!), wracanie z podkulonym ogonem do strasznych właścicielek i współlokatorek. Za chwilę skasuję cały materiał z tego blogu, co ostatecznie odsłoni bezsens tej roboty. Na domiar złego wcale nie będzie to łatwy proces, za pomocą klawisza „delate”, ale mozolne usuwanie, niczym gumką myszką, literki po literce.

Jeszcze raz przejdę przez wszystko w odwrotnym kierunku. Jeszcze raz przyjmą mnie do Urzędu, a właściwie zwolnią. Jeszcze raz będę pisał, a właściwie niszczył magisterkę, która nie skończy się jej obroną, ale relegowaniem na IV rok studiów. Jeszcze raz będę zaliczał, a właściwie oblewał egzaminy. Nie zdam matury, wyrzucą mnie z  liceum, nie sprawdzę się w pisaniu  rzędów liter „a”, „e” i „m”. Stracę zęby, przestanę trzymać mocz , podnosić głowę i chwytać grzechotkę. Będę się tylko darł w niebogłosy, a trzeba wiedzieć, że płacz wciągany jest nieporównywalnie  gorszym uczuciem od tego na wydechu. Na koniec coś mnie złapie za pępek i wciągnie do czarnej dziury. Straszne!

Potem, ale to już beze mnie: znowu II i I wojna światowa, rozbiory, grabieżcza polityka Zakonu Krzyżackiego, rozbicie dzielnicowe. Jeszcze raz ludzkość przeżyje czarną śmierć, najazdy Hunów i wygnanie z raju.

Myślę, że tak może wyglądać zapowiadany na grudzień (ale którego roku?) koniec świata. Żadna tam trąba powietrzna, żadne trzęsienie ziemi. Nic się nie urwie, nie spadnie, nie rozszczepi, tylko zacznie się cofać, kurczyć, aż wreszcie dojdzie do tego momentu, gdy zanikająca materia syknie i nic po sobie nie pozostawi w głuszy kosmosu. Czy co tam współczesna fizyka teraz uważa.

No dobrze, powie ktoś, że taka powtórka z rozrywki ma i swoje dobre strony. Przecież przeszłość nie wyłącznie była zła. Przeżyć jeszcze raz te wszystkie przyjemności: imprezy, zakochania, podróże, czyż to nie warte spróbowania, choćby za cenę końca..., początku świata? Czy ja wiem? Tak jeszcze raz jeść odgrzewany kotlet? Co to za impreza, która kończy się stanem trzeźwości? Co to za seks, którego kulminacją jest gra wstępna? I co to za kotlet, po którym na deser dają nam zupę?

Mówią, że to tylko zużyta bateria. Że trzeba wymienić ją w zegarze i po kłopocie. Tyle że jakbym kiedyś już podobną radę słyszał. I nawet jakbym o niej już wcześniej pisał... łasip jeinśezcw żuj jein o my...



skomentuj (5)

A to feler... 2012-01-10 21:05:09

Miałem iść tylko do Biedronki i kupić sobie tuszonkę w puszce, marmoladę i skibkę masła, bo na to tylko mnie stać po świętach. Więc zupełnie nie wiem, jakie licho mnie podkusiło, żeby wejść na handlowe salony. Nagle wylądowałem w ekskluzywnym sklepie z wyposażeniem mieszkań.

Wchodzę i co ja widzę? Poduszka za pińcet złotych! I to taka, która stylowo rozpadnie się w pierwszym praniu. O, nie, ja tu nic do swego mieszkania, do swej przyzby, nie kupię! Zwłaszcza tuszonki i marmolady. Lecz co robić, drzwi za mną zabrzęczały, personel się od tego zabrzęczenia poderwał od stolików, podniósł z wersalek, wyszedł z szafy. Oni tu już z nudów umierali, w państwa-miasta grali, Pudelka na pamięć się nauczyli. Od otwarcia salonu nikt jeszcze ich nie odwiedził, a przecież najnowsze szkolenie w praktyce przećwiczyć trzeba. Teraz więc, nie ma opcji, będą za mną łazić i zgadywać moje życzenia. Bez pytania, z samych sygnałów niewerbalnych będą odczytywać, czy chcę sofę czy stół. Czy jestem nowoczesnym singlem, wolnym zawodem o hedonistycznym stylu życia, szukającym pobudzenia ekstrawagancką estetyką, czy klasą kierowniczą, spragnioną życiowej stabilizacji i zakotwiczenia się w nowoczesnym, choć raczej stonowanym kolorystycznie, designie?

Jezu, a ja przecież przed chwilą wyszedłem z lasu! Dopiero co zbierałem chrust, darłem pierze, łuskałem groch, nadziewałem kiszkę kartoflankę. Z kopania buraków wracam, z przerzucania gnoju, z bicia świni!

Trudno jednak, stało się. Jeśli nie zadają durnych pytań, tego swojego wkurzającego „w czym mogę pomóc?”, mogę im pomóc. Tymczasem sobie pozwiedzam.

I tak oto od towaru do towaru, od eksponatu do eksponatu, schodzę cały sklep. Obejrzałem dmuchaną szafę za sześć tysięcy i stół z nogami z filcu za dwanaście. Lampę z waty, wieszak z promieni UV, dywan z trzynastu tysięcy modułów do samodzielnego uplecenia w domu. Sofę nabijaną kolcami i taboret-gwóźdź. Personel za mną gęsiego, niczym jakaś świta królewska, jakieś, czy ja wiem, Biuro Ochrony Rządu? Coś tam sobie szepczą do uszu, jakieś notatki na temat mojego łapania się za głowę, kręcenia nosem, robią. Notują, a lepiej by pilnowali, czy czego kufają nie strącę, nie zbiję, czy broną wystającą z kiszeni nie drasnę adamaszku. Już zaczynam się nudzić tym defilowaniem, już pod kożuszkiem się całkiem pocę i nawet za świnkami, za chrustem w lesie zaczynam tęsknić. Jeszcze tylko, skoro już jednak tu jestem,  wejdę do tamtej, ostatniej salki...

Nagle z windy wielkości mojej kawalerki wyskakuje główny ekspedient, dwudziestego pierwszego wieku Wokulski, i na mnie się sadzi. Od razu widać, że to nie jakiś nowicjusz na umowie śmieciowej, stażysta z pośredniaka, ale fachura z prawdziwego zdarzenia. Jemu szkolenia niepotrzebne. Wie, że do mnie prosto z mostu trzeba, z grubej rury. I taki przy tym przystojniacha! Dwa metry wzrostu, uzębienie bieluśkie, krok sprężysty, wyćwiczony  chyba na jakimś wybiegu dla modeli, bo raczej nie na magazynie. I już stuk, stuk, stuka swoimi pantofelkami, we mnie czubami namierza. Podchodzi bliżej, gębusię rozdziawia w uśmiechu i tak jak należało zrobić ze mną na początku, pyta:
- W czym mogę pomóc?

Miałem przygotowane błyskotliwe odpowiedzi na taką okazję, ale stukot Wokulskiego odebiera mi wszelką parę w gębie. Z nim, widać, nie przejdą moje fortele prosto z pola. I już chcę się odsłonić, ujawnić swój status, swój brak orientacji w życiu handlowym miasta, taki finansowy comming out zrobić, już mam powiedzieć jak pacjent na obchodzie, że nie, nic mi nie dolega, ja tylko studentom pomagam, gdy jednak decyduję, że... jednak coś kupię! Trudno, pożyczę u sołtysa, pościemniam w skupie, kredyt wezmę we spółdzielczym. Za to ci tutaj, z subiektem głównym na czele, cha, cha, niech baranieją, niech nie wiedzą, jak rozwiązać ten szkoleniowy rebus, w jakim profilu zakupowym mnie, do niczego niepodobnego, umieścić.

Zastanawiam się, co by tu wymienić, żeby mnie jednak nie wyeliminował w przedbiegach brak zdolności kredytowej we spółdzielczym. Poduszka odpada, sofa ze stołem tym bardziej. Może jakiś śmieszny kieliszek do jajka za jedyne 399 złotych? Może nożyk do masła ze stali nierdzewnej, z powodu noworocznej obniżki sto złotych tańszy?
- Macie... - jakam się - może... otwieracze do tuszonki? Najlepiej filcowane? Albo chociaż podświetlane fluorescencyjnie?

Uf... Nie mieli.



skomentuj (3)

Po prostu smerfastycznie! 2012-01-07 22:07:56

Ciamajda postanowiła sobie pomalować to i owo farbą olejną. Niestety, nikt jej nie powiedział, że potrzebny będzie rozpuszczalnik. Tego nie było na polonistyce.

Patrzy się Ciamajda na pierwszy pasek w kolorze niebieskim i z radości aż podskakuje. Ładny ten pasek. Teraz będzie następny, jeszcze ładniejszy, bo robota się w rękach pali. Chce Ciamajda zmienić kolor, więc co robi? Ano idzie, tup, tup, tup, do łazienki. Odkręca wodę, kap, kap, kap, z kranika. Lecz co to? Wszystko się porozbryzgiwało! Chlup, chlup, chlup... Wanna niebieska, kafelki niebieskie  i słuchawka prysznica. Teraz te wszystkie plamy trzeba usunąć ręcznie, martwi się Ciamajda. Ojej, ręce też niebieskie! I ręcznik! I głowa od drapania się w nią. Nic tylko iść na skrzyżowanie wlepiać mandaty.

I jak teraz pójść spać? Jak dotrwać do rana w bezruchu? Jakiej tu ostatniej deski się chwycić, by nie zmarnować ratunku? O, matulu, przecież jutro Trzech Króli! Wszystko będzie pozamykane... Przyjdzie czekać półtorej doby z rękami w górze.

Co robić? Na pogotowie?



skomentuj (1)

Supermatka 2012-01-02 23:25:25

Miała być towarzyszką doli i niedoli, powiernicą tajemnic, ostatnim kołem ratunkowym w  razie czego. Krwią i blizną ślubowała wspierać przy kawusi. Obiecywała chodzić z tobą po sklepach, po lekarzach i na Powązki. No i masz! Wszystko szlag trafił, gdyż właśnie została matką! I to nie byle jaką. Matką z ambicjami. Arcymatką. Główną Matką Kraju.

Przez najbliższe dwa i pół roku nie będzie odbierać od ciebie telefonów, odpowiadać na maile. Może ją złapiesz gdzieś na portalu o kolkach i zatwardzeniach, na ostrym dyżurze z ząbkowaniem, tamującą wózkiem wszelki ruch na rondzie Matki Sybiraczki.

Jeśli po tym czasie zdecyduje się wreszcie z tobą spotkać, będziesz musiał najpierw przedrzeć się przez stos korespondencji na temat układu dyżurów w baby roomie, propozycji zabaw edukacyjnych, obostrzeń dotyczących kontaktów z otwartym ogniem, kompozycji dziecięcego menu. Może więc jednak spotkanie u niej – na oswojonym terenie, w bezpiecznej dla dziecka zonie? Zanim dotrzesz do jej mieszkania, będziesz musiał przejść przez matę dezynfekcyjną, przez szkolenie z BHP, przez testy epidemiologiczne. A i tak, kiedy przeczołgasz się już przez te higieniczne zasieki,  zamiast serdecznego „kawę czy herbatę?” przywita cię wrzaskiem „umyłeś ręce?!”.  Poczęstuje cię przecierem z marchwi, sokiem z rzepy, paćką z brukwi. Supermatka, która jeszcze wczoraj nie miała obiekcji, aby na przystanku walnąć z gwinta gorzką żołądkową, dzisiaj z zapałem neofitki truć ci będzie o zdrowej żywności i ekologicznej dzianinie. Nie narzekaj jednak, bo i tak masz dużo szczęścia: Supermatka na ogół wszystkich samotnych mężczyzn kręcących się wokół jej Superdziecka, wszystkich tych patologicznych wujciów, potencjalnych pedofilów, na dzień dobry częstuje cyproteronem.

A teraz zachwycaj się postępami maleństwa w chodzeniu, podskakiwaniu na kapciu z pomponem, konsumowaniu papy bez zrzutów na śliniak. Wrzeszcz peany na całe gardło, klaszcz, aż ci łapy odpadną. Zdawkowy komplement Supermatki nie zadowoli. Niech ci, broń Boże,  nie przyjdzie do głowy krytykowanie jej metod wychowawczych. Ani się waż truć o tożsamości osobistej, o autonomii jednostki! Supermatka ma w małym palcu publikacje o rozwoju wczesnodziecięcym i wie, że co najmniej do dziesiątego roku życia maleństwa potrzebują socjalizacji – dziewczynki uwielbiają różowe, a chłopcy niebieskie.

Choć jeszcze niedawno zaczytywała się w Sylwii Chutnik, ze sztandarem emancypacji wycierała się po niejednej manifie, choć przysięgała, że się nie da zamknąć w stajence przy żłobie, dziś oto staje na straży reakcji. Nagle, niczym święty Paweł w spódnicy, doznaje objawienia i staje się samiuśką madonną z dzieciątkiem – tak jej się poród rzucił na mózg!

Czasem w przerwie między malowaniem pierników a dmuchaniem balonów Supermatka spyta cię, co u ciebie słychać. Pytanie tylko hipotetyczne, gdyż twoja miednica sama mówi za siebie. Słabo wykształcona w procesie ewolucji nie daje przecież żadnych szans na szczęście.  Nie zaprzeczaj. Supermatka po uszy zanurzona w socjalizacji, nie wejdzie w żadne niuanse. Dla niej różowe to różowe, a niebieskie to niebieskie. Nigdy nie zrozumie, że na przykład pogodziłeś się z bezpłodnością, impotencją, z syndromem zanikającego jądra. Do głowy jej nie przyjdzie, że masz inne, nieprokreacyjne, upodobania seksualne, a nauka jeszcze nie poszła tak daleko, żeby mosznę zaadaptować na macicę. Przecież jej aktualna idolka, Najświętsza Panienka, powiła niepokalanie, siłą modlitwy samej! No więc, hallo, można jeśli tylko się chce?

Ze swej planety patrzy na ciebie z odrazą, przemieszaną z politowaniem. Jakby czuła tym swoim siódmym, matczynym zmysłem, że siedzi w tobie wieczne dziecko - niepogodzone z konkurencją, z nagłym odstawieniem od cyca.



skomentuj (4)

Notoryczne braki w segmencie chatek z piernika 2011-12-27 19:39:27

Czy ktoś mógłby tym oszołomom z magazynów wnętrzarskich powiedzieć, żeby dali se siana i nie wciskali ludziom kitu? Nie ma w całym mieście stołecznym Warszawa i jego przebogatej ofercie handlowej ani wieszaka w kształcie poroża, ani futrzanego obicia na drzwi w kolorze lekko musujący róż. Nie ma nawet głupiej drewnianej drabiny jednostronnej czy sieci rybackiej o rzadkim splocie. Skąd oni to biorą, pytam się? Po jakich środkach halucynogennych piszą te swoje, pożal się Boże, artykuły? Takie niestniejące akcesoria, dziękuję bardzo, to ja sobie sam mogę na blogu trzasnąć! Z pocałowaniem ręki! I jeszcze potem je komuś sprzedać, bo jak widać na załączonym obrazku, głupich nie sieją.

A teraz postulat drugi, niejako zbliżony, w sprawie  którego też muszę zabrać głos, bo inaczej mnie zaraz pewna choroba strzeli...

Kto wymyślił tyle pędzli? Do drewna, do ścian, gładzi, sradzi? I jeszcze do pięćdziesięciu tysięcy innych powierzchni? Prostych, skośnych, łopatkowych, kaloryferowych, owakich, srakich i nie wiadomo jakich? Jakie lobby budowlane chce, abym w sezonie przeziębień ganiał w kurtce puchowej od alejki do alejki, spocił się, oblał na policzkach lekko musującym różem i  po dwóch godzinach bezsensownego zastanawiania się nad metodyką malowania pawlacza śmierdzący wyleciał bez niczego?

Niech się tym ktoś, najlepiej jakiś rząd, zajmie! Inaczej o wszystkim dowie się Kim Dzong Un!



skomentuj (1)

Pastorałka 2011-12-20 22:00:39

Nastrój świąteczny kończy się u nas gdzieś w połowie grudnia. Wtedy matka odurzona reklamami coca-coli, poinstruowana serialami, wstaje od telewizora i mówi:
- W tym roku u nas będzie tak samo!
Żadnego oglądania telewizji, żadnego uciekania do swoich pokojów. Będzie czekanie na pierwszą gwiazdkę, śpiewnie chórem kolęd, czytanie ewangelii, talerz dla nieoczekiwanego gościa i dwanaście dań. Cisza, skupienie, łzy wzruszenia i pomaganie we wszystkim matce!
- Palec pod budkę, bo rozdaję role! Tobie, Marcinku, przypadną kwestie grzecznego, uczynnego syna, do mycia okien, sprzątania schodów i siekania sałatki przysposobionego.

Mniej więcej po dwudziestym grudnia punkt za punktem wypada ze scenariusza. Syn Marcin, prywatnie Proszę Princea, nie zwykł uwijać się ze ścierką, więc schowany za choinką czyta książki. Siostry u fryzjera, kosmetyczki, krawcowej myślami są już na balu sylwestrowym. Brat zajęty najnowszym romansem. Ojciec  w kotłowni próbuje przeczekać czas do Trzech Króli. Zaczynają się nieoczekiwane nadgodziny,  posiedzenia rad nadzorczych, awarie głównego reaktora jądrowego, szczyty eurolandu. Sorry, matka, ale nie mamy czasu. Właśnie ratujemy karpie, sprzedajemy świece Caritasu, z betlejemskim światełkiem pokoju lecim. Z kuchni, gdzie mieści się świąteczny sztab dowodzenia, słychać więc coraz głośniejsze zawodzenie. Matka czuje jak jej się wymyka wymarzona wizja rodem z kampanii społecznej o szyderczym tytule „Święta cieszą tylko w rodzinie”.

Najgorsza jednak jest wigilia. Jeszcze przed jej rozpoczęciem, z samego rana, puszczają komuś nerwy. Ktoś z kimś się kłóci. Ktoś trzaska drzwiami. Ktoś wychodzi z domu i zapowiada, że już nigdy jego noga, tfu!, tu więcej nie postanie. Najczęściej, niestety, jestem to  ja z bratem. Nic nie poradzimy, że akurat wtedy przypomina nam się krzywda z 1986 roku, nadepnięcie na odcisk w 1991. Tyleśmy to lat tłumili, a dzisiaj, no popatrz, przelało się! Matka mówi wtedy:
- Pogódźcie się, niech chociaż raz w roku będzie u nas jak u porządnych ludzi.
Co tylko zaognia sytuację.

Świąteczny nastrój mogłyby uratować siostry, pod warunkiem, że byłyby punktualne.

Co roku matka wyznacza godzinę, pod groźbą wydziedziczenia, nieprzekraczalną. Nauczona doświadczeniami poprzednich wigilii, z roku na rok przesuwa ją jednak na coraz późniejszą. Ale nie ustąpi, by być drugą albo, nie daj Boże, pierwszą! Co to, to nie! Zna zasady mnemotechniczne i wie, że tylko ostatni odcisną się w pamięci. A przecież matka nie jest jakąś tam teściową, jakąś Danuśką, Jadźką, do której można wpaść na chwilę, w antrakcie tak zwanym. U niej nie szatnia, gdzie się z płaszczami w tę i we w tę lata. U niej się biesiaduje, kołysze w rytm „Lulajże, Jezuniu”, robi falę meksykańską przy „Przybieżeli...”. A do tego jeszcze...
- ...w tym roku po raz pierwszy będzie czytanie ewangelii, dwanaście dań i śpiewanie wśród nocnej ciszy, które widziałam u Mostowiaków i w „Barwach szczęścia” i takie same chcę dziś naszykować. Więc, drodzy moi, nie siedźcie długo u Danusi, u Jadzi, bo możecie przegapić ten epokowy moment, tego gwoździa programu, tę wigilię wszechczasów.

Czekamy więc wściekli i głodni na jedną siostrę, drugą siostrę, na szwagrów obu, na słodziuchne twarzyczki ich dzieciaczków, z których, nikt nie ma wątpliwości, kiedyś wyrosną terroryści. Czekamy i czekamy, aż niemal z nudów zaczynamy się godzić z bratem. Tymczasem zostaje uruchomiona gorąca linia telefoniczna. W kuchni zbiera się sztab zarzadzania kryzysowego. Matka wie, że nasza mobilizacja trwać nie będzie wiecznie:
- A co wy tam jeszcze u Danusi, u Jadzi robicie? Tyle się człowiek przy garach nastał, naszykował... Zaraz wszystko będzie takie zimne, wszystko takie trujące!
I następuje ponaglanie, przemawianie do rozsądku, grożenie anatemą, wysyłanie umyślnego do Danusi, nasyłanie upierdliwych kolędników na Jadźkę. I dalej wypatrywanie, denerwowanie się, dreptanie od okna do okna. Wreszcie, przed dwudziestą,  wszyscy się zwalają na raz. Wrzask, rumor, darcie ryja:
- Ja tam siedzę!
- Nie, właśnie, że ja!
- Ale ja nie chcę koło niego!
- Mamo, on mnie szczypie.
- Bo on, aua, we mnie rzuca karpiem.
- Oddawaj pilota!
- To ty oddawaj!
- Przełącz, ty pedale!
- Ale ja chcę bajkę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
W końcu wśród takich zamieszek, siadamy wszyscy do stołu. Późno, w środku nocy niemal. U porządnych ludzi na całego trwa już zmywanie.

Zaczyna się teraz, ding, dong, ckliwa opowieść wigilijna? Akurat! Ścisk, tłok, prawdziwa masakra piłą mechaniczną. Ktoś w wazie, ktoś inny na półmisku z karpiem. Pogruchotane kości, wybite łokciem oko, zmiażdżona śledziona, a tu jeszcze miejsce dla niespodziewanego gościa trzeba znaleźć! Jakiego, kurwa, znowu gościa? Nie ma miejsca na bigos, na kompot z suszu, na babkę z dziadkiem, gdyby żyli, miejsca nie ma, a tu chcą jeszcze kogoś zapraszać? Może jakąś parę rumuńskich przybłędów na osiołku? Może jakichś brudnych uchodźców z Palestyny? Do kuchni z tym talerzem, a już! Jak przyjdzie niespodziewany, to sobie zje z psem przy szafce...

Nie ma wątpliwości, że ktokolwiek by się odważył przyjść wówczas do naszego domu, nawet gdyby był papieżem samym, nawet Prymasem Tysiąclecia, zostałby, choć to nie Wielki Piątek tylko Boże Narodzenie, z pewnością ukrzyżowany.

Tymczasem ktoś krytykuje obrus. Ktoś inny zauważa, że znowu nie ma sianka. W tym momencie jak zwykle wybucha bezsensowna dyskusja o tym, czy u porządnych ludzi sianko jest na obrusie, czy pod nim. Dochodzi niemal do rękoczynów, do nocy świętego Bartłomieja, do wojny trzydziestoletniej niemal, choć wyniku tej dysputy o dogmatach samo sianko i tak się nie pojawi. Wreszcie jest poszukiwanie Biblii i raban wielki, że znowu nie można znaleźć. Następuje teraz moja wielka chwila zemsty za poniewieranie mnie myciem schodów i niewolnictwo w kuchni. Z satysfakcją przypominam, że nie ma i nigdy nie było w naszym pobożnym domu Nowego Testamentu.  Są tylko „Sekrety Fatimy”, „365 dni z Ojcem Pio” i album o papieżu.  Matka na to sprytnie zmienia temat. Zauważa, że przy stole wciąż nie ma ojca. Natychmiast włącza syrenę alarmową w głosie, co jego szybkie ściągnięcie z kotłowni powoduje. Towarzyszy temu naleganie, żeby się przebrał w czyste, jak u porządnych ludzi bywało, ubranie. Ojciec na to w płacz i krzyk, że nie, że on lubi takie śmierdzące i z dziurą. Na koniec, kiedy wydezynfekowany na chybcika gramoli się do pokoju, okazuje się, że trzeba wciągnąć brzuchy z pokiereszowanymi śledzionami, obolałe łokcie przysunąć bliżej siebie, żeby miał gdzie usiąść. Następuje też przyniesienie z kuchni nakrycia dla niespodziewanego, gdyż nie tylko miejsca, ale i talerzy brakuje.

Wreszcie przychodzi najgorsze: dzielenie się opłatkiem. Pierwsza z życzeniami wyskakuje jak zwykle matka. Właśnie zaczęły się „Wiadomości” i pan pod krawatem tak pięknie mówi do pani w koronkach. Matka nie chce być gorsza. Życzy, ale jakby klątwy rzucała: żebyś miał, synu, dalej pracę, wreszcie się ożenił i ulżył matce w obowiązkach. Po niej swoje dorzuca ojciec, który jak co roku życzy wszystkim, a w gruncie rzeczy sobie, żebyśmy mieli węgiel na zimę. Teraz przychodzi nasza kolej. Wszędzie słychać jak echo „i wzajemnie”, lecz brzmi to jak „spierdalaj”. Wreszcie na stół trafiają dania, z których przynajmniej jedno jest przypalone.
- Jak przypalone jak nieprzypalone? - mówi matka z coraz wyraźniejszym fochem.
I chociaż widomo, że krytykować nie wolno, bo inaczej obraza i kara śmierci przez zagłodzenie, dalej brniemy w te bezproduktywne dialogi. I dawaj, że przypalone.
- W przyszłym roku sami sobie będziecie gotować - matka na to, wyraźnie już pogodzona z porażką, za to zadowolona, że jednak będzie to jej główna, świąteczna rola, gdyż właśnie zaraz, o, tu, przy kuchni, gdzie miało być miejsce dla niespodziewanego, pożegna się z niesprawiedliwym światem i wyciągnie nogi, psując nam żałobą zabawę sylwestrową. I zabiera półmisek z tak grobową miną, jakby sobie wałówkę do trumny szykowała. Na szczęście kwaśną atmosferę przerywa hasło: prezenty!

Co roku matka powtarza, że w tym roku prezenty tak jak u innych ludzi będą dawane pod koniec kolacji, dopiero gdy wszystko z talerzy wymieciemy, a nie na samym początku pierogów, w samym środku barszczu. I co roku ktoś wbrew scenariuszowi nie wytrzymuje: dajmy te prezenty, przynajmniej będzie spokój. Nigdy, powtarzam, nigdy nie ma spokoju. Wręcz przeciwnie, najgorsze się zaczyna:
- Ja też chcę taką!
- Nie dam!
- Oddaj, ty pedale, to moje!
- Mamo, ona, mi zabrała!
Dorośli siedzą jak przed egzekucją. Każdy boi się zajrzeć pod choinkę. Bo jakież to rozczarowanie w tym roku odkryje? Sześciopak skarpet, które puszczą w szwach, zanim nadejdzie nowy rok? Komplet slipek w kolorze sraki? Krawat, zdatny tylko do tego, żeby się na nim powiesić w nadchodzącą noc sylwestrową? Nie daj Boże, kapcie? O nie tylko, nie kapcie! Kto je kupił? Szybko, odpowiadać, kto mi  zepsuł święta? No, tak. Brat. Co za świnia.

W tym momencie ojciec, który nie znalazł pod choinką, tak jak marzył, tony węgla, już nie wytrzymuje i wyciąga pół litra, przeznaczone dopiero na pierwszy dzień świąt. Atmosfera się rozluźnia. Kompot, cha, cha, cha, się rozlewa na obrus. Rękaw koszuli ląduje w śledziach. Trwała siostry się przekrzywia. Polać mu, polać mu jeszcze. I przynieś matka tej spalenizny, bo jak wiadomo, węgiel (węgiel! a jednak!) dobrze robi na trawienie. Wszystko wszystkim smakuje, wszystko udaje się jak zaplanowane, nawet nietrafiony obrus oblany zalewą śledziową  już się wszystkim podoba. Zaczynają się wreszcie gry i zabawy. Opowiadamy sobie śmieszne historie z przeszłości, co roku te same. Z tym jak myłem nogi w słoiku wyskakuje brat. Ja mu się wtedy odwdzięczam i przypominam, jak spalił szafkę w kuchni albo jak wdepnął w gówno. Wszyscy w brech i pod boki. 2:1 dla mnie!

Teraz zbliżamy się do końca programu, którym nie jest jednak tłumne wyjście na pasterkę. Następuje chwila zawieszenia, skubania mokrego obrusa, pokładania się po stole, spoglądania w telewizor. Pan pod krawatem już się nie przełamuje z panią w koronkach. Teraz leci film. Wszyscy z zazdrością patrzymy na Kevina, który właśnie polewa frytki keczupem. To już kolejne święta, a on, szczęściarz, znowu sam w domu!



skomentuj (6)

Już za chwileczkę, już za momencik 2011-12-16 23:17:57

Z całego tygodnia najlepszy jest piątek. A z całego piątku najszczęśliwszych jest tych dwadzieścia kilka minut jazdy autobusem. Wiadomo: wolność! Wolność i swoboda! Czujemy się jak ta rezerwa, która wraca do cywila po czterdziestogodzinnym poligonie.

O, jak my wtedy kochany życie! Jak my bardzo pogodzeni jesteśmy ze sobą i światem! Zaraz przecież wszystko się odmieni. Nie ma co, jak tylko zamkniemy za sobą drzwi mieszkania, weźmiemy się za siebie ostro. Najpierw uporamy się ze sprzątaniem. Umyjemy okna, wyszorujemy kibelek, powiemy „stop” osadowi na wannie! Jakże miło nam będzie wziąć się za ścierkę i ze śpiewem na ustach utrącić łeb wielotygodniowemu zapuszczeniu. Wyprasujemy też  cały ten barłóg, który się zebrał w rogu pokoju. Natychmiast! Za jednym podejściem! Wreszcie – coś i dla ducha: przeczytamy tych kilka książek, których autorzy są do wymówienia trudni, tytuły długie i nudne, a kształty ogromne i niewygodne. Raz, dwa, trzy uwiniemy się z napisaniem dziewiątego rozdziału naszej powieści, który od marca Anno Domini 2010 zatrzymał nas w tworzeniu arcydzieła. Wierzymy, że ruszenie dziewiątego przetka ten mentalny zator i dalej już gładko nam pójdzie napisanie kolejnych dwieście. Żeby nie było, że jesteśmy takie odludki, spotkamy się też z przyjaciółmi. Jeśli się nie spotkamy, bo akurat ich chwilowo nie mamy, poznamy nowych, gdyż bardzo wierzymy w swoje aktualne zdolności relacyjne, które do tej pory, do tej przejażdżki autobusem, nie miały możliwości się ujawnić. W niezapomnianej atmosferze śmiechu i wzruszenia zrobimy więc kolejny krok w naszym rozwoju emocjonalnym. Pójdziemy wreszcie na spacer do lasku bródnowskiego, by wdychać świeże powietrze, ładować akumulatory i duchowo jednoczyć się z fauną i florą. Jednym słowem w ten to weekend nadrobimy zaległości z ostatnich trzydziestu kilku lat.

To jednak dopiero w sobotę, gdyż piątek jakoś zbyt szybko się nam kończy...

Zamiast spaceru po lasku bródnowskim szwędamy się bez sensu po mieszkaniu. A to oglądamy sobie stopy, a to bawimy się spuszczaniem wody, a to wpadają nam w oko na przykład... nożyczki. Potem patrzymy na zegarek i... o Jezu, dwudziesta druga! Nic już właściwie nie zdążymy. Nie opłaca się wyjmować zmiotki, podłączać odkurzacza, szukać zakładki w książce. Co, okna może mamy teraz do mycia otwierać? Po ciemku, kiedy łatwo przez nie wypaść? Możemy, co najwyżej odpalić komputer. Jednak nie po to, aby męczyć się z powieścią. Do niej potrzebujemy świeżości, zapału, mocnego odbicia się z kopyta, a nam się już troszeczkę jakby spać chce. Więc sobie tylko ździebko posiedzimy w sieci, na pierdułkach, duperelkach miło spędzimy tę resztę wieczoru. Siedzimy jednak godzin wiele, bez limitu, bo jednak, bez przesady, zasłużyliśmy na trochę rozrywki w tym dniu naszej wolności i nowego początku. Wszystko, bez obawy, wykonamy w sobotę i niedzielę, które, żeby się wyrobić, będziemy rozciągać jak gumkę w majtkach.

W sobotę budzimy się jednak późno. Potem dużo czasu nam schodzi na oglądaniu lecącej z kranu wody i bawieniu się nożyczkami. Kiedy wreszcie jesteśmy zwarci i gotowi, aby wykonać plan, nagle jakieś licho nam szepcze do ucha, że może by tak na chwilę, na jedno mgnienie zaledwie, wziąć do ręki pilota. No, tak! Właśnie lecą „Kuchenne rewolucje”, których właściwie nie lubimy i oglądać nie chcemy. Dzisiaj jednak postanawiamy się przed czekającym nas ogromem pracy wstępnie rozerwać, przynajmniej do pierwszej przerwy na reklamy. Oglądamy jednak całość, bo nie wiedzieć czemu, wciągnęły nas te nie nasze rewolucje. Potem, żeby mieć pojęcie o tym, co się w świecie dzieje, oglądamy „Fakty”. Następnie, żeby sobie lepiej utrwalić, co się dzieje, oglądamy „Wiadomości”. Jakoś tak się dziwnie składa, że zaraz po nich jest „Mam talent”, który uznajemy za program ogólnie zły i niepotrzebny, ale jako umysły krytyczno-refleksyjne, go śledzimy, żeby potem móc stawiać trafne diagnozy współczesnej kulturze blichtru i pustki. Spokojnie, to zaledwie dwie godzinki, nic się nie stanie. Okien może nie umyjemy (bo znowu ciemno), ale z dziewiątym rozdziałem ze sporym zapasem czasowym śmiało w planie się zamkniemy. Nie ma się w końcu co śpieszyć, bo wiadomo, że pisarze na ogół zaczynają późno swoją pracę. Przecież sowa, coś tam, coś tam, przylatuje o zmierzchu. Czy jakoś tak...

Później jest już jednak późno i sobie tylko latamy z pilotem po kanałach. Nie denerwujmy się jednak: jutro wstaniemy skoro świt. Są przecież i tacy pisarze, którzy raczej zaczynają wcześnie. Czy jakoś tak.

W niedzielę ledwo wstaniemy i obejrzymy powtórkę „Mam talent” oraz puchar świata w Engelbergu, a już jest obiad. Jemy go nerwowo. Z trudem przełykamy danie... Już czujemy na plecach ten nieświeży oddech poniedziałku. Już jutro przecież rezerwa wraca z cywila. Znowu trzeba się będzie męczyć, dręczyć, wstrzymywać do następnego piątku ambitne plany. Więc żeby nie myśleć, żeby się nie dręczyć, nie męczyć, żeby już zapomnieć o mijającym nieudanym boju, posiedźmy sobie, pliiiiiiiiiiiiiis, w internecie!!! I jeszcze, zanim wyjmiemy z tego barłogu w rogu coś do założenia na jutro, obejrzyjmy sobie na deser „Szansę na sukces”, „Na dobre i na złe”, „Ugotowanych”, „Fakty” z „Wiadomościami” i – no, to już naprawdę trudno, niech będzie! – ten program, w którym znowu bez nas tańczą.

Na szczęście – za pięć dni znowu piątek!



skomentuj (5)

Kto nie będzie jeździł koleją 2011-12-12 16:37:27

Naprawdę starałem się. Najpierw udawałem, że nie widzę. Potem, że tolerancyjny jestem, ekologicznie oświecony, odporny na gospodarskie uprzedzenia. Próbowałem nawet oswoić, zaprzyjaźnić się, podejść personalnie. Przecież Eugeniuszem Karolem nazwałem tego dużego, co na desce klozetowej każdego ranka mnie witał. Marią Luizą ochrzciłem jego małżonkę, starą karaluszycę, występującą nieco z boku, na spłuczce. Taś, taś, wołałem, do mnie, do mnie, ścierwa moje kochane! Gospodarz wam teraz żryć da, pańcio was na spacer po obrzeżu wanny weźmie. Miałem nawet nieśmiałe nadzieje, że uda się je wyszkolić, aby gazetę w zębach przynosiły, aportowały kapcie, czułkami z radości machały, gdy z pracy będę wracał. Odpowiednio przysposobione, mogłyby podnosić alarm na wypadek przyjścia kogoś ze spółdzielni, przestrzegać przed komornikiem, odstraszać księdza po kolędzie. Kto wie, może mogłyby nawet, jak ten pies, co jeździł koleją, ratować nieszczęśników przed wpadnięciem do kanalizacji? A potem odbierać za moim pośrednictwem gratulacje, dyplomy, ordery?

Jednak horyzonty mam zbyt ciasne, w zbyt wielkiej niewoli konwencjonalnej estetyki się znajdujące. Psinę bym przygarnął, nad kotkiem się ulitował, karalucha za to postanowiłem się pozbyć. Obrzydzenie wzięło górę. Obrońców praw zwierząt pragnę jednak uspokoić: nie będzie gilotynowania klapkiem, przypiekania nad gazem, trucia Cyklonem B!

Karaluchy to podobno stworzenia o bardzo rozwiniętej świadomości społecznej. Wydzielają feromony, które rozrzucają po mieszkaniu razem z kupką. Znaczą teren. Ale nie tak jak psy, które dają do zrozumienia: to mój rewir, nie wchodzić, zakaz wstępu. Te, przeciwnie, zwołują się: Ej, chodźcie wszyscy do Rzymskiego! Fajnie jest, ciągle coś się dzieje. Gospodarz tak śmiesznie przejęty sobą. Przebiera się ciągle, w lustrze przegląda, do bloga gada. Niezły pajac, ale nieszkodliwy.

Dlatego teraz, aby się pozbyć niechcianych gości, udaję nieatrakcyjnego. Nie śpiewam, nie deklamuję, nie podskakuję znienacka. Leżę tylko nieruchomo na łóżku. Czasem okiem przewrócę, ręką się podrapię. Wstanę, coś zjem, podniosę żaluzje, pogładzę tapetę, opuszczę żaluzje – żadna atrakcja. One jeszcze zaglądają, jeszcze wierzą, że to tylko taka chwilowa zniżka formy, ale już bez specjalnego entuzjazmu. Frekwencja z dnia na dzień siada. Teraz więc czekam, aż się całkiem rozniesie, aż fama po osiedlu pójdzie, że u mnie lokal spalony, że nic się w nim nie dzieje.

Nie wiem, czy dobrze robię. To mogła być jedyna okazja na popularność, jedyna szansa na bycie w centrum zainteresowania.



skomentuj (9)

Narcyz 2011-12-10 14:12:23

Wiesz, mówię do Rumsztyk, nawet gdyby nikt nie zaglądał do tego mojego bloga, ja i tak bym go czytał. Czasem to nawet lubię sobie zrobić z nim taki chłopacki wieczór. Przewertować jeszcze raz w całości, od początku. Popieścić się, poprzytulać. Żadnych wrogów, żadnych nieprzyjaciół. Tylko ja i mój blog. To lepsze niż onanizm.

Na przykład śledzę notkę ze stycznia 2010 roku i aż podskakuję na krześle, bo wiem, że za chwilę będzie ulubiony fragment. Trącam go wtedy w nieistniejący bok i krzyczę: o, teraz, teraz uważaj, zaraz będzie najlepsze!

Oczywiście, są takie momenty, kiedy mamy ciche dni, a nawet takie, kiedy nie możemy na siebie patrzeć. Odwracamy się wtedy do siebie plecami i nic nie mówiąc w czułe miejsce wysyłamy strzałę szantażu: bo odejdę! Twitter się za mną ogląda, Facebook zaczepia...

Zawsze się jednak w końcu godzimy, przepraszamy, jeszcze mocniej do siebie przywieramy.

Ciągle jeszcze mnie nie nudzi, ciągle zaskakuje. Nie tak jak na pamięć już znana, czytana przed snem praca magisterska.



skomentuj (1)

Syzyfowa praca 2011-12-08 17:45:01

Dlaczego jest tak, że jak tylko jedna kreatura zniknie z powierzchni ziemi, zaraz na jej miejscu pojawia się następna, jeszcze gorsza?

Wielkiego Wychowawcę szlag trafił, więc wydawało się, że teraz czeka nas nagroda za lata poniżania. Nastąpi ogłoszenie wyników, zamiana łapci na pantofelki i huczny ślub z wybawcą. A potem to już tylko miła atmosferka, klepanie po plecach i sowite premie. Niestety, jedna taka poczciwina, na którą nikt złamanego grosza by nie postawił, że potrafi krzyknąć, brat-łata, misiaczek, przytulanka po prostu, a dzisiaj jak się okazało wredna, spasiona świnia, właśnie wyczuła pismo nosem i z wielkim kwikiem pakuje się w zwolnione miejsce. Oczywiście naszym kosztem.

Teraz znowu wszystko od początku: podkładanie pinezek na krześle, podrzucanie skórki po bananie, robienie na wycieraczkę, obsmarowywanie na blogu. Nie ma i nie ma końca harówie.



skomentuj (1)

Krytyczny przegląd komnat 2011-12-05 16:33:56

Zamówionego hydraulika średnio interesowały rury. Od razu wparował do pokoju, przez chwilę się rozglądał, po czym zrobił kwaśną minę na widok parkietu:
- Ja to jednak położyłbym panele. Taki panel, proszę pana, mocny jest. Dziecko przejedzie rowerkiem, żona tacę upuści, teściowa o próg się potknie, a panel nic. Możesz pan szczać i srać, drwa rąbać i ognisko rozpalać, a podłogę mieć pan będziesz zawsze jak nową. I tę tapetę też bym zdarł. Teraz tapet nikt już nie kładzie, to było modne w latach osiemdziesiątych. Może jakiś pasek jeden, góra dwa, na kawałku ściany. Tak, jedna ściana może być, ale na resztę położyłbym brzoskiwnkę. Teraz ciepłe kolory szczególnie chodliwe. U takiej jednej magister widziałem: brzoskwinka, a do tego pasek fototapety nad łóżkiem z zagłówkiem. Cudo, mówię panu. Chyba żeby pierdyknąć boazerię po całości? Z panela, rzecz jasna. W ogóle to nie ma co, ale trzeba się na jakiś bardziej jednorodny styl zdecydować, bo wiklina zdecydowanie nie pasuje do metalu, a czerwień do niebieskiego. Jak antyki to antyki, jak industrial to industrial, bo inaczej to, wie pan, wieś tańczy i śpiewa... Taaa... No i ma tu pan nieco przeładowane. Figurki, obrazeczki, rameczki... Ile to kurzu z tego na panel spada! A znowu te poduszki? Boże ty mój, co widzisz i nie grzmisz! Jeśli nie było do kompletu, to należało się wstrzymać z kupnem – teraz ma pan każdą inną, a to, proszę się nie obrazić, nieładnie wygląda. Fusion to to, niech się pan nie łudzi, i tak nie jest! I tych książek też trochę za dużo. I dlaczego znowu każda inna? Wyższa, niższa, niebieska, zielona, siaka, sraka! Ja na ten przykład wszystko mam pod wymiar. Do tego skórka i złocone grzbiety. Taka Trylogia, takie „W pustyni i w puszczy”, taki Jan Paweł II, bardzo ładnie wtedy wygląda... A tę halkę, co udaje firankę, to pan chyba babce z trumny, he, he, zakosił?

Wreszcie taki zadowolony, dowartościowany, podreptał pod zlew. Ale zanim zabrał się za syfon, zdążył jeszcze rzucić:
- A w ogóle to najlepiej wybudować, proszę pana, dom. W blokach, panie, to już tylko napływowi ze wsi. Ja sobie wybudowałem i bardzo jestem zadowolony.



skomentuj (1)

List w butelce 2011-12-01 17:30:32

Wyszedłbym już z norki. Poznał kogoś, wplątał się w jakieś amory, pokiział-miział. Zaskoczeni? No, cóż, ostatnio czuję się trochę tak, jakbym przedawkował samego siebie.

Znajoma, spełniona uczuciowo-relacyjnie, w odpowiedzi na te moje nieśmiałe pojękiwania, z grubej rury strzeliła mi kazanie. Powinienem, mówi, mieć pretensje do samego siebie, skoro wszem i wobec deklaruję, że dobrze mi ze sobą samym. Że to jest błąd, mówi, wizerunkowy oraz pokładanie zbytniej ufności w inteligencję odbiorcy, który jest z natury mało domyślny i lubi kawa na ławę. Więc co, odszczekać mam wszystko? Ujawniając dane drażliwe, wysmażyć jakiś seriozny apel? Pojęczeć na blogasku, że nikt mnie, buuu..., nie kocha, nikt, buuu..., nie pożąda? Zgłosić do debaty temat: co jest we mnie takiego odstręczającego? Wziąć na litość?

Przyznam, że nie bardzo rozumiem. Bo jak to pogodzić ze współczesną myślą marketingową, która daje sobie rękę uciąć, że opyli nawet wagon stolca, pod warunkiem, że je wcześniej opakuje w pozłotko? Jak to połączyć z jednoczesną koniecznością się starania, dobrego wypadania, zdawania testów na osobowość i wysokość konta? Ja, ja, ja pierwszy, mnie wybierz, mnie pocieszaj, ze mną chodź do parku pod kasztan? Na tym łez padole nawet żeby zdobyć kogoś na jedną noc, trzeba sobie zrobić niezwykły piar: panie i panowie, z przytupem pukam i posuwam. Z zamkniętymi oczami znajduję punkty gie, iks i igrek, alfa i omega, dziang i dzeng, ڥ i ڛ. Tańczę, wywijam hołubce, na gwoździach robię mostek. W całości połykam jadowitego węża. A na specjalne życzenie i za dodatkowym komplementem w ramion waszych uścisku, wykonuję prawdziwe salto mortale, o czym świadczy moje przebogate portfolio!

Tak jakby blog, taki w gruncie rzeczy list w butelce, nie był wystarczającym wabikiem...

To jak w końcu? Być petentem czy dysponentem? Poniżać klienta, czy podprogowo dopieszczać? A może po prostu wyjść z domu? Wystawić się na słońcu, położyć na polówce, na kocu obok Ruskich, bo a nuż się ktoś tarfi?

Nie. To jest jednak zbyt ryzykowne. To nie na moje kruche ego. A jak sobie jeszcze pomyślę o niechybnym, pierwszorandkowym pytaniu „jakiej muzyki słuchasz?” (dlaczego nie, dajmy na to, „jaki numer buta nosisz?”) odechciewa mi się rewolucji. Ludzie, ja w ogóle niczego nie słucham! Bo głuchy jestem, a nudny i brzydki przy okazji! I śmierdzę! I sztuczna szczęka mi się nie otwiera, jak mnie hałas zdenerwuje!

Dlatego, przemyślawszy wszystko, nigdzie się nie ruszam. W każdym razie nie pierwszy.



skomentuj (5)

Proszę Prince’a lubi to! 2011-11-29 22:35:18

Tego należało się spodziewać. Wystarczyło, że ledwo załapałem, o co chodzi z tym dziełem szatana, jakim jest facebook, aby przestało mnie cokolwiek innego interesować. Teraz nie mam czasu na jedzenie, spanie i sikanie, nie mówiąc o chodzeniu do jakiejś śmiesznej roboty. Co pięć minut sprawdzam, czy pojawiły się nowe znajomości, nowe komentarze, nowe cyfrowe fakty. Niecierpliwię się, gdy ekskluzywny cytat nie spotyka się z należytym odbiorem, gdy ślamazarnie toczy się dyskusja. Obmyślam komunikaty, wydaję oświadczenia, wygłaszam orędzia, ustanawiam status: w ręku kieliszek Masi Costasera Amarone della Valpolicella Classico D.O.C. rocznik 2000, w tle sączy się UłanBatorTangoAtackChillout, a ja słucham przemówień Ericha Honeckera w przekładzie na serbołużycki. Albo: tkając na krosnach „Ostatnią wieczerzę” i pogrywając sobie na drumli Złoto Renu (niem. Das Rheingold), w przerwach przetykam wannę.

Nawet gdy już grzecznie leżę, do snu się układam, barana za baranem poganiam, nagle buch!, przypomniało mi się, żeby wystawić fotkę w wózeczku! I tę z pikniku w Węgrowie, i jeszcze tę na wielbłądku pod palmą! Koniecznie! I już w dupie ze spaniem, już znowu miętolenie poduch i obmyślanie strategii wizerunkowej. Potem, takie zombie, z okiem na brodzie, kolebię się w 414 do roboty. Na szczęście zaraz po przyjściu do Urzędu włączam komputer, loguję się i siły mi wracają.

O, jest nowy znajomy! Bardzo dobrze, gdyż mieć dwucyfrową ilość oddanych fanów, to jednak słabizna. Ale ziarnko do ziarnka, uzbiera się wkrótce setka jedna i druga. A jeśli się nawet nie uzbiera, to co szkodzi założyć kilka fikcyjnych kont? Ja przecież i tak do nikogo poza sobą samym nie zaglądam, jeśli nie liczyć celów kryptomarketingowych. Co mnie interesuje, że ktoś pod palmą na wielbłądzie siedzi, Wagnera słucha, kibel sprząta? Też mi wydarzenia. Nie mam czasu na zajmowanie się cudzymi pierdołami, na chwalenie, podziwianie, pocieszanie, podnoszenie komuś słupków oglądalności, gdyż mam zatrzęsienie roboty ze sobą. Tu trzeba zmarszczkę usunąć, tam wargę powiększyć. Po prostu nie wiadomo, w co włożyć ręce.

Czasem ktoś z dawnego świata, sprzed ery FB, do drzwi się dobija, telefonem wydzwania, z urządzania swego wirtualnego gniazdka wytrąca. Nie otwieram, nie odbieram. Poszli won! No, chyba że to w sprawie mojego profilu...



skomentuj (2)

fizjonomika.com 2011-11-26 20:47:03

Weszli mi na ambicję. W sam środek miękkiego podbrzusza. W niedopieszczony punkt gie.
- Człowieku - powiedzieli - sam się spisujesz na straty, na wyalienowanie społeczne, na towarzyski niebyt. Przecież w naszej rozleniwionej kulturze wszyscy najpierw sprawdzają facjatę, prawidłowo odsłonięte lewe ucho, piksele dna oka, a dopiero potem podejmują życiowe decyzje. Ukorz się, opamiętaj, złagodź stanowisko! Zaufaj postępowej ludzkości! Wejdź do bazy!

Rzeczywiście, przypomniało mi się, że nie odpowiedzieli z korporacji na wysłane CV. Pewnie mnie sprawdzali i nie znaleźli. I pomyśleli, że jestem na bakier z techniką, z multimediami, z XXI wiekiem całym. Że zatrzymałem się na liczydle i gęsim piórze. Że tkwię w jakiejś mentalnej trójpolówce. Albo, co gorsza, że mam defekt fizyczny, zeza, egzemę, łysienie plackowate, trzecie oko, które może przynieść wstyd centrali w Illinois. Przenieśli do kosza, wrzucili do niszczarki, tfu, tfu, spuścili wodę!

Spojrzałem na swoje biurko, na segregatory pełne nudnych pism, na ten cały huk roboty za psie pieniądze...  O, Jezu! Z powodu swojego durnego buntu nie znajdę lepszej pracy, nie wydam książki, nie założę nawet najbardziej patologicznej rodziny. A co, jeśli nie dadzą mi też paszportu, kredytu, skierowania na rentgen, deputatu węglowego? Co, jeśli nie zostanę zakwalifikowany do upatrzonego już domu starców - tego o profilu taneczno-gimnastycznym? Co, jeśli nawet nie zechcą mnie pochować w poświęconej ziemi?

Dlatego położyłem uszy po sobie i oto znowu trafiłem do facebooka. Przystąpiłem do elektryfikacji globalnej wsi, podłączyłem się do świata jak do kanalizacji i czekam na obiecaną szczęśliwość.

Mówię „sprawdzam”: http://pl-pl.facebook.com/people/Marcin-Rzymski/100002222192792



skomentuj (4)

Non fiction 2011-11-23 22:35:51

Wszyscy znani pisarze - ułożeni, ę, ą, dystyngowani, na ostatni literacki guzik zapięci, są w gruncie rzeczy nudni. Eee... Hegel, pani redaktor, Heidegger, pani eee... redaktor...

Co innego Michał Witkowski! Sesję sobie walnie w „Vivie”, na okładce „Gali” w białym, na gołe ciało założonym garniturze wystąpi, do Wojewódzkiego brylować, dowcipy opowiadać, pójdzie, z jakimś kocmołuchem na rozdaniu czegoś się pokaże. Miłosz przewraca się w grobie, Konwicki rwie włosy z głowy, bo etos pisarza, eee... upada, bo ideał, eee... sięga bruku. Miłosz z Konwickim, nie wiedzą jednak, że o tym, kim byli, nikt już dawno nie pamięta, a o takim Sławku Oborskim, fryzjerze z zawodu, którego nawet nie ma w Wikipedii, cała Polska długa i szeroka wie wszystko. Bo teraz trzeba się pokazywać, bywać, do gazet plotkarskich biegać, u Jagi Hupało się obcinać, u Brzozowskiego z Paprockim się ubierać, a nie siedzieć za regałem w bibliotece PAN-u i w wytartym płaszczu koloru ziemi czytać Polski Słownik Bibliograficzny. Teraz, drogie środowisko literackie,  można się wyłożyć na konstrukcji powieści, ale zaliczyć wpadkę modową na otwarciu salonu wędlin - broń Boże!

Witkowski to wszystko wie i w życie wciela z niekłamanym wdziękiem. Rozpięty między pornografią a antologią pisarzy trudnych i nudnych, między Pudelkiem a encyklopedią Britannica, wcale nie razi. Nie razi, nie zgrzyta, a wręcz zawadiacko okiem mruga. Kpi. Jest w swym zachowaniu tak organicznie spleciny z własną twórczością, tak kompletny, że aż żal bierze, że nie można też takim być.

Aż tu nagle, w tamtym tygodniu, oglądam ja ci se TVP Kultura i patrzę: Witkowski! Ale jakiś inny. Sweter szary, na tłustym ciałku opięty, ręce grzecznie złożone. Buźka w ciup, oczka mdławe, głowa... No właśnie, co on ma na głowie? Coś jakby... zraz? Rozmrożona paćka z dewolaja? Co na to Jaga Hupało, co Paprocki z Brzozowskim? Co Magda Gessler? I mruczy coś potulnie pod nosem, blat nerwowo skubie, jakby go kornik podgryzał. Nie, to nie może być Michaśka. To jakiś doktorant, co ma ćwierć etatu w IBL-u i tylko patrzeć jak zaraz zacznie gadać o strukturze, eee... polifonicznej u Dostojewskiego.

A potem przypomniałem sobie, jak kiedyś pobiegłem pod metro Centrum po autograf Michaśki, bo w internecie przeczytałem, że będzie podpisywanie „Margot” przy skrzynkach z mandarynkami. Bo to taka kampania promocyjna być miała, na śmiesznie. Odwaliłem się najlepiej jak mogłem, włos ekstrawagancko ułożyłem i poleciałem ustawić się w kolejce fanów. Ale choć ze trzy razy obiegłem plac Defilad, poza chłopakiem walącym w garnki żadnego artysty znaleźć nie mogłem. W końcu patrzę – stoi. Między jedną babą z czosnkiem a drugą z wiechciem pietruszki. I coś tak jakby... naprawdę sprzedaje. Nikt nie chce żadnego autografu! Wszyscy się pytają, po ile mandarynki i dlaczego, panie co pan, tak drogo? A on, jak nie on, zawstydzony, nieporadny, pakuje tylko drobne do kosmetyczki...

I co? Spleciony? Organiczny? Kompletny? Tere-fere.

Fakt, Michaśka ma sugestywne pióro. Kiedy pisze, że uprawia z lujem seks w krzakach, to prywatnie też na bank uprawia! Gdy wymienia, jakie barbiturany bierze, to właśnie o te, a nie inne prosi w swojej osobistej przychodni na Koszykowej... Tyle, że od czasu transmisji tarmoszenia blatu w TVP Kultura, zaczynam mieć małe wątpliwości...

Pewnie jest nieśmiały i nie stać go na żaden seks. Nie tylko na ten w krzakach, ale nawet i na tapczanie. Nigdy nie było krzaków. Nie było luja, nie było tableteczek. Od lat pisarz Witkowski siedzi w domu podgryzany przez korniki. Czyta, pierze, gotuje zupę na kostce. Obchodzi mieszkanie, wygląda przez okno, skubie tapetę. Dłubie w nosie i gdy nikt nie widzi, wyciera wykopalisko o spód krzesła. Nudzi się. Czasem śni mu się, że tę nudę rozprasza pukanie do drzwi... Wchodzi ktoś z najnowszą książką do podpisu... Ktoś ciekawy... Taki jak ja na przykład.



skomentuj (5)

Odyseja ko(s)miczna 2044 2011-11-21 17:37:28

Plan jest następujący. W wieku 67 lat będę obchodzić czterdziestolecie pracy, więc o ile kolejny premier w kolejnym exposé nie zagrozi moim zamiarom, przed przejściem na emeryturę zgarnę jubileuszówkę. Trzy lata wcześniej skończę spłacać kredyt. Prawdopodobnie do tego czasu uda mi się już kupić sofę i stół. Być może również wyremontuję łazienkę. Jeśli zdążę przed postępującą w tym wieku utratą wzroku i pamięci, kto wie, może nawet zrobię prawo jazdy (na kule). Zdrowie zresztą będę mieć w gruncie rzeczy imponujące, gdyż nieuleczalny brak piątej klepki konserwuje fizycznie.

Wbrew więc obawom, kasy będę mieć jak lodu. Stać mnie będzie co miesiąc na 150 paczek papierosów lub 37 i pół tabletki viagry. A jeśli dodatkowo, tak jak planuję, wezmę hipotekę odwróconą, może nawet jakiś Konstancin czy Ciechocinek raz w roku się trafi? Już nie mogę się doczekać. Odbiję sobie wtedy te wszystkie chude lata.

Chciałbym, żeby już był 2044 rok...



skomentuj (2)

Szczęśliwy koniec walki ze złem 2011-11-18 17:26:02

My tu gadu-gadu, a ja na śmierć zapomniałem powiedzieć, że Wielki Wychowawca zniknął. Poszedł w lipcu na urlop i dotąd nie wrócił.

Podobno widziano go w garnku czarownicy. Słyszano jak rozciągnięty na młyńskim kole prosił o wybaczenie. Jak zaklęty na tysiąc lat w oślizgłego płaza na chwilę przed spotkaniem z tirem coś niezrozumiale kumkał na samym środku A-4. Jak w pałacu Królowej Śniegu nie mógł zgadnąć hasła-zdrapki.

Niektórzy mówią, że zamieniny w parobka krzątał się z widłami przy kopcu łajna. Inni - że zaczajony w lesie nadział się na przebranego za Kapturka kontrolera Państwowej Inspekcji Pracy. Jeszcze inni – że dławił się owcą nafaszerowaną siarką.

Pewnie potem popił ją nieprzegotowaną wodą i pękł.



skomentuj (0)

Morowe powietrze 2011-11-15 21:37:59

W Urzędzie wyłączyli wodę. Akurat wodę! Jakby prądu nie mogli! A przecież kawy człowiek by się napił, nogi pod biurkiem wymoczył, małą przepierkę, żeby czasu wolnego w domu nie marnować, w umywalce zrobił.

Potem się okazało, że coś tam niepokojącego znaleźli w kranie. Co nam mimo braku kawy podniosło na jakiś czas ciśnienie i chwilowo zajęło uwagę. W gronie zaprzyjaźnionych hipochondryków wyguglaliśmy natychmiast objawy, po których przeczytaniu poczuliśmy się tak jak trzeba źle. Kiedy jednak wyczerpaliśmy wszystkie symptomy, które Wikipedia wymieniała, atmosfera znowu siadła. A czas się wlecze...

Dzięki Bogu dalej był prąd, więc mogliśmy znowu poszperać w sieci. Tym razem zainteresowało nas, co na to kodeks pracy. No bo tak: ludzi u nas w Urzędzie dużo. Jak wyłączyli wodę, znaczy się, nie będzie nie tylko kawy i hydromasaży, ale i rąk mycia po toalecie nie będzie. I nowe choróbsko gotowe! Więc chyba do domów nas puścić powinni, co nie? Nic jednak, co by nam się nadało, w tych przepisach znaleźć nie mogliśmy. A tu czas się dalej wlecze... No więc ktoś, już nie pamiętam kto, wpadł na pomysł, czyby takiego pracodawcę, który do domu ewidentnie zwolnić powinien, potem nie można zaskarżyć i tak jak w Ameryce odszkodowanie słone zgarnąć? O, to by dopiero było! Już nam się do domów iść nie chciało, już nam się bardzo chorować spodobało. Nawet specjalnie zaczęliśmy łapy brudzić, beztrosko je sobie podawać, do ust pakować, piciem skitranym na parapetach się częstować.

I kiedy postanowiliśmy wyjść z kanciapy i bezczelnie przejść się po korytarzach, by szukać jakiejś wypasionej bakterii wielkości świni, może nawet z jabłkiem w ryju, cip, cip, cip, taś, taś, taś wołać, nagle rzuciły nam się w oczy osoby w żadnym wypadku nienależące do naszego zaprzyjaźnionego grona. Szły sobie przez korytarze jak gdyby nigdy nic, jak gdyby to był jakiś wtorek całkiem zwyczajny, nieepidemiologiczny, z segregatorami po szyję, ze spinaczami w ustach i bez spoglądania na zegarek, który przecież ewidentnie stanął! Niepijący, niepalący, od niczego poza pracą nieuzależnieni.

I wtedy Marta powiedziała „o, Jezu!”. Nie musiałem się dopytywać, wystarczyło, że spojrzałem na nią, a już wiedziałem, że miała wizję najkoszmarniejszą z koszmarnych! Pobladła, zachwiała się, ręką zatoczyła po korytarzach, na twarze niezaprzyjaźnione skinęła i ledwo żywa wycharczała:
- Ja nie chcę z nimi leżeć...

Bo jednego w naszym chytrym planie nie przewidzieliśmy. W wymarzonej sytuacji nie tylko nasza frakcja, ale cały Urząd wylądowałby na kwarantannie. I zamiast grania w karty i państwa-miasta, moczenia nóg w basenie i picia kawusi na tarasie przyszpitalnym - segregator pod głowę i wyzysk człowieka przez człowieka. I znowu kamieniołomy to by były, a nie żadna rekonwalescencja.



skomentuj (0)

Comico inamorato 2011-11-12 13:23:48

Po raz pierwszy od nie wiem ilu lat wysłałem CV. Teraz już mi nikt nie zarzuci, że siedzę na dupie i czekam na zmiłowanie. O, nie! Ja teraz, proszę szanownych, chwytam szanse i nadarzające się okazje, przejmuję inicjatywę i wykazuję się aktywnością jak w tych wszystkich ciekawych historiach o kluskach i zuckerbergach, którzy szli, szli, aż wreszcie doszli na sam szczyt kopca z kasą.

Najpierw jednak trzeba było udoskonalić CV, nietykane od 2005 roku. Dopisałem to i owo. Na przykład te kilka niezapłaconych umów o dzieło i jeden medal, com go z rozdzielnika dostał w Urzędzie. Co nieco też wyrzuciłem. Przede wszystkim pozbyłem się elementów ekscentrycznych, bo to, bez jaj, jednak ma być etat. Z mojego ulubionego działu „hobby” wyleciało więc „prasowanie” i „się śmianie”. W „językach obcych” skasowałem „łacinę” i „staro-cerkiewno-słowiański”. Chwilę się zastanawiałem, czy tego samego nie zrobić z niemieckim, no, ale bez przesady, iś habe majn heft nyśt fergessen to ja jednak obudzony w środku nocy powiem.  Naciągnąłem zaś do granic inne, występujące u mnie w szczątkowej postaci  cechy, takie jak sumienność, lojalność, punktualność, samodzielność, odporność na stres (to już była bezczelność!) i inne pierdoły w stylu analitycznego myślenia i zdążania po trupach do celu. Oczywiście ani słowa o podleczonej nerwicy, fobii społecznej i pocących się dłoniach.

Wreszcie, klik, klik, poleciał do centrum rekrutacji mój idealnie uśredniony portrecik...

Zaraz, zaraz... To niby mam być ja? Ta drętwa kukła z papier-mâché? Korporacyjna świnia stworzona metodą origami? O, nie! Ja, jak powiedział boski Rimbaud, to ktoś inny!

Jeśli nie daj Boże z tego tam centrum odpowiedzą i każą przyjść, by dalej wywierać dobre wrażenie, nie ruszę się z domu. Niech ten drugi idzie.



skomentuj (2)





O blogu